❆ Świąteczne minifilmy ❆ czyli 5 filmów z motywem: święta w animacjach

❆ Świąteczne minifilmy ❆ czyli 5 filmów z motywem: święta w animacjach

Dzisiaj wpadam do Was z kolejnym wpisem z kategorii #blogmas. Tym razem jeden z moich ulubionych tematów, czyli świąteczne filmy. Ich idea jest z jednej strony głęboko wątpliwa - otóż po takie produkcje sięgamy zazwyczaj w grudniu - przed jak i w same święta. To bardzo wąski przedział czasowy, po którym film idzie w odstawkę na cały rok. Patrząc jednak optymistycznie na świąteczne filmy należy się w nich doszukiwać ducha świąt, potrzeby wczucia się w bohaterów ogarniętych świątecznym szałem, co i na nas ma bardzo duży wpływ. Specjalnie dla Was wybrałam 5 filmów, które przedstawiają różne oblicza świąt u naszych ulubionych bohaterów popularnych kinowych animacji.

Madagwiazdka (Merry Madagascar, 2009)

Alex, Marty, Gloria i Melman w ramach życzenia gwiazdkowego chcą powrócić do Central Parku. Ich plan zostaje jednak zakłócony przez wypadek Świętego Mikołaja. Przyjaciele przejmują jego rolę i dostarczają prezenty.
Animacja wskazuje jak ważne jest poświęcenie pomiędzy tym czego chcemy, a czego inni oczekują od świąt. Uczy również, że wręczanie prezentów może być przyjemniejsze od ich dostawania.


Epoka lodowcowa: Mamucia gwiazdka (Ice Age: A Mammoth Christmas, 2011)

Sid niszczy świąteczny symbol-pamiątkę Mańka, przez co trafia na czarną listę Mikołaja. Zepsutą atmosferę świąt próbuje ratować córka Mańka, Brzoskwinka, która usiłuje przekonać ojca do wiary w magię świąt i Mikołaja.
Animacja opowiada o wierze w magię świąt oraz wspólnych staraniach. Ostatnio rozmawiając z bliską mi osobą doszliśmy do wniosku, że magię świąt najbardziej czuć dopóki jakiekolwiek dziecko wierzy jeszcze w Mikołaja i cała rodzina stara się, aby dalej to trwało. Może my również powinniśmy obudzić w sobie nieco dziecięcej naiwności i wiary w święta?


Święta, święta i Po (Kung Fu Panda Holiday, 2010)

Każego roku Po spędza święta z ojcem, z którym wspólnie gotuje świąteczne potrawy dla mieszkańców swojej wioski. Od kiedy stał się Smoczym Wojownikiem ciążą na nim również obowiązki z kręgu zawodników kung fu - tym razem jest to bycie gospodarzem corocznego przyjęcia.
Choć ta animacja DreamWorks podobała mi się najmniej, to nie mogę zaprzeczyć, że niesie ona bardzo ważne przesłanie o wyborze z kim należy spędzić święta. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że jest to czas przeznaczony dla bliskich, ale czy każdy potrafi odłożyć inne obowiązki na bok na te 2 dni?


Pada Shrek (Shrek the halls, 2007)

Shrek planuje zorganizować i spędzić spokojne święta z żoną i dziećmi, natomiast jego przyjaciele mają zupełnie inny plan. Świąteczna atmosfera zmienia się w mały armagedon, natomiast cierpliwość organizatora zostaje wystawiona na próbę.
Klasyczny Shrek, który ceni sobie swoją prywatność w świątecznym wydaniu. Losy bohatera prawią o tym, że nie da się zorganizować świąt idealnych - zawsze ktoś będzie niezadowolony, ktoś zapłacze, zdarzą się małe wpadki. Aby zachować magię świąt należy być bardzo elastycznym, dopasować się do sytuacji i brać święta takim jakimi są.


Kraina lodu. Przygoda Olafa (Olaf's Frozen Adventure, 2017)

Śmierć rodziców Anny i Elsy oraz długo zamknięte bramy zamku sprawiły, że podczas organizacji świąt siostry odkryły przykrą prawdę o braku tradycji. Na ratunek przychodzi im Olaf, który wybiera się w podróż w celu poszukiwania świątecznych tradycji.
Najnowsza produkcja, która dotychczas była wyświetlana jedynie w kinach przed seansem Coco w ten weekend pojawi się w telewizji przed projekcją Krainy lodu. Sądząc po zachwytach nad animacją oraz krótkometrażowym filmie Gorączka lodu z pewnością będzie to kolejny świetny minifilm niosący naukę dla dzieciaków w święta.


Czy znacie którąś z tych produkcji?
Lubicie animacje czy pozostawiacie je do oglądania dzieciom?
❆ Świąteczny manicure ❆ ✮ Neess Czerwony i wściekły + Indigo Pixel effect ✮

❆ Świąteczny manicure ❆ ✮ Neess Czerwony i wściekły + Indigo Pixel effect ✮

Moje pazurki mają właśnie chwilowy oddech - są skrócone, niech odrosną znowu silne i mocne - nie chcę wejść w nowy rok z ogryzkami. Chciałabym Wam pokazać mój poprzedni bardzo prosty, a jakże efektowny manicure jeszcze na dłuższych paznokciach. Nosiłam je z dumą, ale uważam, że mogą one być genialną, szybką propozycją na świąteczny manicure. Czerwień wszak nieodłącznie kojarzy się z Bożym Narodzeniem, natomiast odrobina blasku sprawi, że takich paznokci nie powstydzimy się również w sylwestrową noc


W ramach akcji wprowadzenia hybryd Neess do sprzedaży w drogeriach Natura pod koniec października został zorganizowany kobiecy event na warszawskim Targówku. Można było spotkać się na żywo z Cleo, zapoznać się z marką, a także zrobić sobie manicure produktami marki u dziewczyn z Boskie paznokcie. Dla określonej ilości blogerek przygotowano również paczki ambasadorskie Neess. Dzisiaj prezentuję jeden z nich, a mianowicie Czerwony i wściekły. Postawiłam na klasyczną czerwień z dodatkiem błysku mojego ulubionego pyłku, czyli Indigo pixel effect Kopciuszek.


Lakiery hybrydowe marki Neess to dziecko znanej marki kosmetycznej Donegal. Niczym nie odbiegają od znanych i popularnych marek. Występują w dwóch pojemnościach 4 i 8 ml i kosztują odpowiednio 17, 99 i 29,99 zł. Są średnio gęste - łatwo się nimi pracuje nie zalewając przy tym skórek. Otrzymując na evencie katalogi kolorów zostałyśmy z przykrością poinformowane, że są już nieaktualne, ponieważ wyszło już sporo nowych kolorów! Wielkie wow, dla tak szybkiego poszerzania asortymentu barw - domyślacie się jak duży wybór kolorów to zwiastuje? Marka w swojej ofercie posiada również piękne ozdoby do paznokci - pyłki oraz naklejki. Najnowszy, jednorożcowy efekt błysku połączony z naklejkami w różnych wzorach już jest na mojej wishliście.

❆ Christmas wishlist ❆ czyli Drogi Mikołaju..

❆ Christmas wishlist ❆ czyli Drogi Mikołaju..

Mikołajki już za nami, a więc teraz czas będzie niemiłosiernie zasuwał po to, aby za chwilę dzielić się opłatkiem w blasku choinki. Święta coraz bliżej, a choć nie wiadomo co znajdziemy pod choinką, to na pewno każdy z nas ma w głowie swoje pragnienia i potrzeby, swoją małą wishlistę, która wyjątkowo by nas uszczęśliwiła. Uwielbiam przeglądać Wasze wishlisty - jak zawsze podkreślam, że życzę Wam ich spełnienia, a zarazem dla mnie są inspiracją na prezenty dla bliskich. Dzisiaj chciałabym pokazać Wam co mi się śni po nocach i o czym w tym roku piszę Mikołajowi.. 

nowy portfel

Mój obecny jest już zdecydowanie wysłużony. Dalej bardzo go lubię, ponieważ mimo, że jest mały, to mieści wszelkie karty, monety i banknoty, jednak coraz bardziej zawstydzam się wyciągając go z torebki. Obecnie chłopak podpowiada mi, abym sprawiła sobie taki większy i szczerze przyznam, że mam kilka typów w Sinsayu - cenę mają przystępną, więc jeśli nie będzie mi z takim wygodnie, to nie będzie płaczu za wydanymi monetami.

❆ nowe perfumy ✔

Większość z Was na pewno wie, że uwielbiam wody toaletowe Calvina Kleina. Ostatnio przyjaciółka polecała mi zapach Beauty i ten właśnie flakonik otrzymałam wczoraj na Mikołajki od mojego ukochanego, więc jedna pozycja jeszcze przed Bożym Narodzeniem się odhaczyła ;)

❆ nowa płyta zespołu U2

Od samego początku, gdy tylko pojawił się singiel You're the best thing aobout me promujący płytę Songs of experience wiedziałam, że muszę ją mieć. Uwielbiam wszystkie hity tego zespołu, może pora na pierwszą płytę w moich zbiorach?

❆ nowe pędzle

Dwa domy - mój i chłopaka to za dużo dla moich pędzli. Część trzymam u siebie, część u niego, jednak zawsze gdzieś brakuje mi jakiegoś pędzla do makijażu. Uważam, że nowe pędzle rozwiązałyby problem, choć z pewnością nie aż tak, jak wspólne mieszkanie. Jednakże musicie przyznać mi rację, że zakup pędzli będzie tańszy niż nieruchomość. Rozmyślam nad Zoevą, którą wszystkie dziewczyny chwalą - nie musi być od razu cały komplet, jeden, dwa lub trzy na start w zupełności wystarczą.


❆ zegarek Paula Hewitta i bransoletka ancuff

Zeszłoroczne marzenie o zegarku Cluse zakończyło się jedynie podróbką z aliexpress. Przyznaję, że Hewitt marzył mi się jeszcze przed Cluse, jednak w naszym kraju były bardzo ciężko dostępne, jednak obecnie można je spotkać w kilku sieciach oferujących zegarki, więc Mikołaj ma znacznie ułatwione zadanie. Do zegarka chciałabym jeszcze bransoletkę ancuff w kolorze pasującym do koperty. Oglądam mnóstwo inspiracji na takie zestawy na instagramie - prezentują się wspaniale!

❆ kolczyki inspirowane origami

Niesamowicie wpadły mi w oko - są piękne, nieoczywiste i choć rozbudowane, to takie minimalistyczne. Widziałam je w kilku sklepach jubilerskich i bardzo przypadły mi do gustu. Są różne wzory - diamenty, liski, ptaki - to najpopularniejsze jakie widziałam.

 miętowe rękawiczki

Nigdy nie przepadałam za zimą, ponieważ zawsze wszystkie sweterki mnie gryzły, a kurtki sprawiały, że nie miałam się jak ruszać, jednak od kiedy jestem szczęśliwie zakochana polubiłam tę porę roku - rzucanie się śnieżkami, wspólne spacery po rozświetlonych świątecznymi iluminacjami uliczkach, ogrzewanie się poprzez przytulanie i trzymanie za ręce.. w rękawiczkach będzie zdecydowanie cieplej! Akurat kompletuję sobie zimowe akcesoria - mam już czapkę, szal, brakuje tylko ich - miętowych rękawiczek.

❆ matowy top hybrydowy

Ostatnio znowu zakochałam się w inspiracjach matowych paznokci, jednakże ostatnio noszę na paznokciach praktycznie cały czas hybrydy, więc przydałby się adekwatny top. Ostatnio wpadł mi w oko Veolur top z Neonail. Oczywiście nie pogardziłabym również świątecznymi bombkami tej marki ani kolekcją Star glow.

❆ naklejki na paznokcie Unicorn by Neess

Ostatnio odkryta przeze mnie marka lakierów hybrydowych wypuściły coś, co miłośniczki paznokci i jednorożców z pewnością przyjmą z otwartymi rękoma. Naklejki Unicorn - proste w aplikacji, różne wozry dające efekt poświaty i połysku na paznokciach to niesamowity pomysł na odmianę nawet jednokolorowego manicure.


W sferze kosmetycznej jest minimalistycznie - mam wiele kosmetyków, spore zapasy, więc nie ma sensu ich powiększać. Kilka pięknych drobiazgów na pewno uszczęśliwiłoby mą duszę, owiało elegancją od święta i na co dzień. Myślę, że w tym roku postawiłam na same konkrety - rzeczy, które będę używała, a nie będą biernie stały i zbierały kurz. Z takich rzeczy marzy mi się jeszcze czarna patera/taca z lustrem na dnie, na której ustawiłabym flakoniki perfum na toaletce. Zobaczyłam gdzieś taką na instagramie, jednak umknęła mi, a teraz szukam jej bezpowrotnie - może widzieliście coś takiego? Koniecznie dajcie znać! 
• Yankee Candle • Winter glow

• Yankee Candle • Winter glow

Śnieg za oknem coraz częściej sprawia, że nieustannie paliłabym woski w kominku. Otulające zapachy, a w dodatku podgrzewacz również troszkę podgrzewa atmosferę w pokoju wspomagając kaloryfer. Obecnie trwa u mnie otwarty sezon na zapachy zimowe i świąteczne. Przyznam szczerze, że w zeszłym roku za późno zamówiłam niektóre woski z Goodies, tak więc czekały praktycznie cały rok, abym w tym roku mogła nadrobić zaległe zapachy. Dzisiaj na tapetę bierzemy Winter glow - czy czuć w nim proszek do prania czy powietrze wpuszczane przez okiennice do górskiej chatki?


Winter glow nie kusił mnie szczególnie - jak większość białych wosków z Yankee - zawsze odnosiłam wrażenie, że są takie bez wyrazu, a potem, że wszystkie pachną czystością. Co do czystości, to ten wosk również ma z nią nieco wspólnego. Znacie to uczucie, kiedy wieczorem nakrywacie się pościelą wietrzoną za dnia na mrozie? Pachnie taką świeżością, która unosi się w mroźnym powietrzu w lesie, do którego słońce zagląda pomiędzy koronami drzew. Gdy byłam małą dziewczynką mieszkałam w domku w lesie - tam ten zapach stał się dla mnie niezapomniany. Uwielbiałam, gdy rodzice zabierali mnie na sanki dróżką prowadzącą od głównej drogi do domu. Wokół niej, jak i całego podwórka roztaczał się las - co prawda głównie liściasty, a w wosku natomiast czuć nieco drzew iglastych pokrytych śniegiem.. Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę, że wspomnienia bywają zwykle nieco zniekształcone :) Ten wosk ma zapach delikatny, nienachalny, świeży, z nutką świątecznych drzewek. Zdecydowanie polecam go fanom zapachu igliwia, jednak uprzedzam, że nie jest to mocna woń, lecz subtelna. Dla mnie mimo wszystko jest to zdecydowanie przyjemniejszy zapach niż ten, który roztacza Christmas garland.
• Bridgewater Candle • Welcome home

• Bridgewater Candle • Welcome home

Patrzę za okno - widzę drzewa pokryte śniegiem, zimny puch na łąkach i trawnikach, na drodze niestety pluchę, ale nie taki nastrój chciałam odwzorować. Wbrew pozorom wszechobecnego zimna nadchodzi najgorętszy okres w roku. Teraz, wraz z początkiem grudnia można powiedzieć, że święta nadchodzą. Pozostały niespełna 24 dni do Wigilii, momentu łamania się opłatkiem, wręczania prezentów, śpiewania kolęd czy wspólnego oglądania świątecznych filmów. Świąteczne przeboje rozbrzmiały już w radiostacjach, legalnie można słuchać Last Christmas bez zagrożenia, że Mikołaj zabije elfa (tak mi spaczył rzeczywistość chłopak!). Dzisiaj przychodzę do Was z pierwszym grudniowym wpisem w ramach blogowego przygotowania się do świąt, czyli #blogmas. Dzisiaj będzie o świecy, która stoi całym rokiem w oczekiwaniu na ten magiczny okres. Jak pachnie?


Świeca wygląda niesamowicie, znacząco odróżnia się od popularnych marek takich jak Yankee czy Kringle. Wyróżnia się minimalizmem - nie posiada klasycznej etykiety i nieco rustykalnym wieczkiem. W porównaniu do znanych marek kosztuje podobnie ok 115 zł za 524 g, czyli nieco mniej niż Yankee lub Kringle. Na plus jednak zasługuje wosk sojowy, który łatwo się topi, a więc równomiernie się pali. Przyznam szczerze, że to pierwsze moje spotkanie z tą marką - świecę udało mi się wygrać na blogu u Nuneczki. Choć świeca jest już u mnie od dwóch lat, to zużycie jest minimalne, a to ze względu na moc zapachu.
Zapach świecy to kolejna wariacja na temat kuchennych zapachów świątecznych. W tej świecy obecne są nie tylko przyprawy charakterystyczne dla pierniczków - korzenne, z przeważającym cynamonem, ale również owoce z kompotu z suszu - jabłka, śliwki. Zapach idealnie skomponowany, mocny, wyrazisty, szybko wypełnia pomieszczenie. Na tyle szybko, że czasem rozpalenie go do ścianek w moim pokoju może spowodować ból głowy, dlatego polecam go raczej do otwartych pomieszczeń, np otwartych salonów, salonów z aneksem kuchennym, dużych pokoi.
Mi osobiście kojarzy się ze świętami kilka lat wstecz, kiedy jadąc do rodziny mieszkającej na wsi jechało się z łopatą, aby w razie zakopania się w potężnych ilościach śniegu jakoś dojechać na czas, na wigilijną kolację. Kiedy zwyczajowo mężczyzna wchodzi pierwszy do domu, ot tak na szczęście, część rodziny już czeka przy stole, lampki na choince migają, a zapachy mieszają się - czuć i ciasteczka, i świeże gałązki świerku.. A na rozgrzanie się dostajemy kompot z suszu lub barszcz czerwony. To były święta!

• Le Petit Marseilais • przedłuża lato - truskawkowy żel pod prysznic - paczka ambasadorska - zaparzacz truskawka

• Le Petit Marseilais • przedłuża lato - truskawkowy żel pod prysznic - paczka ambasadorska - zaparzacz truskawka

Udało mi się dostać do mojej pierwszej akcji ambasadorskiej Le Petit Marseilais, a tym samym otrzymałam paczkę z truskawkową zawartością w myśl przewodnią kampani #lpmprzedluzalato. Bardzo ciekawy projekt, zwłaszcza, że lato tego roku nas nie rozpieszczało. Uważam jednak, że latem byłabym bardziej zadowolona z takiego kosmetyku, gdyż teraz poszukuję już kosmetyków otulających, które będą kremowe i dodatkowo będą wspierały jesienną pielęgnację. Jednak z uwagi na otrzymaną paczkę odeszłam od reguły, testowałam - żel prawie dobił dna, więc mogę się o nim wypowiedzieć.


W paczce ambasadorskiej znalazłam duże (400 ml) opakowanie żelu pod prysznic o zapachu truskawki, oryginalny silikonowy zaparzacz do herbaty w kształcie tego soczystego owocu, porządny zestaw próbek do obdarowywania znajomych, a także list oraz książeczka-przewodnik po świecie tej marki.
Zaparzacz w kształcie truskawki spotkał się ze sporym zainteresowaniem - oryginalny kształt faktycznie kusi do posiadania takiego udogodnienia. Herbaty liściaste, które wymagają zaparzacza są zdecydowanie bardziej aromatyczne, smaczniejsze. Sama posiadałam już taki zaparzacz wcześniej - zakupiłam go kiedyś w Home&you, jednak obecnie nieco się zniszczył, więc nowy będzie jak znalazł. Jest bardzo wygodny w użytkowaniu, zamyka się go tuż pod listkami, a elastyczny materiał, z którego jest wykonany pozwala na wywinięcie go w czasie mycia dla dokładnego wyczyszczenia. Jeśli jesteście nim zainteresowani, to jest szeroko dostępny w sklepach internetowych, więc zamawiajcie śmiało :)


Żel pod prysznic Le Petit Marseilais truskawka wychwalany jest przede wszystkim za zapach. Słodka, naturalna, świeża i soczysta truskawka - tak opisuje go producent, jednak chciałabym odkryć przed Wami brutalną prawdę. Ten zapach jest trudny do odtworzenia - i LPM to nie pierwszy producent, który się na nim przejechał. Zrobiło to również Yankee Candle i stworzyło zapach syropu dla dzieci pod nazwą wosku Sweet strawberry. LPM wyszło to jednak troszkę lepiej - ich zapach to słodki powrót do dzieciństwa i kultowych gum do żucia o smaku truskawki. Żel oprócz zapachu kusi również działaniem - spełnia swoją rolę, czyli oczyszcza skórę, dobrze się pieni, a przy tym nie wywołuje podrażnień i nie przesusza skóry. To ostatnie to oczywiście opinia subiektywna -  silny składnik myjący SLS oczywiście na różne osoby różnie może zadziałać. U mnie problemu nie stworzył, swoją drogą większość żeli do mycia twarzy mam z tym składnikiem.
Samo opakowanie jest charakterystyczne dla żeli pod prysznic tej marki - płaskie opakowanie w kolorze odpowiadającym zapachowi wraz z odbiegającym kolorystycznie zamknięciem, które bez problemu można otworzyć. Pod spodem mniej więcej standardowy otwór dozujący kosmetyk - choć w tym przypadku zrobiłabym troszkę mniejszy, gdyż żel jest odrobinę rzadszy w stosunku do swoich kolegów. Niestety dzięki temu nieco traci na wydajności.


#truskawkowylpm
#ambasadorkalpm
#lpmprzedluzalato

Znacie kosmetyki tej marki? Jakie jest Wasze nastawienie w stosunku do niej?
Manicure ✮ Indigo Sugarmama + pixel effect ✮

Manicure ✮ Indigo Sugarmama + pixel effect ✮

W ostatnim czasie raz po raz robię hybrydy, przy czym o dziwo są one w dobrej kondycji - no może poza dwoma złamaniami, ale to uszkodzenie stricte mechaniczne - musiałam o coś uderzyć paznokciem. Szczerze przyznam, że na Beauty days kupiłam kilka hybryd Indigo z letniej kolekcji Natalii Siwiec, a nie używałam ich w okresie wakacyjnym, gdyż stan paznokci mi na to nie pozwalał. Obecnie przeżywają istne odrodzenie, rosną, przeżywają każdy kolejny dzień, a ja mam się czym pochwalić. Dzisiaj wrzucam Wam kilka zdjęć manicure hybrydowego, które na moim instagramie zrobiło nie małą furorę. Proste, wręcz banalne - ot jeden kolor na paznokciach i pixel effect, a jednak oczy cieszy.  


Na odtłuszczoną, zmatowioną i opiłowaną płytkę nałożyłam bazę proteinową Indigo, która ewidentnie odżywia moje paznokcie. Później 2 warstwy koloru Sugarmama z kolekcji Miami, natomiast po wyjęciu z lampy na wybranych paznokciach wylądował pyłek pixel effect Kopicuszek, a następnie wszystkie paznokcie zabezpieczyłam topem. Proste, szybkie w wykonaniu. Konsystencja hybryd Indigo jest gęstsza od Neonail, które bardzo lubię, jednak pracuje się nimi równie wygodnie - istnieje mniejsze ryzyko zalania skórek, a więc nie ma się w zasadzie czym martwić. Kolory mają dobre krycie - standardowo 2 cienkie warstewki dają radę - tak jak widać na zdjęciu.
Sam kolor Sugarmama to piękny pastelowy kolor, żywy, idealny nie tylko na lato. Mieszanka rozbielonej brzoskwinki z dodatkiem różu. Pasuje zarówno jako kolor solo na paznokciach, ale również do ombre czy gradientu, a także uważam, że świetnie by się nadawał do wzorów na stonowanym tle np szarości.


WŁOSY CZAROWNICY - do kogo wędrują kosmetyki?

WŁOSY CZAROWNICY - do kogo wędrują kosmetyki?

Dzisiaj przychodzę do Was z krótkim wpisem, w którym chcę się z Wami podzielić wynikiem konkursu. Zawsze obiecuję, że nie będę niepotrzebnie przedłużać - może w końcu powinnam dotrzymać słowa? Tak więc analizując zgłoszenia wytypowałam historię Agaty - Pink Lipstick - chęć testowania nowych sposobów na piękne włosy jest w Twojej krwi, będziesz miała ku temu okazję :)

Gratulacje!

Dziękuję wszystkim za udział w konkursie - mam nadzieję, że będziecie aktywnie brać udział w kolejnych konkursach czy rozdaniach. Proszę dajcie mi znać w komentarzu jakie nagrody by Was interesowały w przyszłości (włosy, make up, pielęgnacja, a może coś zupełnie innego?

• Vianek •  nawilżający szampon i odżywka do włosów suchych i normalnych

• Vianek • nawilżający szampon i odżywka do włosów suchych i normalnych

Zestawy świąteczne już opanowały sklepy - wszak za kilka dni rozpoczniemy adwentowe odliczanie. 4 niedziele do Bożego Narodzenia, czekoladki poukrywane w kalendarzykach, te sprawy. Jeśli ktoś planuje obdarowywanie bliskich kosmetykami warto zwrócić uwagę nie tylko na atrakcyjne opakowanie, korzystną cenę, ale i potencjalne działanie produktów. Poniższy zestaw - szampon i odżywkę Vianek z serii nawilżającej kupiłam w jednej z drogerii internetowych w opakowaniu prezentowym. Na zestaw skusiłam się dzięki pozytywnym wrażeniom na temat kremu pod oczy z tej samej serii marki Vianek. Czy produkty do włosów sprawdziły się tak samo dobrze?
Polecam również: Recenzja Nawilżający krem pod oczy Vianek
Kosmetyki Vianek kuszą mnie atrakcyjnym opakowaniem, dobrym działaniem, naturalnym składem i faktem, że jest to rodzima produkcja - polska marka. Delikatny krem pod oczy, którego zużyłam już 2 opakowania skusił mnie do wypróbowania kolejnych produktów z tej serii. Tym razem skusiłam się na produkty do włosów. Akurat potrzebowałam czegoś do delikatnego oczyszczania, a zestaw cieszył oko i nie rujnował portfela, więc czemu nie?


Szampon jest bezbarwny, o nieco lejącej, choć żelowej konsystencji. Dobrze myje włosy, jednak jeśli nie przyjrzymy się dobrze składowi może początkowo zaskoczyć brakiem pienienia się. W moim odczuciu brak piany powoduje większe zużycie kosmetyku, a w konsekwencji mniejszą wydajność - nie ma piany, którą można rozprowadzić na długości włosów. Uważam również, że przez to jest dość tępy w użyciu - ciężko go idealnie rozprowadzić na włosach, więc już w czasie mycia zaczyna się plątanie. 
Szampon jest delikatny dla włosów, nie powoduje podrażnień skóry głowy ani łupieżu, to jednak rozczarował mnie. Bez odżywki ani rusz - włosy po nim są praktycznie nie do rozczesania. Bez odżywki ani rusz kolejny raz - po samym umyciu włosów szamponem i ich wysuszeniu są matowe, nieprzyjemne, bez objętości. Ponadto choć dobrze myje, to dość szybko stają się nieświeże, przetłuszczają się, więc niestety nie był to najlepszy wybór do moich suchych włosów przetłuszczających się u nasady.
Na podziw zasługuje skład - naturalny, bez SLES, za to znajdziemy tu nawilżającą glicerynę, łagodzący pantenol, a także kwas mlekowy, proteiny owsa, olejek z kiełków pszenicy oraz ekstrakt z korzenia mniszka, czyli składniki typowe dla polskiej flory. Swoją drogą kosmetyki tej marki często mają specyficzny zapach, a tutaj wydaje mi się on całkiem przyjemny :)


Odżywka również nie należy do najgęstszych, różni się jednak kolorem - jest perłowo-biała. W tym przypadku bardzo łatwo aplikuje się kosmetyk - odżywka aż wylewa się z tubki, ale pięknie rozprowadza się na włosach, wypełnia przestrzeń między kosmykami - całość trwa bardzo szybko. Niestety zapach jest bardziej drażniący - mocny, wręcz perfumeryjny. Nie wiem od czego to zależy, że jest tak duża różnica w zapachu kosmetyków z tej samej linii.
Producent obiecuje, że włosy po zastosowaniu odżywki będą miękkie, błyszczące i będzie je łatwo rozczesać. W moim odczuciu odżywka nakładana na same końce nie zapobiegała całkowicie problemom z rozczesywaniem, choć przyznaję, że je łagodziła. Jeśli chodzi o pozostałe działanie to niestety bez rewelacji. Matowych włosów niestety nie poskromiła, błysku również nie uświadczyłam. Mogę jedynie przyznać, że używając jej końcówki były względnie zabezpieczone, choć i tak zwykle używam olejku na końcówki po umyciu włosów. Odżywka zawiodła mnie jeszcze bardziej niż szampon, choć skład był również bardzo dobry: gliceryna, pantenol, olej z kiełków pszenicy, ekstrakt z lipy i wyciąg z liści podbiału, kwas mlekowy.

Duży plus to fakt, że produkty marki Vianek nie są testowane na zwierzętach. W tym przypadku męczyły mnie regularne pojemności opakowań 300 ml szampon, 250 ml odżywka - tej drugiej niestety nie zużyłam w całości w dość krótkim okresie ważności 3 m-ce. Dla mnie niestety zmarnowane pieniądze (ok 30 zł) wydane na ten zestaw i szczerze mówiąc cieszę się, że przekonałam się o tym na własnej skórze aniżeli miałabym komuś sprawić taki prezent.


• Yankee Candle • Driftwood

• Yankee Candle • Driftwood

Ostatnio czuję się coraz bardziej przemęczona. Aby sobie 'ulżyć' rozpalam w kominku woski, które przywodzą na myśl cieplejsze pory roku - kiedy dzień jest dłuższy, energii starcza na dłużej.. Idąc tym tropem myślenia chętnie sięgnęłam po letnią kolekcję wosków Coastal living - jak dobrze, że mam takie jeszcze w zapasie! W przypadku wosku Yankee Candle Driftwood producent obiecuje: 'zapach wyrzuconych przez morze na piaszczystą plażę konarów drzewa, zaimpregnowanych morską solą i wysuszonych przez słońce'. Jak obietnice mają się do rzeczywistości?


Niektórzy chwalą ten wosk za sporą moc - osobiście nie uważam, aby była przesadzona. Zapach poniekąd znajduje się w rześkiej linii zapachowej, jednak ja osobiście uważam, że znajduje się on pomiędzy rześkimi a otulającymi zapachami. Wszystko przez sporą dawkę męskiej nuty zapachowej. Po rozpaleniu w kominku czuć zapach drewna, otulające męskie perfumy, trochę soli. Wiele osób porównuje go do spaceru po plaży z samego rana, zanim jeszcze zejdą się plażowicze, którzy poprzerzucają konary z brzegu plaży, aby móc gdzie rozłożyć ręcznik i rozstawić parawan. Mi przywodzi na myśl jeszcze wycieczkę rowerową z chłopakiem z Władysławowa na Hel - zwłaszcza ten odcinek Jurata-Hel, gdzie jedzie się przez las, a powietrze niesie ze sobą zapach morza. Przyznam się jednak bez bicia, że po tym wosku spodziewałam się nieco bardziej świeżego zapachu, jednakże mimo wszystko czuję się mile zaskoczona. Jeśli i Wy chcielibyście sprawdzić tego zawodnika, to w ofercie Goodies wciąż jest dostępny w cenie 9 zł.


A jakie woski goszczą ostatnio w Waszych kominkach?
Raczej jesienne, może już zimowe, czy powracacie czasem do zapachów lata?
• Venus • Balsam po goleniu i depilacji

• Venus • Balsam po goleniu i depilacji

Wydaje mi się, że nastała ta część jesieni, kiedy wychodząc z domu myślę tylko o tym, że jak wrócę to od razu idę spać. Zawsze. Wracam do domu - idę na spacer, oglądam film i dopiero gdzieś na szarym końcu jest spanie. No ale co - zawsze tak łatwiej sobie wmówić, że muszę wyjść do pracy, żeby mieć kasę na kolejne kosmetyki. A jak już przy nich jesteśmy.. 
Jesień i zima to nie wymówka by zaniedbać sferę depilacji. Dzisiaj jednak nie będę Wam prawiła o sposobach na skuteczną depilację czy golenie nóg, a opowiem o balsamie, który jest wskazany do stosowania po takich zabiegach. Producent obiecuje, że balsam nadaje się do skóry wrażliwej i  intensywnie łagodzi. Wszyscy jednak wiemy, że wiele produktów tak ma działać, a gdzieś drobnym druczkiem jest lub nie jest napisane, żeby nie stosować w przypadku braku ciągłości naskórka i pojawia się nieprzyjemne uczucie pieczenia. Czy balsam po goleniu i depilacji Venus sprawdza się w swojej roli?


Balsam kupiłam w zestawie z pianką do golenia, jednak nie pamiętam dokładnej ceny. Sam balsam możecie dostać w drogeriach (np Rossmann) poniżej 10 zł. Produkt mieści się w miękkiej, niebieskiej tubie o pojemności 200 ml, z której bez problemu się go wydobywa. Uważam, że w przypadku tego opakowania istnieje również realna szansa na maksymalne zużycie kosmetyku.  Zapach należy do przyjemnych - jest słodki, trochę jakby kwiatowo-owocowy, a konsystencja kosmetyku jest w sam raz. Balsam nie jest za rzadki, ani zbyt gęsty. Łatwo się go rozprowadza po ciele, i choć przy rozsmarowywania delikatnie bieli, to po chwili szybko się wchłania i pozostawia skórę miękką, nawilżoną, jednak bez nieprzyjemnych warstewek.
A jak działa? Myślę, że nie bez znaczenia jest fakt, że nie zawiera w składzie parafiny. Zamiast niej znajdziemy glicerynę, olej kokosowy, masło pomarańczowe, witaminę E, alantoinę i panthenol. Nawilżające i łagodzące składniki sprawiają, że balsam idealnie sprawdza się w swojej roli. Producent zaleca stosowanie na szczególnie podrażnione miejsca, jednak ja smaruję nim cały obszar podlegający goleniu/depilacji. Balsam koi i łagodzi moją podrażnioną skórę, nigdy nie wywołał u mnie dodatkowych podrażnień czy pieczenia. Według mnie jest to produkt warty wypróbowania, choć początkowo sama mu się opierałam.


Jakich kosmetyków używacie po goleniu/depilacji? Co się u Was sprawdza?
• Yankee Candle • Cinnamon stick

• Yankee Candle • Cinnamon stick

Od kiedy minęło Wszystkich Świętych oficjalnie wchodzimy w okres przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia. Za chwilę wszystkie sklepy będą nam przypominały o tym, że należy pamiętać o prezentach świątecznych i dekoracjach. Przyznaję się, że również zaczynam powoli myśleć o wpisach na blogu w kategorii blogmas - głównie ze względu na to, aby ze wszystkim zdążyć na czas. Dzisiejszy wpis chyba już będzie miał taki świąteczny zadatek - opiszę Wam moje wrażenia w czasie palenia wosku Yankee Candle Cinnamon stick, który kupiłam w zeszłym miesiącu jako zapach miesiąca na Goodies.


Szczerze przyznam, że zarzekałam się, że cynamonowe czy korzenne zapachy nie są dla mnie. Pierwszy wosk jaki wpadł w moje posiadanie nazywał się cynamon - był no name, ot tak dodany do kominka zapachowego, który został kupiony w jednym z supermarketów. Nigdy go nie odpaliłam.
Cinnamon stick to według producenta zapach cynamonu i goździków. W rzeczywistości jest to zapach bardzo złożony, pełen kulinarnych uniesień. Wosk szybko roznosi się po pomieszczeniu, jakby ktoś uchylił piekarnik, w którym upiekły się pierniczki. Zapach jest korzenny, niczym mieszanka przypraw do tych świątecznych ciasteczek. Zdradzę Wam również fakt, że od taty usłyszałam właśnie pytanie o to czy nie piekę pierniczków, więc trzeba przyznać, że zapach jest realistyczny, oddziałuje na kubki smakowe i wizualizuje przysmaki. Uważam go za świąteczny must have, zapach nadchodzących świąt, kiedy to matki i babcie krzątają się po kuchni by zdążyć ze wszystkim. 


Lubicie jedzeniowe zapachy?
Czy myślicie już o zbliżającym się Bożym Narodzeniu?
• Lovely • K✮Lips Pink poison

• Lovely • K✮Lips Pink poison

Matowe pomadki opanowały usta Polek - chętnie sięgamy po całą paletę barw szminek w tym wydaniu - zarówno mocne czerwienie i fuksje, jak i odcienie nude. Jednym z większych hitów stały się lip sety, czyli zestawy konturówek do ust i szminek w idealnie spasowanych kolorach - tak, żebyś co rano nie musiała komponować zestawu. Polska marka Lovely stworzyła zestaw K✮Lips, który jest mocno inspirowany kompletami Kylie. Nie da się ukryć, że tuż po pojawieniu się w Rossmannie stały się wielkim hitem - szybko znikają z półek, a podczas promocji nie łatwo upolować wymarzony kolor. Chcąc być na bieżąco podczas poprzedniej akcji rabatowej skusiłam się na jeden z siedmiu obecnie dostępnych kolorów w odcieniu Pink poison. Nasuwa się zatem pytanie: jak się u mnie sprawuje?


Zestawy K✮Lips są jednymi z droższych kosmetyków Lovely - ich cena sięga 26 zł, co na tle lakierów poniżej 10 zł, a także tuszy i pudrów poniżej 15 zł faktycznie rzuca się w oczy. Jednak hola hola, w zestawie znajdują się dwa produkty - konturówka i matowa pomadka do ust, a więc średnia produktu to 13 zł, a więc bez tragedii. Szczerze się przyznam, że kiedyś robiłam wiele podejść do konturówek do ust, jednak zawsze zrażały mnie tępe konsystencje, które nie zostawiły koloru. Moje podejście zmieniły dopiero konturówki z Inglota, jednakże ich cena automatycznie windowała do góry. Krótkim wnioskiem jest zatem, że po tej nie spodziewałam się za wiele i po zakupie wylądowała w szufladzie, a ja przypomniałam sobie o niej podczas ostatniej akcji promocyjnej widząc masę wpisów co kupić podczas promocji w Rossmannie.


Raz kozie śmierć - trzeba wyjąć i przetestować. Jesienny czas okazał się ku temu idealny - akurat ostatnio miałam kilka rozmów kwalifikacyjnych, kilka dni temu było Wszystkich Świętych - okazje, które wymagają stonowanego makijażu. Ponadto jesienna aura moim zdaniem jest wręcz idealna dla tego koloru - latem wolę jaśniejsze, bardziej energetyczne kolory na ustach. Przygaszony róż w kierunku brązu, stonowany, idealny na co dzień - tak właśnie mogę opisać Pink poison. Kolor naprawdę świetnie wygląda przy mojej karnacji, szczerze żałuję, że dopiero się do takich przemogłam. Nadmienię sobie, że po doświadczeniu z tym kolorem, chętnie sięgnęłabym jeszcze po bardziej brązowy odcień np Milky brown, choć początkowo stwierdziłam 'nigdy w życiu'.


A jak jest z aplikacją i trwałością? Aplikacja konturówki to sama przyjemność - kredka gładko sunie po krawędziach ust, jest niezwykle kremowa i takie wykończenie pozostawia na ustach. Przyznaję się bez bicia, że zostawiałam ją czasem solo na ustach! Najczęściej również aplikuję ją na całe usta dla podbicia koloru i przedłużenia trwałości. Największy minus to drewienko wokół wkładu - podczas temperowania niestety strasznie się niszczy, wykrusza - słaba jakość, co możecie zauważyć na powyższym zdjęciu! Pomadka w płynie ma standardowy aplikator w formie gąbeczki, którym łatwo i bez problemu aplikujemy kolor na usta. Podczas aplikacji pomadka jest kremowa, natomiast po chwili zastyga w macie. Całość prezentuje się bardzo dobrze, choć co do trwałości tego duetu, to niestety muszę przyznać, że mam innych faworytów. 


Moja ogólna opinia na temat tego lip setu nie jest zła. Zdecydowanie muszę przyznać, że gdybym zaczęła od takiej konturówki to miałabym zdecydowanie lepsze zdanie na temat takich kosmetyków. Jeśli zaś chodzi o kolorystykę, to również jestem na tak - przekonałam się do takich zgaszonych kolorów, odnajduję w nich plusy jeśli chodzi o stonowany makijaż. Trwałość w stosunku do ceny również jest dla mnie zadowalająca - spójrzmy na nią przez pryzmat jednej z najtańszych szaf kolorówki w Rossmannie!
• Lirene • Balneoksmetyki • - dwa micele, których nie polubiłam od razu

• Lirene • Balneoksmetyki • - dwa micele, których nie polubiłam od razu

Moim zdaniem płyny micelarne zrewolucjonizowały demakijaż. Niech podniesie rękę osoba, która jeszcze nie miała okazji używać tego kosmetyku do demakijażu - zapewne będzie takich niewiele o ile w ogóle. Wśród miceli znajdziemy klasyki - różowy Garnier czy Bioderma, jednak chętnie testujemy różne nowości - czy kupimy w promocji, czy to je dostaniemy. Właśnie w ten sposób trafiły do mnie dwie poniższe buteleczki, o których chciałabym dzisiaj Wam powiedzieć. Duo płyn micelarny z olejkiem rycynowym Lirene otrzymałam do testów od Trusted Cosmetics, natomiast płyn micealrny Balneokosmetyki trafił do mnie poprzez jednego z kosmetycznych boxów.


Obydwa kosmetyki mieszczą się w plastikowych butelkach, które pozwalają śledzić poziom zużycia kosmetyku oraz mają standardowe otwory dozujące. Jedna różnica to pojemność - micel Lirene ma aż 400 ml (ok 15-20 zł), co sprawia, że buteleczka jest wręcz pękata w stosunku do 250 ml (ok 30 zł) pojemności Balneokosmetyki. Jeśli chodzi o markę Lirene, która wyfrunęła spod skrzydeł Dr Ireny Eris to znam ją od dłuższego czasu i bardzo lubię. Wiem, że w pewnym momencie był również boom na Balenokosmetyki, jednak w moich zbiorach pojawiło się raptem kilka sztuk - m.in lakier do paznokci. Obydwie marki są jednak polskimi producentami kosmetyków. Obydwa świetnie sprawdzają się w swojej roli - dobrze zmywają makijaż i oczyszczają cerę z resztek makijażu. Co więc było powodem, aby z marszu ich nie polubić?


Płyn micelarny z olejkiem rycynowym Lirene ma dwie warstwy - typową micelarną i oleistą, które należy wymieszać ze sobą przed użyciem, o czym zwykle na początku zapominałam będąc przyzwyczajona do zwykłych płynów micelarnych. Jeśli już wstrząsnęłam buteleczką przed użyciem, to polewałam dwa waciki jednocześnie, a niestety warstwa oleista zatrzymywała się głównie na pierwszym z brzegu. Ot, drobnostki, jednak na początku użytkowania mocno mnie irytowały. Mniej błahymi powodami jest brak możliwości użycia produktu do poprawek w makijażu, ponieważ pozostawia tłustą warstewkę. Tłusta warstewka to również zmora niektórych osób podczas wieczornego demakijażu, choć w tym wypadku akurat pocieszam się dobroczynnym działaniem olejku rycynowego i kukurydzianego na rzęsy - przy regularnym użytkowaniu obserwuję wzmocnienie rzęs. Tłustą warstwę na cerze oczyszczam żelem myjącym i po kłopocie.

Płyn micelarny Balneokosmetyki zainteresował mnie przeznaczeniem do cery wrażliwej i normalnej. Nie raz zdarzało mi się, że kosmetyki podrażniały moją cerę - wysuszały, ściągały lub powodowały zaczerwienienie. Obecne w składzie wyciąg z kaktusa, woda oczarowa, pantenol, kwas mlekowy, ekstrakt z opuncji figowej i gliceryna stanowiły dla mnie obietnicę nawilżenia i łagodzenie podrażnień na twarzy. Pierwsze użycie - iście kremowo-świeży zapach, ślady na płatku kosmetycznym stanowiące o przeszłości makijażu na oku - bajka, prawda? Otworzyłam oczy i poczułam uporczywe szczypanie i pieczenie oczu. Pomyślałam, że zalałem je kosmetykiem, więc nie zniechęcałam się. Powtarzałam próby, jednak bezskutecznie. Łagodny dla cery kosmetyk niestety mocno podrażnia moje oczy. Świetnie się sprawdza do demakijażu twarzy, ale nie oczu. Używanie dwóch płynów micelarnych w czasie demakijażu jest dla mnie bezsensu, także niestety nie został moim faworytem. Używam u mojego faceta, raz na jakiś czas.


Znacie któryś z tych miceli?
Podzielcie się swoimi demakijażowymi koszmarkami?
Włosy czarownicy - wygraj kosmetyki marki Pharmaceris!

Włosy czarownicy - wygraj kosmetyki marki Pharmaceris!

Nastał koniec miesiąca, a wraz z nim Hallowen, czyli święto, które przybyło do nas z Ameryki. Może i nie jesteś jego zwolennikiem, jednak zachęcam Cię do wzięcia udziału w konkursie inspirowanym.. CZAROWNICAMI. Każda kobieta ma swoją magiczną moc - potrafimy być czarujące, owinąć sobie faceta w okół palca, zmienić się nie do poznania dzięki makijażowi. Ale ale! Przecież nawet najlepszym zdarzają się wpadki, prawda?


Dzisiaj zatem chciałabym Was zaprosić na konkurs, w którym do wygrania są 3 kosmetyki do włosów marki Pharmaceris z serii 'H' widoczne na powyższym zdjęciu. Aby dać sobie szansę na wygraną należy wypełnić formularz zgłoszeniowy zamieszczony poniżej. Koniecznie opowiedz mi swoją włosową historię - kiedy Twoje włosy wyglądały jak u czarownicy - podziel się ze mną swoją włosową wpadką! Może była to nieudana fryzura, szampon, który doszczętnie obciążył Twoje włosy? Nie zapomnij również pozostawić do siebie kontaktu oraz zgodzić się z warunkami konkursu. Będzie mi niesamowicie miło jeśli również polubisz moje profile społecznościowe - Maleńka bloguje na facebooku lub @malenkabloguje na instagramie oraz zaobserwujesz bloga, jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś/eś.


Regulamin konkursu:

  1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Maleńka bloguje.
  2. Kosmetyki są nowe, nieużywane.
  3. W konkursie może wziąć udział każdy, kto spełni warunki, czyli prześle odpowiedź na pytanie konkursowe poprzez formularz załączony w poście.
  4. Konkurs trwa do 19.11, wyniki planuję ogłosić w ciągu tygodnia.
  5. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie odpowiedzi na pytanie konkursowe.
  6. Nagrodę wysyłam na własny koszt po udostępnieniu danych do wysyłki.
  7. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).
  8. Zastrzegam sobie prawo do zmiany regulaminu.

 Powodzenia!

Filmy na Halloween: 5 filmów z motywem opętania i egzorcyzmów

Filmy na Halloween: 5 filmów z motywem opętania i egzorcyzmów

Październik już prawie za nami, co oznacza, że za chwilę Wszystkich Świętych i wtedy supermarkety już na całego ruszą z akcesoriami świątecznymi. Nim to się stanie mamy przed sobą jeszcze jedno święto sprowadzone z Ameryki, a mianowicie Halloween. Wiem, że jedni zupełnie się nim nie interesują twierdząc, że mamy inne, wartościowe, polskie tradycje, lub po prostu traktują ten czas jako okres zadumy nad przemijaniem. Rozumiem i szanuję to. Pozostali natomiast tak jak ja widzą w tym dniu powód do odmiany - zrobienia budzącego grozę makijażu, nietoperzy i pajęczyn na paznokciach, wieczoru strasznych filmów lub po prostu zorganizowania imprezy tematycznej. Jako, że już prawie po weekendzie, to czas imprez już raczej za nami. 31 października wypada we wtorek, więc jest jeszcze szansa na spacer po osiedlu z pytaniem 'cukierek albo psikus' lub wieczór przerażających filmów. Dzisiaj mam dla Was 5 propozycji na filmy, w których pojawiają się egzorcyzmy. Co Wy na to? Może jeśli nie na Halloween, to chociaż interesuje Was taki wątek w filmie?

Zacznijmy od tego czym jest egzorcyzm - jest to obrzęd poświęcenia, który ma na celu uwolnienia człowieka opętanego przez demona, będącego pod jego złymi wpływami. Jest on ściśle powiązany z wierzeniami. Niegdyś, nim medycyna nie zaczęła się prężnie rozwijać egzorcyzmom były poddawane osoby cierpiące na choroby psychiczne, np schizofrenia. Objawami opętania, które są chętnie przedstawiane w filmach jest m.in. niechęć i wrogość do kapłanów, poświęconych symboli religijnych np krzyż, medalik, mówienie nie swoim głosem czy nieznanymi językami, bluźnienie, tajemnicze zjawiska w otoczeniu np lewitacja, nieprawdopodobne pozycje przyjmowane przez organizm, pojawiające się na ciele rany czy okultystyczne symbole.


Na początek klasyka gatunku filmów o egzorcyzmach. Dwa pierwsze filmy są zarówno najstarszymi z tego notowania i zapewne długo nie znajdą sobie równych. Egzorcystę (1973) mogą niektórzy kojarzyć z parodii, która pojawia się w jednej z części Strasznego filmu, jednak przerobiona scena zupełnie inaczej ma się do rzeczywistości. Film opowiada o opętaniu jako o zdarzeniu, który wyniszcza psychikę matki i zdrowie córki, szukaniu przez lekarzy naukowego rozwiązania medycznego, nie dopuszczaniu do myśli faktu, że może to być właśnie opętanie. Brak zrozumienia, jedyna pomoc w księdzu, który podejmuje walkę z demonem. Nie jest to film napakowany efektami specjalnymi, których teraz pełno - bazuje raczej na ruchu - nagłe poruszenie się, rzucenie dziewczyny na łóżku oraz słowach, które upewniają widza, że sytuacja jest trudna do opanowania.
Egzorcyzmy Emily Rose (2005) to film, który przedstawia postępowanie sądowe nad księdzem, który przeprowadzając egzorcyzmy doprowadził do śmierci podopiecznej. Swoją drogą bardzo ciekawa forma - oglądałam już kilka takich filmów i wciąż mam ochotę na więcej. Wracając do egzorcyzmów - film przeplata się ze scenami z egzorcyzmów wraz z salą rozpraw, wspomnieniami, opowiadaniem historii, która zakończyła się przed sądem. W filmie oczywiście ukazane są objawy opętania, ale także symbolika religijna (np godzina na zegarze odwrotna do śmierci Chrystusa). Dla ciekawskich film jest oparty na prawdziwej historii Anneliese Michel.


Do obejrzenia filmu pod tytułem Rytuał (2011) skusiła mnie przede wszystkim główna kreacja Anthonego Hopkinsa. Ten film przedstawia walkę z opętaniem w kontekście niedowierzania w takie zjawisko. Młody diakon niepewny swojego powołania pod okiem doświadczonego duchownego odkrywa ciemną stronę kościoła. Kolejny film, który porusza tematykę rozróżnienia opętania od choroby psychicznej i kolejna wizja reżysera na temat egzorcyzmu.
Demony (2012) to film stworzony w formie paradokumentalnej. Widzowie poznają historię dziewczyny, która stara się pomóc opętanej matce. Walczy o to, by kościół wyraził zgodę na egzorcyzmy, próbuje udowodnić, że problem nie leży w podłożu psychicznym. Ostatecznie film ukazuje proces obrzędu pomocy duchowej. Pomysł na film był ciekawy, jednak nieco lepiej mogłoby być z realizacją. Muszę jednak przyznać, że to chyba póki co pierwszy film o tej tematyce nakręcony w taki sposób - dzięki formie nagrania pozostaje nieco w klimacie Blair witch project czy Rec.
Zbaw nad ode złego (2014) to stosunkowo nowy film w porównaniu do poprzednich. Tutaj mamy swoisty kryminał, śledztwo, serię przestępstw. Policjant odkrywając kolejne elementy układanki jednoczy siły z księdzem, ponieważ wszystkie sytuacje mają związek z opętaniem. I bum, tak kryminał przeradza się w film określony mianem horroru. Końcówka filmu ukazuje proces egzorcyzmu.

Co sądzicie o takiej tematyce filmów?
Uważacie, że to dobry wątek do rozwinięcia czy może nie powinna być poruszana?

Zobacz także:

3 sposoby na jesienną relaksację - zrelaksuj się i stań się piękna! ☀

3 sposoby na jesienną relaksację - zrelaksuj się i stań się piękna! ☀

Jesień, zwłaszcza ta deszczowa sprawia, że czujemy się przygnębione. Nie dostrzegamy uroków życia, ponieważ rozpoczyna się okres wstawania do pracy i wracania do domu po ciemku. Dopada nas chroniczne zmęczenie, cera staje się poszarzała, ponieważ powoli zaczyna nam brakować słońca. Czy tego właśnie chcemy? Nie! Należy znaleźć złoty środek - w natłoku obowiązków znaleźć chwilę i wygospodarować dla siebie dzień lub chociaż wieczór i zrelaksować się.


Spraw sobie przyjemność

Spędź dzień tak jak chcesz - idź na zakupy i kup tą bluzkę, o której od kilku dni myślisz lub nową szminkę. Idź do kosmetyczki i zrób pedicure - jesień to nie powód do tego by zaniedbać swoje stopy. Wracając do domu kup świeże kwiaty - przecież wiem, że je lubisz. Wieczorem weź gorącą kąpiel, zrób peeling całego ciała - nikt nie ma prawa Cię popędzać, gdy będziesz w łazience. Zanim jeszcze pójdziesz spać pomaluj paznokcie - życie jest za krótkie na brak manicure!

Zaplanuj popołudnie lub wieczór z przyjaciółką

Zaparz zieloną herbatę - jest lepsza niż wino! Zielona herbata wpływa na poprawę wyglądu cery, a także ułatwia odchudzanie i przeciwdziała cellulitowi, czyli wszystko co cenią kobiety. Ponadto ciastko do herbaty jest jak najbardziej wskazane - odrobina przyjemności dla podniebienia. Nałóżcie maseczki na twarz, bawcie się makijażem, porozmawiajcie lub obejrzyjcie ulubiony serial. Nic tak nie relaksuje jak czas spędzony z bliską osobą na przyjemnościach.

Wybierz się do SPA

Odrobina luksusu należy się każdej z nas. Domowa pielęgnacja swoją drogą, ale czasem należy się oddać w ręce specjalistów. Wybierz się na zabieg odżywiający skórę na ciele, depilację lub masaż. Pomyśl tylko -  efektowny peeling, oczyszczanie cery, a może jakiś zabieg z medycyny estetycznej - np likwidacja krępującego cellulitu (polecam!) lub uporczywych pajączków. Kliniki SPA szczycą się szeroką ofertą - sami sprawdźcie na stronie jednej z nich: www.lespa.pl. Mnie przekonuje zwłaszcza masaż gorącą czekoladą - już na samą myśl podnosi mi się poziom endorfin!

Jak ja ostatnio się relaksuję i dbam o urodę?

Wykorzystuję każdą wolną chwilę - gdy siedzę i piszę posta na bloga nie raz robię to z maseczką na twarzy. Podczas oglądania ulubionych filmów nakładam maseczki na dłonie lub robię manicure hybrydowy. Typową kąpiel, która kończy się depilacją zawsze staram się uprzyjemnić. Rozpoczynam od wlania do wanny gorącej wody i wrzucenia kuli musujące, zrobienia peelingu czy nałożenia maski na włosy. Małe, proste czynności, które niejednokrotnie są jedynie rozszerzeniem codziennych działań sprawiają, że czuję się piękna i zrelaksowana. Dzięki temu nie dopada mnie jesienna chandra.


A Wy jak radzicie sobie z jesienią?
Jakie zabiegi nasilacie w tym okresie? Jakie macie sposoby na relaks?
• YANKEE CANDLE • Vibrant saffron

• YANKEE CANDLE • Vibrant saffron

Wybór zapachu to ważna sprawa. Dobrze dobrane perfumy nie tylko zapewnią nam pewność siebie, ale także są w stanie podkreślić chwilę. Każda szanująca się kobieta posiada flakonik na co dzień i na wieczór. Wiele kobiet decyduje się również na zakup specjalnego zapachu z okazji dnia ślubu. A jak jest z zapachem w domu? Kiedyś nie było szału na pachnące dodatki do domu - z babcinych opowieści kojarzę lawendowe saszetki na mole i kadzidełka, które były powiązane stricte z religią. W dzisiejszych czasach królują jednak rozmaite formy zapachów do domu. Jedną z nich są oczywiście wosku zapachowe. Zapachy są dobiera do pory roku czy okazji - np powstają specjalne serie świąteczne. Marka Yankee Candle dba jednak o każdą okoliczność i ma w swojej ofercie zapachy na jesień. Cięższe, bardziej wyczuwalne - a jaki jest zapach szafranu z jesiennej kolekcji Q3 2017 Fall in love?


Vibrant saffron to zapach perfumeryjny z delikatną, orientalną nutą. Zdecydowanie wyczuwalna jest w nim słodycz, jednak nie do końca jestem pewna czy jest to obiecywana wanilia. Jak najbardziej jestem pewna obecności anyżu w zapachu - jednak jest zdecydowanie delikatniejszy niż w wosku Star anise orangeZapach szafranowego wosku jest otulający, jednak jego moc nie zwala z nóg, czego początkowo bardzo się obawiałam. Dla mnie to duży plus, ponieważ tak charakterystyczne zapachy nie zawsze każdemu podchodzą. Dzięki ograniczonej mocy zapach można sobie spokojnie dawkować dorzucając kolejne kosteczki do kominka. Dla zainteresowanych na stronie Goodies zapach występuje w pełnej gamie - od wosku po dużą świecę.


A jaki wosk pali się dzisiaj u Ciebie w kominku?

• Organic shop • oczyszczający kremowy peeling do ciała

• Organic shop • oczyszczający kremowy peeling do ciała

Sięgając po niektóre kosmetyki od razu podświadomie wiemy, że są warte swojej ceny i nie żałujemy żadnej złotówki na zakup. W innych przypadkach niestety nie jest jest tak łatwo. Stąd też przymiarki, oczekiwanie na promocję lub inną zależność, która ostatecznie zachęca nas do kupna danego produktu. Długo wahałam się przed zakupem oczyszczającego kremowego peelingu do ciała Organic shop Body Desserts o zapachu kremowych lodów z letnich owocówApetyczny zapach, oczyszczający i kremowy - czyżby producent chciał stworzyć naturalny peeling-balsam z opcją mgiełki do ciała? 


Pierwszy raz spotkałam kosmetyk w ofercie sklepu Goodies i obecnie żałuję, że właściciele wycofali się z handlu kosmetykami do pielęgnacji. Sklep internetowy dawał największą gwarancję świeżego kosmetyku, gdyż pod plastikowym wieczkiem nie ma żadnego zabezpieczenia, natomiast osoby odwiedzające drogerie uwielbiają wtykać palce w nie swoje kosmetyki. Przechodząc do użytku domowego produkt wygodnie się otwiera, choć wymaga on odrobiny siły lub po prostu taktyki. Kosmetyk jest zdecydowanie bardzo wydajny - jest go dużo (450 g), a w dodatku jest bardzo treściwy, więc nie trzeba go wiele do jednorazowego użytku. Małym minusem jest dla mnie forma opakowania, gdyż pod wpływem dostania się wody do kosmetyku ten delikatnie się bieli jakby chciał się pienić, jednakże zarazem nie wyobrażam sobie lepszego opakowania ze względu na wygodę wydobywania kosmetyku o takiej konsystencji.


Kosmetyk zawiera w składzie owoce rokitnika i borówki brusznicy (całe owoce! na szczęście nie zapychają odpływów), ekstrakt z poziomki, olej z brzoskwini, olej z nasion maliny oraz masło shea. Treściwa formuła kosmetyku pozwala na wygładzenie ciała, a także oczyszczenie go i nadanie mu ładnej woni. Kosmetyk pachnie owocami, jest to słodki, apetyczny zapach. Choć w czasie używania kosmetyku jest przyjemny, to niestety umyka dość szybko. Peeling nie pieni się, jednak delikatnie bieli jak wspomniałam wcześniej. Posiadaczki niewymagającej cery mogą czuć się usatysfakcjonowane działaniem nawilżającym peelingu - latem nawet mi zdarzało się odpuścić balsamowanie ciała po jego użyciu. Kosmetyk zdecydowanie zasługuje na plus ze względu na to, że nawilżenie, które pozostaje na ciele nie jest związane z lepką warstwą, lecz faktycznym odżywieniem skóry. 



Znacie markę Organic shop?
Polecicie kosmetyki tej marki lub innej, jednakże o równie kuszącym zapachu?
Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger