Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
• Yope • Mleko owsiane - szampon i odżywka do włosów

• Yope • Mleko owsiane - szampon i odżywka do włosów

Dawno mnie tu nie było, ale ewidentnie mam w sobie chęć tworzenia. Przez ten czas nieobecności przerobiłam masę kosmetyków - znalazłam wśród nich zarówno hity jak i przykre rozczarowania, ale zdecydowanie brakowało mi w nich towarzystwa do podzielenia się swoją opinią. Owszem, wciąż pracuję w drogerii, więc mam oczywiście kontakt z zaciekawionymi kosmetykami klientkami, ale słowa i rozmowa są ulotne, a wpis pozostanie w sieci dla większego grona odbiorców. Skoro mowa o kosmetykach i drogerii, dzisiejszym bohaterem wpisu zostaje duet do pielęgnacji włosów Yope Mleko owsiane.

Polska marka Yope już od dłuższego czasu istnieje na rynku i regularnie jej produkty trafiają do mojej kosmetyczki. Yope zajmuje się produkcją kosmetyków jak i środków czyszczących, które w ponad 90% składają się ze składników naturalnych. Dzisiaj skupimy się na pielęgnacji włosów i starszej serii, w której skład wchodzą wersje Mleko owsiane do włosów normalnych, Świeża trawa do włosów przetłuszczających się oraz Orientalny ogród do włosów suchych i zniszczonych. Choć moje włosy dość szybko się przetłuszczają, postanowiłam zdecydować się na serię z mlekiem owsianym - zdecydowanie zostałam kupiona zapachem, choć działanie jest również warte uwagi.


Opakowania kosmetyków jakie są każdy widzi - w seriach różnią się one głównie kolorem. Mleko owsiane występuje w kolorystyce stonowanej bieli i beżu. Zdecydowanie nie tylko cieszą oko, ale obiecują wygodę użytkowania. Butelka szamponu z pompką idealnie sprawdzi się nie tylko pod prysznicem, a miękka tubka odżywki gwarantuje wydobycie jej do samego końca. Pojemności to 300 ml dla szamponu oraz 170 ml dla odżywki w cenach drogeryjnych w granicach 19 zł. Jeśli dobrze poszukacie, to wciąż można dostać również refill szamponu w opakowaniu przypominającym zapas mydła - 600 ml do 30 zł. Widać, że marka idzie w stronę eko - dostępne refille, a podstawowe opakowania nadają się do recyklingu. Brawo!

Zapach jest pierwszą rzeczą, która zwraca na siebie uwagę przy użyciu kosmetyków. Jest kremowy, delikatnie słodki, słyszałam również opinię, że przypomina ciasteczka owsiane polane miodem. Zdecydowanie jest to kwestia umilająca użycie zarówno szamponu jak i odżywki.

Szampon wygodnie dozuje się pompką - na dłoń trafia przejrzysty, choć nieco herbaciany żel. Nie jest wodnisty, nie spływa z dłoni. Jest dość łagodny, niezbyt się pieni, łagodnie oczyszcza skórę głowy. W przypadku mojej tendencji do przetłuszczania się włosów u nasady niestety nie zdał egzaminu. Włosy po umyciu nie są odbite od nasady, mam wrażenie jakby były myte dzień wcześniej, a nie w dniu bieżącym. U mnie niestety nie zdał egzaminu, ale osoby z suchymi włosami lub brakiem tendencji do przetłuszczania mogą być zadowolone.

Odżywka to zdecydowanie hit tego duetu. Jest kremowa, choć wydaje się nieco rzadka. Pomimo pierwszego wrażenia świetnie się sprawuje - łatwo się nakłada, choć za duża ilość powoduje spływanie, a także świetnie wczesuje się we włosy. Jeśli rozczesywanie na mokro sprawiało problemy, to właśnie znaleźliśmy rozwiązanie - szczotka (osobiście do wczesywania odżywek ze względu na łatwość utrzymania w czystości używam Tangle Teezer Aqua Splash) lub grzebień suną jak nóż w masło. Podobnie jest już również po spłukaniu odżywki. Rozczesywanie włosów idzie jak po maśle, a po ich wysuszeniu włosy są miękkie, lśniące i wygładzone. Nie ma puchu, ale też włosy nie strączkują się. Sądzę, że jest to zasługa typowego PEH w składzie. Znajdziemy tam kompleks aktywnych składników z awokado, limonki, figi, melona, kozieradki pospolitej, nasion owsa oraz aminokwasy z pszenicy, a także glicerynę i kwas mlekowy. Jestem z niej bardzo zadowolona przy moich niskoporowatych włosach i z pewnością do niej wrócę, gdy tylko zejdę nieco z zapasów ;)


 Znacie markę Yope? Jakich kosmetyków używaliście? :)
Naturalna sól z Morza Martwego - zastosowanie w praktyce | Proste przepisy na kosmetyki DIY

Naturalna sól z Morza Martwego - zastosowanie w praktyce | Proste przepisy na kosmetyki DIY

Inspiracją do wpisu były zdjęcia znalezione w roboczym poście na bloggerze z 2015 roku.. Szmat czasu można by rzec, a testując nowe sole do kąpieli prawie zapomniałam o jednym z faworytów, czyli o White Flower's. O ile żel pod prysznic był dla mnie całkowitym rozczarowaniem, zupełnie nie przypadł mi do gustu, o tyle sól tego producenta pozwalała odkryć w sobie pokłady kreatywności. Dzisiejszym wpisem zaciekawione będą nie tylko osoby, które lubią naturalne kosmetyki oraz posiadają wannę, ale także te, które szukają toniku, maseczki czy peelingu, który mogą same przygotować. To wszystko możecie osiągnąć za sprawą jednego woreczka soli do kąpieli z Morza Martwego od White Flower's.


Sól morska White Flower's została przebadana na wydziale farmaceutycznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Potwierdza to jej pochodzenie w 100% z Morza Martwego, wyklucza w składzie barwniki i inne dodatki chemiczne. Staje się więc idealną bazą do zabiegów kosmetycznych, które możemy wykonywać w domu.

Najpopularniejszym z nich jest ciepła kąpiel z solą. Do jej przygotowania wystarczą 2-3 łyżki soli i ciepła woda. Opcjonalnie dla podwyższenia atrakcyjności kąpieli można wlać kilka kropel ulubionego olejku eterycznego. Taką kąpiel zaleca się na około półgodziny, a w tym czasie nie tylko się zrelaksujemy i odprężymy, ale również zadbamy o pielęgnację i prawidłowe nawilżenie ciała. Wiem, że wśród Was jest wiele osób, które nie posiadają wanny.. To rozwiązanie idealnie sprawdzi się również do moczenia stóp czy dłoni na przykład przed wykonaniem manicure. Aby bardziej zadbać o skórki i płytki paznokci dodaj sok z cytryny, sodę oczyszczoną oraz oliwę z oliwek.

W prosty sposób możemy także wykonać domowy peeling do ciała. Wystarczy wymieszać sól z oliwą z oliwek w proporcji 1:2, a dla wzbogacenia walorów zapachowych ponownie ratunkiem będzie kilka kropel olejku eterycznego. Tak przygotowanym peelingiem robimy masaż ciała okrężnymi ruchami, a na koniec spłukujemy ciepłą wodą. Efekt? Złuszczony naskórek, wygładzona i nawilżona skóra. Dodatkowo regularne stosowanie pobudza krążenie, pobudza skórę do produkcji nowych komórek i przygotowuje skórę do dalszej pielęgnacji - dzięki niemu balsam wchłonie się szybciej ;)


Sól morską możemy również wykorzystać w pielęgnacji twarzy przygotowując maseczkę lub tonik. Obydwa kosmetyki będą przeciwzapalne, więc sprawdzą się w pielęgnacji skóry z niedoskonałościami czy przebarwieniami.
Maseczka/peeling do twarzy z miodem ukoi i zmniejszy zaczerwienienia, a także nawilży cerę. Tutaj ponownie trzymamy się proporcji 1:2. Na jednorazowe użycie wystarczą 2 łyżeczki drobno zmielonej soli (drobniej niż w opakowaniu) oraz 4 łyżeczki miodu. Dobrze wymieszaną maseczkę nakładamy na twarz i trzymamy minimum 15 minut, po czym zmywamy ją ciepłą wodą. Najłatwiej zrobić to wilgotnym wacikiem czy ściereczką przeznaczoną do zmywania maseczek. Po takiej pielęgnacji możemy użyć toniku własnej produkcji - 1łyżeczka soli na ok 120ml ciepłej wody. Składniki należy wymieszać do rozpuszczenia. Używać max 2 razy dziennie. Aplikować buteleczką z atomizerem lub zwilżyć wacik i przetrzeć twarz.


Z soli morskiej łatwo również jest przygotować płyn do płukania jamy ustnej, ale ten patent zupełnie do mnie nie trafia, zraził mnie smak.. a Wy przygotowywaliście jakiś kosmetyk z soli morskiej? Jestem ciekawa Waszych sugestii ;)

• Mokosh •  Brązujący balsam do ciała pomarańcza z cynamonem

• Mokosh • Brązujący balsam do ciała pomarańcza z cynamonem

Maj to czas, kiedy coraz częściej na ulicę wychodzi atrybut kobiecości - zgrabne, odsłonięte nogi. Początek sezonu jest dla mnie zwykle nieco krępujący - blade po zimie nogi wyglądają średnio, ale  moja skóra na szczęście szybko łapie opaleniznę. Tej wiosny udało mi się sprawdzić na sobie balsam brązujący o naturalnym składzie naszej rodzimej marki i szczerze polecę go każdemu bladziochowi. Z pewnością zapytacie dlaczego, jednak odpowiedź znajdziecie dopiero w dalszej części wpisu.


Wszelkiego rodzaju produkty samoopalające mimo postępów w kosmetyce kojarzą się zwykle ze smrodkiem, zaciekami i brudnymi dłońmi. Mokosh udowadnia, że nie musi tak być. Pokazuje, że kosmetyk może być odpowiedni dla kobiet w ciąży, być vege i vegan w dodatku stworzonych z  surowców organicznych najwyższej jakości z poszanowaniem etyki. Nic dziwnego, że balsam otrzymał liczne nagrody (laureat InStyle Best Beauty Buys, Qltowy Koncept 2018) i został bestsellerem marki z mnóstwem pozytywnych opinii - w tym mojej.

Balsam powstaje w Polsce, w niewielkiej miejscowości pod Warszawą, niedaleko mojego domu, natomiast Wy jako konsumenci możecie trafić na nie w dobrych salonach SPA, na jednym z najbardziej rozchwytywanych stoisk podczas targów kosmetycznych np Ekocuda, w popularnej drogerii Kontigo, sklepie online oraz za granicą [m.in. Szwecja (pod nazwą Fruesh Cosmetics), Niemcy, Rosja].

Marka utrzymuje wysoki poziom na każdym gruncie - naturalny skład, opakowania, które można poddać recyklingowi czy ponownemu użyciu. Balsam otrzymujemy w szklanym zakręcanym słoiczku. Z pewnością będziecie również zachwyceni zapachami ich produktów - pachną wyraziście, ale nie sztucznie. Ten produkt pachnie pomarańczą z cynamonem - ma zapach wręcz orientalny, choć niektórzy wyczują w nim radość świąt i bożonarodzeniowych wypieków. Jedyny minus dla mnie to brak lżejszego zapachu na okres letni - na tą chwilę nie wyobrażam sobie używać go powiedzmy w połowie lipca podczas upałów od rana do wieczora. Widziałaby mi się wersja melon z ogórkiem jak w innej ich linii kosmetyków lub nowa w rodzinie marakuja. 



Balsam ma lekką, choć bogatą w oleje formułę. Dobrze nawilża, szybko się wchłania, więc osoby unikające rytuałów smarowania ciała będą pozytywnie zaskoczone. Głównie używam go wieczorem po kąpieli z peelingiem, wtedy efekty, jakie nim osiągam są najlepsze. Moja skóra jest odżywiona, nie swędzi ani nie wykazuje innych podrażnień, a przy okazji rano wstaję z poprawioną karnacją. Skóra ładnie ciemnieje, a ten efekt można potęgować kolejną dawką balsamu bez narażania się na promieniowanie UV.

Uprzedzając pytania - nie, balsam nie pozostawia żadnych zacieków ani brzydkich plam nawet na dłoniach, którymi nanoszę produkt - oczywiście pod warunkiem dostosowania się do zalecenia o umyciu dłoni po aplikacji. Sprawdziłam go również na świeżo ogolonych nogach - nic nie piekło, balsam ukoił skórę, jednak stało się to co zwykle - nieco ściemniała mi okolica przy mieszkach włosowych, wyglądałam jakbym miała ciemne kropki na skórze - 'usterka' typowa dla wszystkich tego rodzaju produktach. Poza tym ten balsam jest genialny! Po dwóch aplikacjach koleżanka z pracy nie mogła się nadziwić jak się opaliłam.. i nie wierzyła, że to zasługa balsamu do ciała! ;)


Używacie produktów brązujących?
Znacie ten produkt czy macie w zanadrzu inne?
 • Hagi  • Naturalny scrub do ciała z olejem konopnym i makadamia

• Hagi • Naturalny scrub do ciała z olejem konopnym i makadamia

Święta w tym roku były inne niż wszystkie - nie każdy z nas widział się z rodziną, a przynajmniej nie w tak dużym gronie jak zwykle. Mi się udało spędzić je z najbliższymi i mam nadzieję, że Wam podobnie. Musimy być twardzi i wytrzymać, jeszcze będzie pięknie. A co do pięknego - to dzisiaj mam dla Was piękny skład i skuteczne działanie w cukrowym peelingu do ciała. Koniecznie zaprzyjaźnijcie się z peelingami do ciała naturalnej marki Hagi. Gagatek ze zdjęć właśnie sięga u mnie dna - zostało go na ostatnie użycie, więc uznałam za stosowane, aby podzielić się z Wami informacją na temat jego działania.


Ten peeling cukrowy przywiozłam ze sobą z targów Ekocuda. Poniekąd wiedziałam co chcę kupić -peeling do ciała, jednakże wybór był nieco przypadkowy - urzekł mnie zapach, ale jestem całkowicie zadowolona z zakupu.

Zdecydowanie mam słabość do zapachu trawy cytrynowej, bo właśnie ta woń pociągnęła mnie do zakupu tego kosmetyku. Zapach jest świeży i orzeźwiający, a ten efekt jeszcze bardziej podtrzymuje fakt, że peeling podczas użycia delikatnie chłodzi ciało dzięki zawartości mentolu. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób rezygnuje z takich produktów, więc od razu dodam, że nie jest to tak mocny poziom jak w przypadku wyszczuplających produktów do ciała.

Produkt jest skuteczny, ale delikatny dzięki temu, że cukier rozpuszcza się w trakcie masażu. Dodatkowym materiałem masującym są również nasiona maku. Peeling bez problemu złuszcza martwy naskórek, pobudza mikrokrążenie i zapobiega wrastaniu włosków. Bogactwo olejów (konopny, makadamia, z nasion słonecznika, kokosowy), gliceryna i masło shea nawilżają skórę w trakcie zabiegu, a także utrzymują właściwy poziom również po kąpieli. Mówiąc prosto z mostu po kąpieli i peelingu tym gagatkiem moja skóra nie wymaga użycia balsamu, choć jest to dodatkowa przyjemność - innym razem opowiem o dopasowanym zapachem produkcie nawilżającym tej marki. 


Peeling Hagi nie zawiódł mnie - dobre działanie, piękny zapach, delikatny efekt chłodzenia i uroczy wygląd - jakby zawierał pestki kiwi. Co prawda mieści się w plastikowym pojemniczku, a nie w szkle, a jego zabezpieczenie to jedynie plastikowa wkładka, którą można wyjąć, ale ten produkt nie jest raczej dostępny w sieciowych drogeriach, więc bez obaw można go kupić. Jest to również produkt wegański, co dla niektórych jest ważne, a kompozycja zapachowa powstała z olejków eterycznych, a nie jest sztuczna. Jest to również nasza polska marka, której siedziba mieści się w Warszawie.


Jakie peelingi do ciała polecacie? Zdradźcie mi swoich faworytów :)
 • Bielenda  • Maseczka dla niej i dla niego

• Bielenda • Maseczka dla niej i dla niego

Zmuszenie do siedzenia w domu sprzyja wzmożonej pielęgnacji, na przykład robieniu maseczek. Poprzedni wpis o masce Tołpy wzbudził Wasze zainteresowanie, tak więc pozostaję w temacie. Normalną sprawą jest, że produkt, który sprawdził się u mnie nie koniecznie musi podobnie wypaść u Was. Dzisiaj będzie o moim kosmetycznym rozczarowaniu, choć nie spodziewałabym się tego.


Markę Bielenda znam od dawna i lubię ich produkty. Miałam do czynienia z różnymi maseczkami, serią węglową czy zieloną herbatą. Bez wahania sięgnęłam zatem po maseczkę dla dwojga - byłą to dla mnie szansa na namówienie mojego faceta na zastosowanie tego typu środku do pielęgnacji cery. Niestety sam zapach już mocno zniechęcał - dla mnie czuć było w nim woń super glue. Idąc za zasadą, że czasem dla urody trzeba się nacierpieć np depilacja (auć!) nie zraziłam się, jednak maseczka nie przyniosła oczekiwanych efektów wyzerowania sebum, zwężenia i oczyszczenia porów. Faktycznie po zdjęciu maseczki cera była wygładzona, jednak chciałabym zauważyć, że po zdjęciu każdej maski typu peel off taki efekt jest odczuwalny. Możliwe, że faktycznie chwilowo sebum zostało opanowane, ale mimo wszystko jestem, a w zasadzie mogę powiedzieć, że jesteśmy rozczarowani.

A czy Wy znacie tą maseczkę i macie wyrobione o niej własne zdanie?


• Tołpa • Maska czarny detox

• Tołpa • Maska czarny detox

Ostatnio trwająca sytuacja w kraju jest mocno napięta (i jest to jeden z powodów ciszy na blogu - jestem zdrowa, ale dużo więcej pracy miałam w ostatnim czasie). Jestem ogromnie wdzięczna ludziom, którzy traktują tą sytuację poważnie i starają się, aby nie zaistniała możliwość, która mogłaby grozić czyjemuś zdrowiu czy życiu. Spędzając czas w domu w ramach wolnego czy home office możecie skorzystać z okazji i nałożyć na twarz maseczkę, więc dzisiaj przychodzę do Was z jedną z nich. Wybrałam maskę czarny detox w tubce marki Tołpa - może akurat macie ją w zanadrzu, albo po przeczytaniu mojej opinii ją kupicie. Koniecznie dajcie znać! ;) 


Pierwszą kontrowersją co do tej maseczki jest jej kolor - szary - wszak jest znana jako czarna maska, więc gdzie logika? Pomimo tego, jest to dla mnie dobry produkt, który rzeczywiście oczyszcza cerę, po jej użyciu znikają drobne zanieczyszczenia porów, choć niestety zaskórników nie rusza. Przy regularnym stosowaniu zauważyłam również zwężenie porów oraz mniejsze błyszczenie cery co jest efektem minimalizacji wydzielania sebum. Dzięki temu każdy makijaż w strefie T dłużej wytrzymuje w nienagannym stanie. Kolejną zachęcającą do przetestowania cechą jest niewyczuwalny zapach i kremowa konsystencja pozwalająca łatwo rozprowadzić produkt. Należy jednak pamiętać, że maska zawiera białą glinkę, więc nie powinniśmy pozwolić zaschnąć jej na twarzy. W tym celu świetnie sprawdzają się hydrolaty - czy jesteście ciekawi jakich używam? Na koniec - zmywać maskę polecam bawełnianym ręczniczkiem - robi się to szybciej i przyjemniej niż samą wodą i dłońmi, choć nie wykluczam tej opcji.
Regularne używanie maski jest możliwe dzięki większej pojemności maski 40 ml (za około 30 zł) i aluminiowej tubce, która nie zasysa powietrza, więc pozostawia kosmetyk dłużej świeży, jednak pamiętajmy, że jak każdy produkt kosmetyczny ma określoną datę ważności. Zastanawia mnie jeszcze tylko informacja na opakowaniu o tym, że jest to produkt limitowany. Dotychczas bez problemu widziałam go w drogeriach - czy ktoś coś wie na ten temat?


• Hagi • Puder do kąpieli z kozim mlekiem

• Hagi • Puder do kąpieli z kozim mlekiem

Od kiedy zaczęłam interesować się naturalnymi kosmetykami i ujrzałam stoisko marki Hagi na targach Ekocuda gdzieś w głowie siedziało mi takie ziarenko z chęcią wypróbowania ich. Trochę jednak czasu upłynęło, ale to był mój cel podczas ostatniej jesiennej edycji tego wydarzenia. Wróciłam z dwoma kosmetykami na próbę i tak je polubiłam, że nie mogłam nie kupić czegoś podczas promocji w Rossmannie, gdzie w ubiegłym miesiącu trafiły same bestsellery marki, o czym wspominałam Wam w stories na instagramie.

Postanowiłam odczekać chwilę, aby utwierdzić się w przekonaniu, że nie jest to efekt placebo i kosmetyki dobrze mi służą, ale już jestem z pozytywnymi informacjami. Na pierwszy ogień idzie coś dla fanów kąpieli w stylu Kleopatry, czyli puder do kąpieli z kozim mlekiem


Jestem jedną z nich - fanką długich, gorących kąpieli z bajerami w postaci soli, kul do kąpieli czy takiego właśnie pudru. Doceniam jak kosmetyki do kąpieli sprawiają, że woda z twardej staje się otulająca i działa pielęgnująco na skórę. Po wsypaniu odpowiedniej dawki pudru do wanny z wodą ta delikatnie się bieli i zaczyna przyjemnie (mlecznie) pachnieć. Po wejściu do takiej kąpieli czuję się jakbym dodatkowo nawilżała ciało - a to wszystko dzięki prostemu, ale bogatemu składowi.

Główny składnik, czyli kozie mleko to produkt wykorzystywany z medycynie i kosmetologii od starożytności. Na pewno każdy słyszał o słynnych kąpielach Kleopatry, która zażywała pielęgnujących kąpieli z jego dodatkiem. To istna odżywka dla ciała, podobnie z resztą jak krem z natury, którego mianem określa się masło shea. Doceniany składnik znajduje się nie tylko w kosmetykach naturalnych - większość producentów wykorzystuje jego właściwości ochronne nie tylko latem, ale i zimą. Idealnym dopełnieniem staje się olej ze słodkich migdałów dający skórze ukojenie. Podobnie jak poprzednie składniki świetnie sprawdza się w pielęgnacji wrażliwej skóry, również dziecięcej. 

Skład: Sodium Bicarbonate, Goat Milk Powder, Citric Acid, Potato Starch, Tapioca Starch, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Tocopherol (Vitamin E), Parfum

A nawiązując do wrażliwej skóry powołam się na chyba najlepszy przykład. Każda metoda usuwania owłosienia (depilacja/golenie) jest jest przyjemniejsza, kiedy skóra nie jest przesuszona. Podczas golenia nóg w czasie kąpieli dla komfortu używamy pianki do golenia lub produktów pokrewnych, bo bez tego.. z pewnością znacie to uczucie kiedy maszynka tępo przejeżdża po ciele? A no właśnie! Dzięki zastosowaniu tego pudru do kąpieli takie zajście u mnie się nie zdarza! Ponadto po takim zabiegu wychodzę z wanny z mniejszą ilością podrażnień niż zazwyczaj. Dla mnie ten produkt staje się hitem i już się nie mogę doczekać okazji, aby zakupić kolejne opakowanie, a może nawet innej wersji.


Cena: 44 zł / 400 g
Wydajność: zalecane 100 g / kąpiel - na opakowaniu jest nawet podziałka ułatwiająca dozowanie, choć ja dodaję ją wedle uznania i potrzeby, dzięki czemu wystarczył mi na więcej niż 4 kąpiele.

Znacie markę Hagi?
Jakie produkty znacie i polecacie?
• Duetus • Maseczka i peeling do twarzy

• Duetus • Maseczka i peeling do twarzy

W ostatnim czasie biorę udział w wyzwaniu instagramowym #codziennemaseczkowanie. Dzięki niemu zużywam kosmetyczne zapasy, wciąż testuję i dbam o cerę, ale również poznaję maseczkowe perełki. Jedną z nich jest maseczka do twarzy Duetus, którą otrzymałam od Emilki Uroda wg blondynki. Dotychczas niewiele słyszałam o tym dziecku Sylveco, ale po zużyciu maseczki czym prędzej popędziłam do Rossmanna, gdzie jeszcze do końca miesiąca na dodatkowym standzie dostępne są produkty tej marki i zakupiłam peeling do twarzy w tubce.

Duetus 

To jedna z linii kosmetyków stworzona przez Sylveco. Określana jest mianem minimalizmu dla dwojga - kosmetyki unisex. Działanie anty-smogowe i anty-trądzikowe wpisuje się w obecne potrzeby. Ponadto wyróżnia je ciekawy design opakowań, które skrywają w 100% wegański, naturalny i biodegradowalny skład kosmetyków bez sztucznych barwników i aromatów, za to bazujący na olejkach eterycznych i składnikach o działaniu regulująco-detoksykującym (np. węgiel aktywny, olej z konopii).


Maseczka do twarzy

Idealny kosmetyk dla cer borykających się z nadmiernym wydzielaniem sebum! Po użyciu tego produktu. Maseczka jest kosmetykiem jednorazowym, jednak jak już ją pokochacie na pewno znajdzie się w Waszej kosmetyczce wielokrotnie. Ma kremową konsystencję, dla mnie niewyczuwalny zapach i czarny kolor (dla porównania czarna maska z Tołpy wcale nie jest czarna!).
Doskonale reguluje sebum, ładnie matowi cerę, ale nie ściąga jej co często dzieje się w przypadku oczyszczających masek. Moja skóra po jej zmyciu była przyjemna w dotyku i ukojona, a pory zwężone.

Cena: ok 6 zł / 10 ml

Składniki/INCI: Aqua, Vitis Vinifera Seed Oil, Kaolin, Sorbitol, Cannabis Sativa (Hemp) Seed Oil, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Glyceryl Stearate, Activated Charcoal, Squalane, Tocopheryl Acetate, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) Root Extract, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Salicylic Acid, Xanthan Gum, Thymus Vulgaris (Thyme) Oil, Citrus Grandis Oil, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Limonene, Linalool.


Peeling do twarzy

Peeling bazuje na korundzie (i zmielonych nasionach czarnuszki), czyli jednym z najskuteczniejszych składników złuszczających, jednak nie podrażnia przy tym cery, gdyż jest delikatny i drobnoziarnisty. Po jego użyciu znikają wszystkie suche skórki, a pory zostają oczyszczone.
Największy minus? Intensywny zapach tymianku, który źle mi się kojarzy od momentu, gdy podczas przyrządzania potrawy sypnęło mi się go stanowczo za dużo..

Cena: ok 26 zł / 75 ml

Składniki/INCI: Aqua, Alumina, Vitis Vinifera Seed Oil, Glyceryl Stearate, Caprylic/Capric Triglycerides, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Nigella Sativa (Black Seed) Seed Oil, Stearic Acid, Nigella Sativa (Black Seed) Seeds Powder, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) Root Extract, Activated Charcoal, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Cetyl Alcohol, Sodium Benzoate, Xanthan Gum, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Thymus Vulgaris (Thyme) Oil, Citrus Aurantium Bergamia Fruit Oil, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Limonene, Linalool.
• Bosphaera • Krem do rąk i stóp

• Bosphaera • Krem do rąk i stóp

Dobry krem do rąk czy stóp wydaje się łatwy do znalezienia. Jedyne czego wymagam to sensowne opakowanie, ładny zapach, szybkie wchłanianie się i skuteczne działanie. I tutaj tak łatwo nie jest. Zaczęłam odrzucać kremy z zakrętką, ale już w dzisiejszym wpisie zauważycie, że zrobiłam wyjątek dla regenerująco - zmiękczającego kremu do rąk i stóp Bosphaera. Czym tak mnie zachwycił?


Inspirowane naturą ręcznie wyrabiane naturalne kosmetyki Bospharea już gościły w mojej łazience. Dotychczas używałam babeczek do kąpieli - przerobiłam świeże i owocowe zapachy i wciąż chcę testować ich więcej. Tym razem na jesiennych targach Ekocuda wzięłam ponownie babeczki i właśnie ten krem. Kolejne w kolejce jest nowy w ofercie koktajl kawowy pod oczy, treściwe masła do ciała i peelingi cukrowe - zapachy są obłędne, to Wam gwarantuję! Wierzę też w działanie każdego z tych produktów, gdyż ludzie, którzy je tworzą wkładają w nie całe serce. Wszak ich historia zaczęła się od tworzenia kosmetyków dla najbliższych, którym chcieli dać to co najlepsze. Rozwój marki, którą określają jako pasję, a nie pracę idzie wciąż w dobrym kierunku - wypuszczają małe serie kosmetyków, korzystają z tradycyjnych sposób wyrobu i ani myślą o taśmie produkcyjnej. W taki sposób powstał jeden z ich hitów, czyli krem do rąk i stóp. 


Pierwsze co urzekło mnie w tym kremie to przeznaczenie i zapach. Choć dłoniom czy stopom nie zaszkodzi posmarowanie ich balsamem do ciała to podchodząc do pielęgnacji kompleksowo i znając ich nieco większe potrzeby staram się stosować kosmetyki przeznaczone do danych partii ciała. Sami przyznacie, że stopy, które niosą nas przez życie i dłonie, którymi choćby sprzątamy dom potrzebują większej regeneracji niż np łydka. Przez długi, długi czas mocno irytował mnie jednak zawsze zapach kremu do stóp. Nijak potrafiłam położyć się do łóżka, kiedy dłonie mi nim pachniały, więc zawsze szybko chciałam iść je umyć, ale przecież krem na stopach musi się wchłonąć.. wrr! Tutaj krem jest wzbogacony o cały szereg nawilżających i regenerujących składników, które poradzą sobie ze stopami, a w dodatku pachnie bardzo przyjemnie. Słodki zapach świeżych muffinków z dodatkiem wanilii. Słodki, ale nie mdlący. Mogę śmiało Wam zdradzić, że czasem po prostu odkręcam słoiczek, aby tylko go powąchać, a to motywuje do użycia i zadbania o dłonie.

Krem ma treściwą, ale jednocześnie lekką konsystencję. Dość szybko się wchłania pozostawiając na skórze warstwę okluzyjną, jednak skóra po nim nie lepi się. Używany regularnie jest w stanie przywrócić dłonie czy stopy oraz inne suche miejsca, do których jest polecany (np łokcie, kolana) do dobrego stanu. Jedne z przykładów - miałam na tyle przesuszone dłonie, że skóra przy palcach była aż spękana. Po używaniu przez ok 3 dni powróciłam do suchej skóry, a kolejne dni wyrównały ich nawilżenie. W tym czasie wykonywałam te same czynności co wcześniej. Żeby nie pisać jedynie o dłoniach - stopy również jest w stanie szybko zregenerować. Wystarczy tarka na stopy i  regularne nakładanie tego specyfiku, a stópki będą jak u niemowlaka. 


Cena: 29,90 / 100 ml
Skład: Salvia Sclarea Flower Extract (ekstrakt z szałwii muszkatałowej), Aqua (woda), Urea (mocznik), Butyrospermum Parkii Butter (masło shea), Cocos Nucifera Oil (olej kokosowy), Lanolin (lanolina), Lactic Acid (kwas mlekowy), Glycerin (gliceryna), Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Methosulfate, Stearyl Alcohol, Parfum, Cetyl Alcohol, 2-Phenoxyethanol, Allantoin, Benzyl Alcohol, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Limonene, Linalool


Jak Wy dbacie o dłonie i stopy, zwłaszcza o tej porze roku?

• Senkara • Kokosowe mydło do pędzli

• Senkara • Kokosowe mydło do pędzli

Pewne czynności są obowiązkowe, jednak nie zawsze chce się nam je wykonać. Jedną z nich było dotychczas dla mnie mycie pędzli do makijażu. Szlag mnie trafiał jak trzeba było zmoczyć pędzel, namyślić go, pocierać i silikonowe akcesoria (które jeszcze trzeba było odnaleźć), płukać, przy czym kilkukrotnie zmieniać wodę lub końcowo i tak pracować pod bieżącą wodą. Na Instagramie trafiłam na polecenie produktu do czyszczenia pędzli i wiedziałam, że muszę go wypróbować. Zatem przy najbliższej okazji na Ekocudach odszukałam stoisko marki Senkara i kupiłam kokosowe mydło do pędzli.


Naturalny, prosty skład, słuszna idea i coś więcej niż akcesorium do mycia i pielęgnacji pędzli - to musiało skończyć się sukcesem. Mycie pędzli nigdy nie było tak proste i przyjemne. Wystarczy tylko zwilżyć pędzel pod bieżącą wodą i kolistymi ruchami zacząć czyścić pędzel o powierzchnię mydła. W czasie tego zabiegu wytwarza się piana, którą następnie należy wypłukać z pędzla pod bieżąca wodą i odłożyć go do wyschnięcia. Po umyciu wszystkich pędzli należy opłukać mydełko i pozostawić je do wyschnięcia lub osuszyć ręcznikiem - najważniejsze to nie zostawiać stojącej wody w pojemniku. Pędzle po umyciu mydłem kokosowym są delikatnie pachnące, a także miękkie i przyjemne w dotyku, dzięki czemu nie trzeba stosować odżywek.

Oprócz skutecznego działania jestem również zadowolona z formy opakowania. Otwierając plastikowe pudełeczko (szkoda, że nie szklane jak w pozostałych kosmetykach, ale rozumiem to pod kątem użytkowania) widzimy, że wypełnione jest do połowy. Nie bez powodu - dzięki temu właśnie nie musimy angażować więcej do mycia pędzli niż tylko tego pudełeczka. Powstała piana zostaje w środku, więc wystarczy ją wypłukać jak wspomniałam wcześniej, natomiast ranty pilnują, aby pędzel nam się nie omsknął i nie wypadł 'poza burtę'. 


Naturalny, wegański, polski kosmetyk, z autorskiej receptury, który przed wejściem na rynek przechodzi szereg testów i badań. W dodatku właścicielka marki prowadzi współpracę z katedrą biotechnologii środków leczniczych i kosmetyków jednej z najlepszych uczelni w kraju Politechniki Warszawskiej, co gwarantuje unikatowe i wysokiej jakości składy, takie jak tego mydełka:

Skład: Sodium cocoate (zmydlony olej kokosowy), Aqua (woda), Aroma (kompozycja zapachowa), Coumarin (kumaryna)* /*składnik kompozycji zapachowej


A Wy jak i jak często myjecie pędzle?
Jesteście zainteresowani tym produktem?
• EcoReceptura by Stara Mydlarnia • Krem do rąk i paznokci Argan

• EcoReceptura by Stara Mydlarnia • Krem do rąk i paznokci Argan

Nigdy nie byłam regularna w stosowaniu kremu do rąk - zawsze drażniło mnie posiadanie lepkich lub tłustych od niego dłoni, co przeszkadzało mi w codziennych czynnościach. Częściej pielęgnację dłoni zostawiałam na wieczór kiedy i tak cała smarowałam się balsamem. Pisanie bloga sprzyja jednak testom produktów, więc co jakiś czas pojawia się coś nowego w mojej kosmetyczce. Bohater dzisiejszego wpisu to arganowy krem do rąk Eco Receptura by Stara Mydlarnia, który bodajże otrzymałam w jakimś pudełku kosmetycznym.


Opakowanie kremu sprawia pozytywne wrażenie aluminiowej tubki, która nie zasysa powietrza, więc kosmetyk dłużej pozostaje świeży. Niestety to tylko wrażenie - jest to jedynie tak wyglądająca plastikowa tubka o pojemności 75 ml, za którą zapłacimy 19 zł. Najbardziej jednak w tym opakowaniu irytuje mnie zakrętka - nie raz miałam z nią przeboje co wpłynęło na moją decyzję o wyrzuceniu tego kremu do śmieci. Krem nie raz sam otworzył mi się w kieszeni czy torebce. Za pierwszym i drugim razem podejrzewałam samą siebie - na pewno przez pośpiech go nie dokręciłam! Niestety nawet zwracając na to większą uwagę sytuacja powtarzała się co było dla mnie nie do przyjęcia.


Gwoździem do trumny było działanie kremu - jak się możecie spodziewać niezbyt szczególne. Krem mimo obietnicy odżywienia skóry dłoni w moim odczuciu był w stanie sprostać jedynie pielęgnacji między jednym a drugim myciem rąk. W moim odczuciu niestety słabo nawilża dłonie i stosunkowo długo się wchłania, a rzekomego odżywienia zupełnie nie czuję. Zapach kremu był dla mnie słabo wyczuwalny, ale nawet on nie zachęcił mnie do użytku.

Przyznam, że jestem zawiedziona jakością tego produktu - zarówno działanie jak i samo opakowanie przyniosło mi sporo rozczarowań. Moje rozczarowanie jest tym większe, gdyż kosmetyki do kąpieli tej marki wspominam pozytywnie i z takim nastawieniem podeszłam do tego kremu. Ostatecznie krem wylądował w samochodzie, gdyż tam nie było czynników wpływających na samoistne otwieranie.. jednak zapomniałam o nim latem, kiedy wnętrze samochodu mocno nagrzewało się od słońca, więc to były jego ostatnie podrygi.

☛ EKOCUDA 16-17.11.2019 WARSZAWA CENTRUM PRASKIE KONESER - czemu warto się wybrać i co warto kupić ‽ + moja targowa wishlista ✮

☛ EKOCUDA 16-17.11.2019 WARSZAWA CENTRUM PRASKIE KONESER - czemu warto się wybrać i co warto kupić ‽ + moja targowa wishlista ✮

W najbliższy weekend w praskim centrum Koneser odbędzie się 7 warszawska edycja targów kosmetyków naturalnych EKOCUDA. Z roku na rok cieszą się one coraz większym zainteresowaniem nie tylko ze względu na obniżki cenowe i rabaty, ale rośnie również świadomość konsumentów na tematy ekologiczne, a wielu osobom służą właśnie takie kosmetyki. Z roku na rok przybywa nie tylko odwiedzających targi, ale również i wystawców. Pojawia się więcej marek tworzących kosmetyki dla mężczyzn i dzieci od niemowląt poczynając, ale także świece czy produkty czyszczące do domu. Targi są możliwością poznania kosmetyków - obecność testerów ułatwia wybór, a sprzedawca, który tworzy manufakturę jest najbardziej odpowiednią osobą do tego, by opowiedzieć o produkcie czy nam doradzić.


Jakie kosmetyki chciałabym Wam polecić, których sama używałam i możecie kupić je na zbliżających się targach?

  • Annabelle Minerals - polecam Wam z całego serca ich podkłady - moim konikiem są te kryjące, ale z rozświetlających również byłam zadowolona. Jeśli mówimy o podkładach to nieodłącznym ich elementem są pędzle - używam zamiennie flat top i short top - tym drugim łatwiej uzyskać mocne krycie. Marka ma również świetne cienie, róże i nowości, czyli rozświetlacze.
  • Bosphaera - markę znam póki co jedynie z babeczek/kul do kąpieli, które mają ciekawe zapachy - kwiatowe, owocowe, świeże, a same są niczym małe dzieła sztuki. Ogórek i melon to mój faworyt - więcej przeczytacie o nim tutaj:
    Bosphaera - babeczka do kąpieli Melon i ogórek
  • Felicea - kolejna marka tworząca kosmetyki do naturalnego makijażu. W mojej kosmetyczce znajduje się ich kredka do oczu - fantastycznie mi się z nią pracuje - cenię sobie jej miękkość i pigmentację, chyba jeszcze nigdy nie byłam tak zadowolona z kredki do oczu!
  • Fresh and natural - moim hitem tej marki jest zdecydowanie orzechowy balsam do ciała, który w moim odczuciu pachnie kinder bueno, a poza zapachem również świetnie nawilża ciało. W ofercie widziałam również interesujące peelingi do ciała, którym z pewnością warto się przyjrzeć.
  • Glov - demakijaż jedynie przy pomocy wody jest możliwy z rękawicą tej marki. Dotychczas używałam wersji na palec, która świetnie sprawdza się przy poprawkach w makijażu, jak również do demakijażu samych oczu np w podróży. Zdecydowanie polecam wypróbować, a taka rękawica nie raz uratuje życie, gdy skończy się płyn do demakijażu lub płatki kosmetyczne.
  • Manufaktura Mewa -  uwielbiam morze, więc sama nazwa mnie skusiła, ale owocowe zapachy jakie oferują w peelingach i balsamach to sztos! Moim hitem jest peeling ananasowy, o którym powstał post:
    Manufaktura Mewa - peeling ananasowy do ciała
  • Mokosh - to marka, która tworzy kosmetyki nieopodal mnie - naprawdę mieszkam niedaleko ;) Uwielbiałam ich olej lniany (chyba obecnie został wycofany) - świetnie pielęgnował moją skórę podobnie jak eliksiry do ciała - miałam je z boxów kosmetycznych - była to wtedy pomarańcza i żurawina i przyznam szczerze, że chętnie do nich wrócę. Zapachy idealnie będą pasowały do zbliżających się świąt.
  • O!Figa - to marka bazująca na oleju z opuncji figowej stworzona przez jedną z blogerek z dbałością o każdy szczegół. Miałam okazję wypróbować flagowy produkt, który teraz mogę Wam śmiało polecić serum olejowe dzika figa.
    Serum olejowe dzika figa marki O!Figa
  • Sylveco - marka rozrasta się niesamowicie - rozwija również swoje dzieci takie jak Vianek, Biolaven, Zielko czy Aloesove. Sama miałam okazję używać kilku kosmetyków Sylveco, Vianek i Biolaven i byłam zadowolona z jednym małym wyjątkiem, aczkolwiek czytałam ostatnio ciekawy artykuł o tym jak zmieniają się potrzeby włosów, więc nie skreślam tego duetu od razu.
    Lipowy płyn micelarny Sylveco - skończyłam już 2 butelki
    Nawilżający krem pod oczy Vianek
    Szampon i odżywka do włosów suchych Vianek - niestety u mnie się nie sprawdziły, ale słyszałam wiele pochlebnych opinii
  • Yope - markę poznałam jeszcze za czasów pracy w salonie Home&you, w którym są dostępne te produkty. Ciągła praca z kartonami w czasie dostaw przesuszała mi dłonie, więc skusiłam się na używanie ich mydeł i kremów do rąk, dzięki czemu sytuacja się polepszyła
  • Your natural side - to moje kosmetyczne odkrycie tego roku! Przez lato ratowały mnie ich wody roślinne, które na stałe weszły do mojej pielęgnacji - nie tylko twarzy. Świetnie sprawdzają się solo do odświeżenia twarzy, jak również do maseczek czy jako baza pod serum. Chętnie wypróbuję również ich peelingi.

Moja wishlista na nadchodzące targi

Nie jest to ścisła lista, którą kupię - są to produkty, które mnie ciekawią, nad którymi się zastanawiam, ale wiadomo, że może być tak, że pójdę na targi kupię zupełnie coś innego. Ciekawi mnie odkrycie marek takich jak Senkara, 4szpaki, Hagi czy Anwen. Pewniakiem jest, że uzupełnię zapas podkładu mineralnego Annabelle a przy okazji może skuszę się na nowość jaką jest paletka do brwi lub dokupię kolejny pędzel. Przydałby mi się również nowy bronzer, krem do rąk i kwas hialuronowy do twarzy. Zwykle kupuję też jakiś peeling, masło lub balsam do ciała, coś do kąpieli oraz jakieś akcesoria. A Wy - czynicie jakieś plany zakupowe czy dajecie porwać się instynktowi zakupowemu?
• Garnier Fructis • odżywcza maska Banana Hair food

• Garnier Fructis • odżywcza maska Banana Hair food

Maski do włosów stosuję zdecydowanie chętniej niż zwykłe odżywki. Po ich użyciu widzę lepszy efekt, a i w zabieganym życiu preferuję stosować ją raz na 2-3 mycia. Chętnie testuję maski różnych marek, choć mam również takie, do których zawsze wracam. Seria Garnier Fructis hair food należy właśnie do moich ulubieńców. Po kolei testuję kolejne warianty, a wszystko zaczęło się od wersji bananowej, której słoiczek mam już po raz kolejny. Także przedstawiam Wam odżywiającą maskę do włosów Garnier  Fructis banana hair food. 


Myślę, że nie popełnię błędu kiedy powiem, że maska zrobiła sporo szumu. Od kiedy weszła do sprzedaży od razu stała się pożądana. Kusiła naturalnym składem, niską ceną i dobrą dostępnością. Do tego doszła cała masa pochlebnych pierwszych wrażeń i opinii, łany zapach i skuteczne działanie. Garnier idąc za ciosem stworzył kilka wariantów: goji, papaya, macadamia i aloes. Dzisiaj jednak zatrzymajmy się przy bananie.

Maskę kupimy w drogeriach np Rossmann do 26 zł / 390 ml w plastikowym słoiczku. Znaczącym minusem dla mnie jest brak zabezpieczenia sreberkiem czy folią przed wścibskimi rączkami. Choć nie widziałam, żeby ktoś pchał tam palce, to jednak owocowa etykieta kusi do powąchania i takie przypadki widziałam w drogeriach. Zapach jest delikatny i przyjemny, jednak dla mnie to taki kremowy jogurt bananowy niż stricte świeży owoc, choć z drugiej strony można pochwalić, że nie jest  mocno perfumowany. Zapach kosmetyku faktycznie uprzyjemnia jego użytkowanie, ale bez skutecznego działania cały zabieg jest bezsensowny.


Maska ma konsystencję kremowego jogurtu i z łatwością rozprowadza się na włosach. Można stosować ją na trzy sposoby: jako odżywkę, jako maskę i jako pielęgnację bez spłukiwania. Najczęściej korzystam z dwóch pierwszych opcji - widzę po nic najlepszy efekt. Kremowa maska nałożona bez spłukiwania podobnie jak oleo-kremy z Biovaxa do końca mnie nie przekonują - na końce wolę zdecydowanie serum olejowe albo jedwab, ale o tym innym razem.
Działanie maski zapewnia mi sypkie włosy, które łatwo się rozczesują. Są nawilżone i odżywione, a także nie puszą się, dzięki odpowiedniemu dociążeniu. Towarzyszy temu przyjemna miękkość i brak plątania się w ciągu dnia przy regularnym stosowaniu.


Chciałabym również bardzo pochwalić producenta za ukłon w stronę czytaczy składów. Pomysłowe wykorzystanie powierzchni opakowania na ciekawe rozpisanie składu - teraz wszyscy wiedzą co znajdziemy w środku. Oby więcej takich pomysłów!

• Miya • kokosowe kosmetyki - myBEAUTYessence oraz myWONDERbalm

• Miya • kokosowe kosmetyki - myBEAUTYessence oraz myWONDERbalm

Na wszystko przyjdzie czas - w kontekście tego wpisu mogę powiedzieć, że w końcu nadszedł czas, żebym i ja wypróbowała kosmetyki Miya. Długo z tym zwlekałam ze względu na moje kosmetyczne zapasy kremów, ale gdy przyszedł czas zdecydowałam się na kokosowy duet - taki jaki rok wcześniej podarowałam w akcji mikołajkowej. Postawiłam na kokosa i aktywną esencję w mgiełce Coco BeautyJuice oraz my wonder balm I'm coco nuts. Już na samym początku zdradzę Wam, że kokosowy zapach to nie jedyna zaleta tych kosmetyków.. ;)


Kosmetyki MIYA to produkty dzięki którym zawsze możesz być gotowa. Użycie ich nawet w biegu sprawi, że będziesz zadbana i wypielęgnowana, a ich działanie i zapach sprawi, że pokochasz je. Wegańskie, nie testowane na zwierzętach, szczycące się 0% zbędnych dodatków (silikonów, parafiny, PEG-ów, olejów mineralnych, parabenów). Mające głęboką filozofię, które stworzyły kobiety dla kobiet w ten sposób, aby były bezpieczne, w atrakcyjnej cenie. Czy należy przekonywać do nich bardziej?


myBEAUTYessence Coco BeautyJuice

Moja przyjaciółka nieustannie chwali mi mgiełkę Flower BeautyPower, jednak nie koniecznie odpowiada mi jej kwiatowy zapach. Skusiłam się zatem na esencję Coco BeautyJuice o delikatnym zapachu kokosa. Bez wahania mogę przyznać, że to uniwersalny i wszechstronny kosmetyk. Świetnie sprawdzi się jako kosmetyk do twarzy (również pod oczy), szyi i dekoltu. Można pozostawić go swobodnie - szybko się wchłania lub delikatnie wklepać opuszkami palców, a także stosować wraz z innymi kosmetykami. Chcecie dowiedzieć się jak ja ją stosuję?

Najczęściej stosuję go w ciągu dnia do odświeżenia cery - bardzo chwalę go sobie zwłaszcza w klimatyzowanych pomieszczeniach lub podczas wysokich temperatur na dworze - zdecydowanie zapobiega wysuszeniu skóry. Skoro już jesteśmy przy wysokich temperaturach, które jeszcze do nie dawna były z nami obecne to esencja świetnie zastępowała kremy do twarzy, które po krótkim spacerze z psem spływały z twarzy. Mgiełka sprawdza się również jako baza pod serum olejowe, którego używam - dzięki temu łatwo rozprowadzić kosmetyk, a w dodatku czuję, że jego działanie jest wzmocnione. Na sam koniec warto wspomnieć również, że przydaje się podczas wykonywania makijażu, a mianowicie do zniwelowania pudrowości makijażu, kiedy niejako zastępuje odrębny kosmetyk - fixer. Choć używam go na wiele sposobów to wciąż czuję, że może mnie czymś zaskoczyć. Piękny zapach, skuteczne działanie i wspaniały skład - 98,1% pochodzenia naturalnego, a w nim m.in. ekstrakt z kokosa, woda termalna, sok z aloesu.

Buteleczka z atomizerem 100 ml / ok 30 zł

INCI: Aqua (Water)*, Cocos Nucifera Fruit Extract*, Aloe Barbadensis Leaf Juice*, Aqua (Hot Spring Water)*, Niacinamide, Sodium Hyaluronate*, Hyaluronic Acid*, Panthenol, Polyglyceryl-4 Laurate/Sebacate*, Polyglyceryl-6 Caprylate/Caprate*, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Sodium Phytate*, Alcohol*, Sodium Hydroxide, Citric Acid, Parfum (Fragrance), Benzyl Benzoate, Coumarin. / *składnik pochodzenia naturalnego


myWONDERbalm I'm coco nuts

Krem do twarzy I'm coco nuts wzięłam z półki bez zastanowienia - nawet etykiety nie przeczytałam, ot dobrałam go zapachem do esencji. Dopiero w domu okazało się, że jest wskazany do skóry normalnej, mieszanej oraz ze skłonnościami do tłustej i tłustej, jednak mogę się założyć, że sprawdzi się równie dobrze także u suchej. Krem podobnie jak esencja ma delikatny kokosowy zapach, który nie podrażnia wrażliwych oczu. Nie zdarzyło mi się również, aby mnie zapchał, a za to mogę pochwalić go, że podobnie jak esencja pozytywnie mnie zaskoczył

Treściwa konsystencja wydobywanego z z tubki kremu w momencie nałożenia na twarz staje się łatwa do rozprowadzenia i wklepania. Moja buzia dosłownie po chwili staje się miękka jak dłonie mojego zaledwie 3-miesięcznego chrześniaka. Cera jest odżywiona, nawilżona i ukojona. Krem stosuję o każdej porze dnia/nocy i jestem zadowolona. Świetnie sprawdza się jako baza pod makijaż, również ten naturalny stworzony przy pomocy minerałów (u mnie Annabelle Minerals), ponieważ nie zostawia tłustego filmu oraz szybko się wchłania. Podobnie zadowolona jestem w przypadku stosowania go na noc. Moja ciekawość i zadowolenie z kremu było niewyobrażalne, więc sprawdziłam coś, co u mnie mogło skończyć się jedną wielką masakrą twarzową - użyłam esencji MIYA, serum olejowego O'Figa! i tego kremu JEDNOCZEŚNIE na noc. Efekt przerósł moje oczekiwania - tak pięknej, promiennej cery nie miałam dawno, a spodziewałam się wysypu krostek. Powtórzyłam eksperyment kilkukrotnie i wciąż jest w porządku. Nie dziwię się, że jedna z blogerek, które czytam stwierdziła, że gdyby miała używać już tylko jednego kremu postawiła by na I'm coco nuts. Myślę, że to zdanie mogłoby paść również z moich ust. I w tym momencie mogę pochwalić sama siebie - cieszę się, że podarowałam komuś dobre kosmetyki!

Krem w tubce 75 ml / ok 30 zł

INCI: Aqua (Water)*, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Glycerin*, Caprylic/Capric Triglyceride*, Cetearyl Olivate*, Sorbitan Olivate*, Glyceryl Stearate SE*, Cetearyl Alcohol*, Phenoxyethanol, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Sodium Polyacrylate, Xanthan Gum*, Ethylhexylglycerin, Sodium Phytate*, Alkohol*, Parfum (Fragrance), Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Coumarin, Alpha-Isomethyl Ionone, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamalaldehyde. / *składnik pochodzenia naturalnego


Znacie kosmetyki MIYA?
U mnie już czeka lekki olejek do demakijażu i oczyszczania - myślę nawet, żeby porównać go z innym, na pierwszy rzut oka podobnym kosmetykiem - jesteście ciekawi?
• Tołpa • Spa detox: krem-mus pod prysznic

• Tołpa • Spa detox: krem-mus pod prysznic

Chyba dopadło mnie jesienne przygnębienie.. Wstać rano to dla mnie masakra i gdyby nie to, że czasem fajnie jest mieć nieco życia prywatnego to zdecydowanie poprosiłabym o same zmiany popołudniowe. Ciężkie poranki wymagają intensywnego pobudzenia i tutaj mam dla Was świetny kosmetyk do tego celu. Gdyby nie to, że wolę wieczorne kąpiele i mycie włosów pewnie byłby to mój ulubiony produkt w kategorii poranny prysznic!


Krem-mus pod prysznic Tołpa z serii Spa detox otrzymałam w czasie warsztatów fotograficznych - produkt służył nam tam za modela. W czasie omawiania fotografii z punktu kompozycji Marta z bloga BaFavenue pokazała jedno ze swoich zdjęć inspirowane pobudzeniem. Żel zestawiła z kubkiem gorącej kawy, a ponadto kolor produktu kawa z mlekiem wywarł chyba mocny wpływ na moje wyobrażenie o nim. Zdarza mi się, że produkty, które już mam w domu (np kupione jakiś czas temu) np taki żel pod prysznic zaczynam używać bez czytania opisu producenta, ot zainteresuję się co najwyżej sposobem użycia w mniej intuicyjnych przypadkach. Stosuję taką metodę, aby wyrobić sobie zdanie na temat kosmetyku, a dopiero po kilku użyciach zerkam czy moje odczucia są zgodne z tym co obiecuje producent. W ten sposób mam szybko gotową opinię. Patrząc na mój zamysł testowania kosmetyków, nie przeczytanie informacji z opakowania i wizualizację myślową wyobraźcie sobie moją minę gdy wzięłam ten żel do kąpieli z nastawieniem porównam go z kawowym z Yves Rocher. Zapach jest zupełnie inny! I choć jestem zaskoczona to cieszy mnie jego pobudzający, dodający energii zapach cytrusów i werbeny. Takie połączenie jest świeże i intrygujące, a wchodząc do łazienki chociażby ukradkiem staram się otworzyć tą plastikową buteleczkę, żeby tylko poczuć ten zapach.
Właściwości pielęgnacyjne żelu są zadowalające. Kosmetyk nie wysusza skóry, a więc nie powoduje jej swędzenia co ostatnio coraz częściej mnie dotyka. Delikatnie się pieni, dobrze myje i odświeża, a choć sam żel jest dość rzadki to wciąż wydajny. Największym minusem jest dla mnie jednak cena - ok 25 zł/300 ml., choć czasem warto pozwolić sobie na odrobinę przyjemności. Nie spotkałam go jednak póki co nigdzie stacjonarnie - może Wam się to udało?


• Lirene • Żel pod prysznic z olejkiem - mango&jaśmin oraz argan&marula

• Lirene • Żel pod prysznic z olejkiem - mango&jaśmin oraz argan&marula

Pierwszy dzień jesieni wychwalałam na instagramie za piękną pogodę, natomiast dzisiaj już widzę za oknem aurę typowo jesienną. Od rana wilgoć, ciemność i mgła. Można by rzec, że rozpoczynamy sezon na pielęgnację jesienną, gdyż zaraz atakować będą nas wiatry i ogrzewanie, jednak osobiście wolę od razu stawiać na nawilżanie, a nie czekać na taką potrzebę. W przypadku żeli pod prysznic zawsze pisałam Wam, że nie oczekuję od nich nawilżania, jednak nie mogę zaakceptować przesuszania skóry. O ile zdarza mi się wciąż kupować losowo wybrane kosmetyki do kąpieli, to coraz chętniej sięgam po żele z zawartością olejków. Jednym z takich wyborów były żele pod prysznic z olejkiem Lirene. Jak się sprawdziły? 


W drogeriach dostępne są trzy wersje zapachowe produktów z serii shower oil - mango&jaśmin, argan&marula oraz makadamia&monoi. Dwie pierwsze widzicie na zdjęciach, tak więc możecie być pewni, że ich używałam. Mają konkretne zapachy wyróżniające się olejami, na których bazują. W moim odczuciu podczas używania kosmetyku czuć o wiele przyjemniejszy zapach niż po otwarciu plastikowej buteleczki. Butelka jest wygodna w użyciu, dozuje odpowiednią ilość kosmetyku i pozwala śledzić zużycie dzięki przejrzystym ściankom.
Sam żel jest nieco lejący, choć nie można powiedzieć, że rzadki; jest całkiem wydajny. Nieco ślizga się po ciele i niekontrolowany z niego spływa, ale również nie najgorzej się pieni. Choć bazuje na silnym środku myjącym SLS nie przesusza skóry. W wersji z mango dopatrzyłam się w składzie parafiny, jednakże nie zauważyłam charakterystycznego dla niej działania, czyli zapychania czy tłustej warstwy na ciele. Choć składy kosmetyków nie są idealne chętnie po nie sięgam, przekonały mnie do olejków w kosmetykach myjących. Zaznaczę również, że oprócz zapachu nie zauważyłam większych różnic pomiędzy żelami. Skóra jest po nich domyta i nie swędzi. Na wizażu spotkałam się również z opinią, że jest to dobry kosmetyk do demakijażu - sama jednak uważam, że są w tym celu stworzone odrębne kosmetyki i nie zalecam takiego ich spożytkowania.

A Ty jakiego kosmetyku do mycia ciała obecnie używasz?
☛ Metamorfoza moich stóp - jak dbać o stopy aby nie wstydzić się ich pokazywać ‽

☛ Metamorfoza moich stóp - jak dbać o stopy aby nie wstydzić się ich pokazywać ‽

Za małolata uwielbiałam malować paznokcie u stóp - czy lato czy zima królowała na nich czerwień, która nie umykała oczom domowników. Chętnie nosiłam również odkryte obuwie - całym rokiem mogłam chodzić w japonkach - po dworze jak i po domu. Później coś się zadziało - pojawił się jakiś kompleks, wstydziłam się swoich stóp, a skoro latem i tak wybierałam trampki, czeszki lub adidasy, więc nie musiałam pamiętać o pielęgnacji stóp. I to był błąd. Później nie mogłam poradzić sobie z suchymi, wręcz szorstkimi piętami. Miałam nadzieję, że sprawę rozwiąże okazjonalnie nałożony na noc byle jaki krem, a rano obudzę się ze stópkami jak niemowlak. Myliłam się. Czekała mnie żmudna droga, testowanie kremów, których zapach na ogół mi nie odpowiadał, wydawanie kolejnych pieniędzy na plastikowe tarki.. Aż postanowiłam zebrać się w sobie. Poczytałam o hitach innych koleżanek po fachu, czyli blogerek. Trafiłam na interesujące produkty i korzystając z wakacyjnej promocji Rossmanna zakupiłam je, a teraz? Wystarczy mi je zastosować 1 lub 2 razy na tydzień i cieszyć się nienagannym wyglądem stóp.

O czym warto pamiętać?

Stopy niosą nas przez życie. Testują nowe, często niewygodne buty, które je ocierają lub powodują potliwość. Dla efektu wow znoszą pioruńsko wysokie szpilki, a także zostają same kiedy te okazują się niewygodne i z nóg trafiają do ręki. Chodzą boso po plaży, ale również po mieszkaniu. Czasem uderzą małym palcem w róg szafki. Niektóre mają problem z haluskami, innym wrastają paznokcie. To jest taka sama część ciała, która wymaga pielęgnacji jak włosy czy brzuch. Im fundujemy maski czy masaże wodne, a co ze stopami, które ryzykują grzybicę na basenie? No właśnie.

Poniżej przedstawiam moje niezawodne trio pielęgnacyjne. Wyzwolić się z kiepskiego wyglądu stóp pomogła mi przede wszystkim luksusowa tarka do stóp Ewy Schmitt (ok 30 zł). Jest to zupełnie inna tarka niż te, których używałam wcześniej. Nie chodzi o sam wygląd, że jest bardziej elegancka. Siła tkwi w materiale ściernym. Na ogół można spotkać coś na pierwszy rzut oka przypominający pumeks, jednakże po bliższym kontakcie okazuje się być marnym, wykruszającym się plastikiem lub coś w rodzaju pilnika/papieru ściernego. Takie produkty nie wpływały na estetykę moich stóp. W przypadku tej tarki mamy do czynienia z minerałem - korundem o dwóch gradacjach do stopniowego stosowania. Korund w trakcie używania produktu nie wykrusza się ani nie przyjmuje martwego naskórka, natomiast wyczyszczenie produktu to jedynie opłukanie go pod bieżącą wodą. Tarka jest wodoodporna, można stosować ją na sucho lub mokro, jednak ja preferuję i polecam ten drugi wariant. Po użyciu tarki moje stopy są pozbawione szorstkiej warstwy, są miękkie i gładkie, a efekt potęgują zamiennie używane kremy.


Krem do stóp Kneipp na zrogowaciały naskórek (ok 30 zł) podobnie jak tarkę kupiłam z polecenia Justyny Hushaaabye. W skuteczny kosmetyk również trzeba zainwestować, a Kneipp kusi nie tylko jakością, ale i dobrym składem. W drogeriach można trafić jeszcze masło do stóp z tej samej serii (kilka złotych droższe), jednak konsystencja obecnie używanego przeze mnie kremu jest na tyle zwarta, że i z tego produktu będą zadowoleni fani gęstszych specyfików.
Skład kremu bogaty jest w mocznik (25%), wyciąg z nagietka, pantenol, witaminę E, olej jojoba, mentol, olej z rozmarynu.. oraz pomarańczowy olejek eteryczny, któremu zawdzięczamy przyjemny zapach i działanie dezodorujące. Działanie ma świetne - jak dotąd nawet codziennie używane kremy nie dawały efektu takiego jak ten stosowany max 2 razy w tygodniu. Stopy są gładkie i miękkie, chwilę po aplikacji otulone warstewką ochronną, która w żaden sposób nie jest śliska itp.

Skład: Aqua (Water), Urea, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Sodium Lactate, Glycerin, Polyglyceryl-3 Polyricinoleate, Sorbitan Oleate, Hydrogenated Vegetable Oil, Calendula Officinalis (Marigold) Flower Extract1, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Oil, Litsea Cubeba Fruit Oil, Menthol, Citral, Limonene, Geraniol, Citronellol, Linalool,Eugenol, Parfum (Fragrance), Magnesium Sulfate, Sucrose Polystearate, Lactic Acid, Tocopherol. /1Z kontrolowanej uprawy ekologicznej.


Zamiennie z kremem Kneipp stosuję Sorbet jeżynowy do pielęgnacji pięt z Polskiej Spiżarni Urody (Pollena - m.in. Biały Jeleń). Niestety nie można go kupić solo, a jedynie w drewnianej skrzynce wraz z 15 innymi produktami do różnych stref ciała (twarz, łokcie, pośladki - TUTAJ znajdziecie więcej infotmacji). Otrzymałam go jako upominek podczas jednych z targów kosmetycznych. Jego atutami jest lekka konsystencja, piękny jeżynowy zapach oraz skład, który również jest atrakcyjny. Podobnie do Kneipp znajdziemy w nim mocznik i pantenol, a ponadto ekstrakt z jeżyn czy glicerynę. Sorbet szybko się wchłania, pozostawia gładkie stopy i wrażenie jakbyśmy używali produktu w żelu. Świetnie sprawdzał mi się letnimi wieczorami.

skład:mocznik, gliceryna, pantenol, Questice Liquid, emolient pozyskiwany z masła shea, antocyjaniny, izomerat sacharydowy, ekstrakt z owocu jeżyny.

Znacie już mój sposób na stopy. Dzięki tym 3 produktom mogę spać spokojnie, a w czasie wyjazdu zastosować jedynie ten sam balsam, którego używam do ciała bez uszczerbku na moich stopach. Powiedzcie jak sytuacja wygląda u Was - czy lubicie pielęgnację stóp i jakich produktów używacie.
Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger