• L'Biotica • Wygładzająca maska do włosów w formie czepka

• L'Biotica • Wygładzająca maska do włosów w formie czepka

Ostatnio często zaczepiałam mojego chłopaka pytaniami jaka byłaby jego reakcja na diametralne cięcie włosów. Męczyłam czy sądzi, że by mu się spodobało, jaką zasugerowałby mi ich długość.. Prawda jest taka, że ciężko mi zrezygnować z moich długich włosów, choć jestem świadoma, że nawet przy ich zapuszczaniu przydałoby się pozbyć zniszczonych końców. Dzisiaj jednakże skupię  się na pielęgnacji. Na pielęgnację włosów stawiam całym rokiem - nie ważne czy zimą czy latem - każda z tych pór roku wywiera wpływ na nie. Wciąż pod tym kątem szukam nowych, ciekawych produktów, ale mam też swoich ulubieńców do których wracam. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić moje ostatnie odkrycie - maskę w czepku. Takie wygodne combo - myślę, że świetnie sprawdzi się na wyjazdach.


W paczce od sponsorów i partnerów warsztatów fotograficznych znalazłam wygładzającą maskę do włosów L'biotica - maskę w formie czepka, stąd płaskie opakowanie jak maseczka w płachcie do twarzy, a nie słoiczek. Jest to produkt na jedno użycie, więc ma tylko jedną szansę stać się produktem do którego wrócę lub nie. I w tym przypadku z pewnością kupię ją ponownie.

Maska jak wspomniałam świetnie sprawdzi się na wyjeździe ze względu na opakowanie - pojedzie z nami tylko w jedną stronę. Również forma aplikacji wydaje się wygodna - po umyciu włosów zakładamy czepek, który wygląda jak taki typowy do kąpieli, który można kupić w drogerii i voila, możemy zająć się czymś innym. Jedynym minusem, którego się dopatrzyłam jest fakt, że przynajmniej w moim egzemplarzu nie sprawdził się pasek do zaklejenia czepka - niestety nie kleił się. Gdybym pozostała w bezruchu nie stanowiłoby to żadnego problemu, ale że jestem raczej mało statyczna nieco mi to wadziło. Znalazłam jednak rozwiązanie - założyłam na włosy opaskę-gumkę i problem został zażegnany.

Czepek bez problemu utrzymywał temperaturę, która pozwala na otwarcie łusk na włosach, dzięki czemu włos może zostać intensywnie nawilżony i odżywiony. I z tym się zgadzam - po spłukaniu maski i wysuszeniu włosów były miękkie i lśniące. Nie miałam problemu z rozczesaniem ich, ani nie plątały mi się na wietrze jak głupie - choć to jedna z ich rozpoznawalnych cech. Efekt utrzymywał się na włosach przez ok 4 dni, choć w tym miejscu warto zaznaczyć, że włosy myję codziennie. Jestem zadowolona z efektu jaki daje maska i odrobinkę żałuję, że nie ma takiej maski dostępnej w słoiczku, aby starczyła na dłużej. PS. Miała też ładny zapach, który niestety nie utrzymywał się długo na włosach.

Skład nie jest idealny. Znajdziemy w nim keratynę, olej makadamia, olej z oliwek, ekstrakt z sezamu, ale również parafinę czy alkohol. Natomiast olej monoi, którym wręcz nazwana jest maska znajduje się pod koniec składu.. Moje włosy są jednak zadowolone z maski, więc zrobię dla niej wyjątek.


SKŁAD; Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Steartrimonium Chloride, Cetrimonium Chloride, Amodimethicone, Behentrimonium Chloride, PEG-20 Stearate, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Trideceth-12, Cyclohexasiloxane, Paraffinum Liquidum, Butyrospermum Parkii (Shea) Oil, Hydroxyethylcellulose, Panthenol, Keratin, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Extract, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Gardenia Taitensis (Tiare) Flower Extract, Phytosterols, Vanillyl Butyl Ether, Chlorphenesin, Parfum
• Efektima • Peeling do ciała w saszetce

• Efektima • Peeling do ciała w saszetce

Zbliża się sezon na wyjazdy wakacyjne. Nie ważne czy jedziesz nad polskie morze czy do zagranicznego kurortu - zawsze zależy Ci na tym samym. Na lekkim bagażu. W takiej sytuacji warto zrezygnować z pełnowymiarowych kosmetyków, których i tak tam w całości nie zużyjemy.. no chyba, że jest to rozwiązanie takie jakie funduje nam Efektima, czyli peeling w saszetkach. Można by rzec peeling na raz!


Zdecydowałam się na dwa warianty peelingów - z cukrem i olejem kokosowym, jak z solą i olejem awokado. Na ogól omijam sól w peelingach ze względu na podrażnienia jakie u mnie powoduje. I tym razem się nie pomyliłam - sól obecna w peelingu niestety powoduje u mnie pieczenie oraz zaczerwienienie - zwłaszcza po goleniu lub depilacji nóg. Nie neguję za to produktu, gdyż byłam świadoma takiej ewentualności. Peeling cukrowy nie zaskoczył mnie przykrymi przeżyciami. Peelingi z tej serii nie należą do mocnych zdzieraków, raczej powiedziałabym, że są delikatne. A jeśli chodzi o efekt to..

Nie przyglądałam się wcześniej składowi - wszak peeling to kosmetyk, który tuż po użyciu zmywam z ciała, jednak zaobserwowałam, że na ciele pojawia się tłusty filtr, taka znana wszystkim warstewka ochronna. W składzie widzimy dwa oleje - ze słonecznika (helianthus annuus) oraz rzepakowy (canola), czyli sprawców całego zamieszania. Obydwa są emolientami tłustymi, tworzącymi warstwę okluzyjną, czyli wspomniany film. Nie wiem jakie jest Wasze zdanie, ale mniej taki przeszkadza mi zimą niż latem. Efekt widoczny na skórze - wygładzona, gładka, niestety jest to efekt krótkotrwały - raptem do zmycia.

Peelingi te występują w czterech wariantach - cukier & olej kokosowy, cukier & olej z czarnuszki, sól & olej awokado oraz sól & olej konopny. Są dostępne w drogeriach m.in. Rossmann i kosztują ok 7 zł / 30 ml.


• O! figa • Serum olejowe Dzika Figa

• O! figa • Serum olejowe Dzika Figa

W związku z obecną promocją kategorialną w jednej z drogerii rozmawiałam ostatnio z koleżanką, która zapytała mnie jakie kosmetyki planuję kupić dając mi do zrozumienia, że ma na myśli konkretniej kremy. Przyznam, że choć praca w drogerii nie pozwala mi na całkowite przejście na naturalną stronę mocy, bo zawsze pojawia się coś nowego co brzmi ciekawie, to w tym przypadku bez zastanowienia się szybko odpowiedziałam 'nic'. Po pierwsze - mam swoje kosmetyczne zapasy, a po drugie (i co ważniejsze!) naturalne kremy czy olejki bardziej mi ostatnio służą. Jednym z takich produktów jest serum olejowe Dzika figa, które otrzymałam od partnera warsztatów fotograficznych.


Serum to kosmetyk 'bazowy', świetnie sprawdza się jako wzmocnienia działania kremu nawilżającego, kiedy nałożymy je jako pierwsze. Muszę przyznać, że stosując je według zaleceń na noc zostawiam je solo i efekt jaki przynosi jest równie fenomenalny, ale o tym za chwilę.
Koszt zakupu serum nie jest mały - obecnie jest to niespełna 90 zł za 20 ml. Kiedyś zapewne zraziłabym się do niego, jednakże skład kosmetyku bazuje na wysokiej jakości najdroższym oleju roślinnym świata, czyli tym z opuncji figowej, a ponadto jest niesamowicie wydajne. Aplikując serum na wilgotną cerę - polecam użyć wcześniej różanego hydrolatu - wystarczy zaledwie kropla, dwie z pipety, aby nanieść serum na całą twarz. Pipeta pojawiła się w buteleczce nie bez powodu - dzięki niej możemy higienicznie korzystać z kosmetyku zapewniając mu dużo dłuższą trwałość, oczywiście pilnując aby w momencie aplikacji nie zetknęła się ze skórą. Ekologiczne freaki docenią również zastosowanie ciemnej, szklanej buteleczki, która chroni kosmetyk przed szkodliwymi dla niego promieniami słonecznymi. Od czasu wypuszczenia kosmetyku na rynek przeszło już małą metamorfozę - zmienił się kształt buteleczki, pojemność oraz etykieta - oczywiście wszystko w dobrym kierunku. Skąd w ogóle marka o!Figa?

Blogowi wyjadacze na pewno będą kojarzyć Patrycję z bloga Smykusmykowisko, która od lat kręci swoje własne kosmetyki. Niesamowicie przyjemnie wspominam jej współpracę z Margaretą, której efektem był wspaniały balsam i peeling kokos i trawa cytrynowa - wciąż mam w pamięci ten zapach i świetne działanie! Moja imienniczka każdy ze swoich kosmetyków traktuje jak własne dziecko, toteż nie znajdziemy w nich słabych zamienników czy produktów niskiej jakości. I to się sprawdza.

Serum olejowe, które dzisiaj Wam przedstawiam to jeden wielki składnik aktywny. Tutaj nie ma gotowej mieszanki olejów i ekstraktów, jaką czasem widać w składach kosmetyków, które finalnie nic nie robią z cerą, albo pogarszają jej skład. Serum nadaje się do każdego rodzaju cery - nieważne czy młodej czy dojrzałej, gdyż każda będzie z niego czerpała. Kosmetyk nie jest komadogenny i całkowicie się wchłania - przeciwnie do moich obaw, że nałożony na noc szybko sprawi, że będę musiała zmienić pościel, a rano obudzę się z tłustą twarzą. Serum wchłania się u mnie do efektu satyny - nie powiem, że matu, ale satyny. Skóra jest ładnie napięta, wygładzona i promienna. Nie pojawiły się na niej żadne zaskórniki czy ropne krostki, które potrafiły mnie zaskoczyć po niektórych produktach. Jestem zadowolona i mam sprawdzony kosmetyk. Na sam koniec muszę jedynie wspomnieć o zapachu - jest on roślinny, nieco olejowy (ale nie Kujawski żaden czy coś!), nie każdemu może się spodobać, ale nie jest męczący. W moim odczuciu ładniejszy niż np płynu micelarnego Sylveco.

SKŁAD: olej z opuncji figowej, olej z nasion cedru syberyjskiego, olej z owocu dzikiej róży, olej z lnianki siewnej, tetraizopalmitynian askorbylu (olejowa forma witaminy C), nadkrytyczny ekstrakt z dzikiej róży, olej słonecznikowy i olej z rozmarynu

Podsyłam Wam również link do wpisu Justyny, która jak zwykle wyczerpująco omawia skład kosmetyku: analiza składu przez Hushaaabye.


• EFEKTIMA • Mus myjący do ciała limonka & awokado

• EFEKTIMA • Mus myjący do ciała limonka & awokado

Można powiedzieć, że jestem takim trochę pracoholikiem. Lubię się angażować w to co robię, jeśli moja praca przynosi mi satysfakcję. Od ponad roku pracuję w drogerii i choć na początku zupełnie inaczej wyobrażałam sobie tą fuchę cenię sobie wyzwania jakie przede mną stawia, a także cieszę się z niesamowitego rozwoju firmy, w której się zatrudniłam. Jakkolwiek nie lubiłabym swojej pracy dochodzi w pewnym momencie do tej chwili wytchnienia w zmęczeniu, kiedy mogę zrelaksować się podczas gorącej kąpieli, a wtedy w ruch idą odprężające mnie kosmetyki. Ostatnio dzięki marce Efektima mam przyjemność wypróbować mus myjący do ciała limonka & awokado. I uwaga - po raz kolejny jestem zadowolona z kosmetyku. Aż wstyd, że do ostatniego Meet Beauty markę znałam głównie z nawilżających płatków pod oczy ;)


Mus mocno mnie zaskoczył - zarówno konsystencją jak i zapachem. Zapach należy do tych przyjemnych, aczkolwiek niezidentyfikowanych. Nie pachnie ani limonką, ani awokado, natomiast można w nim wyczuć nutę owocowych słodkości. Aż szkoda, że nie utrzymuje się na ciele po myciu. Kosmetyk pod wpływem ciepła dłoni zmienia się z musu, takiej pianki wręcz w lekki płyn i gładko sunie po ciele delikatnie je oczyszczając. Kosmetyk nie wywołuje u mnie żadnych podrażnień, choć ostatnio jestem na nie zdecydowanie bardziej narażona. Pozostaje więc kwestia jego działania. Dobrze oczyszcza, a robi to w przyjemny sposób, więc strasznie żałuję, że kosmetyk nie jest wydajniejszy albo nie mieści się chociaż w jakiejś buteleczce pod ciśnieniem - może wtedy cieszyłby dłużej? ;) Dobrze się spłukuje i nie pozostawia żadnych tłustych warstewek. Choć nie przesusza skóry, to w moim przypadku po kąpieli wciąż potrzebuję nawilżenia, więc stosuję jakiś balsam czy masełko. Trafia do moich kąpielowych ulubieńców, chętnie wypróbuję również jego siostrę - z ekstraktem z malin i olejem ryżowym.

☑ Warsztaty fotograficzne dla blogerek i influencerek

☑ Warsztaty fotograficzne dla blogerek i influencerek

Głupim jest ten, który nie korzysta z możliwości rozwoju. Nie powinien więc zdziwić Was fakt, że gdy tylko pojawiła się możliwość wzięcia udziału w warsztatach fotograficznych organizowanych przez Martę z bloga Bafavenue w profesjonalnym studiu fotograficznym MarszalStudio nie zastanawiałam się ani chwili. No może czy nie będę zmęczona na warsztatach ciągłą pracą zawodową ;) Szybko zgłosiłam się do Marty, opłaciłam warsztaty i cierpliwie wyczekiwałam terminu. A gdy już nastał 13 kwietnia...


WARSZTATY

W Marszalstudio pojawiła się grupka osób, które były przygotowane by chłonąć wiedzę. Zgrany team fotografów udostępnił nam swoje miejsce pracy.


MarszalStudio - jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc fotografii produktowej w Polsce, które od 7 lat buduje silną pozycję na rynku tworząc lookbooki, packshooty (zdjęcia na białym tle), zdjęcia kompozycyjne oraz zdjęcia reklamowe. Współpracuje z klientami z Polski i z Europy; tworzy zdjęcia dla marek takich jak Make Me Bio, Fitomed, La Mania, Tuszyte, Mennica Polska, Dajar, Timex

Z racji, że były to pierwsze warsztaty w tym miejscu, taki debiut nie do końca wiadomo czego można było się spodziewać. Pewne było jedno - czekała nas teoria i praktyka w zakresie trzech bloków tematycznych: oświetlenie, autoportret i kompozycja. Szybko okazało się, że zespół fotografów był otwarty na różny stopień zaawansowania uczestników szkolenia. Dzielił się z nami cenną wiedzą, kompetentnie i szczegółowo odpowiadał na zadawane przez nas pytania i nawet w chwilach przerwy był do naszej dyspozycji. Na różnych etapach warsztatów pokazywał nam, że każdy może wypracować swój własny styl i poczucie estetyki - nie negował naszych prac, a jedynie doradzał co możemy zrobić, aby wykonać swoją pracę jeszcze lepiej. Praca w naszym przypadku była połączona z zamiłowaniem do kosmetyków - wszak blogerki i influencerki, które pojawiły się na szkoleniu zajmują się szeroko pojętym tematem urody. Stąd też tematy kompozycji zdjęć (np paczek pr) na instagram czy bloga oraz zdjęć makjażu.


ŚWIATŁO I NARZĘDZIA

Pierwszym i najważniejszym blokiem, gdyż spajającym wszystkie inne tematy było ŚWIATŁO oraz NARZĘDZIA. Marta krótko skwitowała temat, że sprawy techniczne powierza w męskie ręce. Zaszczytu dostąpił Marcin Stańczak www.marcinstanczak.pl.


Marcin - fotografuje od ponad 7 lat, specjalizuje się w fotografii ślubnej, która jest jego konikiem, ale ponadto wykonuje również zdjęcia z zakresu fotografii biznesowej, eventowej, sesjach indywidualnych, plenerowych oraz sesjach w studio; prawdziwy pasjonat, który pragnie zatrzymać każdą chwilę na zdjęciu, które pokaże emocje, piękno i naturalność

Marcin omówił z nami temat światła w fotografii. Temat rzeka - zaczęliśmy od najbardziej popularnego i w dodatku darmowego, czyli światła słonecznego. Marcin dawał wskazówki jak osiągnąć  satysfakcjonujące nas cienie na zdjęciach dzięki rozpraszaniu światła np firanką oraz odbijaniu go przy pomocy blendy, którą w domowych warunkach można zastąpić białą kartką, kawałkiem styropianu lub owiniętym folią aluminiową kartonem. Zdradzę Wam malutki fakt z mojej fotografii, że ja wykorzystuję w tym celu białe torebki z długimi uszami z paczek pr - gdybyście odwiedzili mnie w czasie robienia zdjęć na bloga zobaczylibyście mnie z taką torebką założoną na szyję ;) Poruszony został również temat softboxów, lamp błyskowych i innych tematów pokrewnych, które z pewnością są wybawieniem w porze zimowej, kiedy ilość światła jest zbyt mała do wykonania wielu zdjęć potrzebnych na użytek blogowy. Z wykładu Marcina można było wyciągnąć wnioski dotyczące nie tylko zdjęć produktowych, jakie najczęściej pojawiają się na blogach, ale również smaczek dotyczący portretów. Nasz wykładowca zdradził nam sekrety i zalety golden hour czyli czasu kiedy zdjęcia tuż przed zachodem słońca pada idealne, ciepłe światło podkreślające kolor skóry. Pięknie w takim świetle wyglądają sesje ślubne - jestem ich ogromną fanką, a także niektóre krajobrazy. Uważam, że Marcin wykorzystał poświęcony mu czas na tą prelekcję maksymalnie, jednakże sądzę, że zostawił jeszcze wiele smaczków na kolejny raz. Swoją drogą spójrzcie tylko na jego zdjęcia, które udostępnił nam do relacji z warsztatów - rozpoznacie je dzięki świetnemu wykorzystaniu światła - są jasne, czyste, niczym bez skazy. Pozostałe to dzieło Ani, która robiła fotorelację z warsztatów. Moje kadry znajdziecie zapisane w stories na moim instagramie @malenkabloguje.


IDEALNY MAKIJAŻ DO SELFIE

W branży beauty bardzo ważne jest również fotografowanie makijażu. Marta zadbała o odpowiednią prelegentkę, która zdradziła nam wiele wskazówek dotyczących makijażu, który dobrze będzie prezentował się w obiektywie. Naszą prelegentką była Mariola @_wake_up__make_up_.


MARIOLA - wizażystka z pasją, która nie tylko wykonuje makijaże okazjonalne, ale również pracuje przy sesjach zdjęciowych, więc jest prawdziwym geekiem jeśli chodzi o perfekcyjny makijaż w obiektywie

Mariola wykonała przy nas na modelce makijaż demonstracyjny. Podczas swojej pracy omawiała każdą czynność, którą wykonuje, a także  zwracała uwagę na inne aspekty - np problemy cery, któe nie występowały u modelki. Spodobało mi się to podejście - zarówno ona, jak i cały zespół prowadzący warsztaty nie skupiali się na tym co jest tu i teraz - czy to chodzi o modelkę czy o zdjęcie i nie omawiali jak uzyskać taki efekt na konkretnym przykładzie, ale faktycznie dzielili się wiedzą, abyśmy nawet w domowym zaciszu mogły osiągnąć cieszący oko efekt. Mariola dała nam wskazówki dotyczące m.in. mocniejszego konturowania, aby aparat nie 'zjadł' kolorów oraz pokazała jak sprawić by skóra wyglądała na muśniętą słońcem, ale również przedstawiła klasyczne faile takie jak wybielona twarz na zdjęciu (źle dobrany puder), odcinający się podkład (warto by kolor pokrywał się z dekoltem), błyszcząca skóra (zbyt dużo rozświetlacza). Musicie przyznać, że zrobienie dobrego zdjęcia makijażu wymaga sporo pracy, prawda? Z takimi radami już jesteśmy o krok bliżej idealnego kadru.


MAKIJAŻ MINERALNY W FOTOGRAFII

Wiele dziewcząt obecnych na warsztatach jest zafascynowanych kosmetykami naturalnymi, więc Marta sprawiła nam niesamowitą niespodziankę zapraszając wizażystkę marki Annabelle Minerals Annę Strzemecką @anna.maria.makeup.


ANNA - wizażystka marki Annabelle Minerals; kobieta z dużą wiedzą, otwarta na nowe - to ona jako jedna z niewielu osób wybierała dla nas kolory rozświetlaczy, które AM właśnie wypuściło na rynek; możecie spotkać ją w salonie firmowym, a także na targach kosmetycznych czy eventach

Ania nie miała przygotowanej modelki, więc bardzo chętnie się do niej zgłosiłam - ba, nawet pamiętała jaki kolor podkładu używam :D Wykonując mój makijaż zdradzała wiele przydatnych trików dotyczących choćby aplikowania kosmetyków oraz możliwości ich wykorzystania na wielu gruntach. Od Ani dowiedzieć się można było o rodzajach wykończeń podkładów (rozświetlający/matujący/kryjący), a także porównała rodzaje pędzli, od których zależny jest uzyskiwany poziom krycia. Uczuliła nas na to, że lepiej nie aplikować ich korektorów pod oczy ze względu na mocne działanie wysuszające, które sprawdzi się na punktowe zmiany i przyśpieszy ich gojenie, a także podpowiedziała, że brak bronzera w ofercie można zniwelować stosując ciemniejszy podkład, który również sprawdzi się wyśmienicie. Przedstawiła wielofunkcyjność kosmetyków - możliwość wykorzystania cienia Vanilla do ukrycia cieni pod oczami, możliwość zmieszania cienia z wodą, aby uzyskać eyeliner w wybranym kolorze lub podkładu z kremem w celu uzyskania kremu BB, a róż w połączeniu z wazeliną/balsamem do ust da błyszczyk. Masa wskazówek prawda? A w tym czasie powstawał mój makijaż, który nie dość, że świetnie wyglądał na zdjęciach to jeszcze odznaczał się świetną trwałością.


ĆWICZENIA

Nawet najwspanialsze wykłady i prelekcje potrafią nieco znużyć, a żeby tego uniknąć przewidziano czas na ćwiczenia z wykorzystaniem blend, lamp oraz produktów kosmetycznych, które otrzymaliśmy od sponsorów. W tej chwili udostępniono nam akcesoria i potrzebne sprzęty, abyśmy dały popis fotograficzny. Dzięki blendom w różnych kolorach mogłyśmy nauczyć się modelować twarz światłem, przy lampie pierścieniowej uzyskać piękny efekt angel eyes, a kolejna lampa.. a to za chwilę ;)


KOMPOZYCJA

Kompozycja zdjęcia to temat bardzo indywidualny, mocno związany z poczuciem estetyki, które każdy ma inne. Tego tematu podjęła się organizatorka warsztatów, czyli Marta bafavenue.pl.


Marta - fotograf, blogerka, matka; szalenie zaangażowana w swoją pracę, pozytywna osoba, która podjęła się trudu zorganizowania warsztatów w topowym studiu dla blogerek i influencerek w swojej kategorii

Organizatorka warsztatów, która podjęła się tego bloku nie chciała ingerować w nasz zamysł, więc przedstawiła nam kilka zasad, które sama wypracowała i jest przekonana, że ułatwią nam eksponowanie głównego tematu zdjęcia. Omówiła z nami w jaki sposób uzyskała pewne efekty na zdjęciach zdradzając nam kulisy świetnego kadru. Podkreślała, aby bawić się fotografią - korzystać z różnych kolorów teł, rozmaitych faktur - przedstawiła nam, że idealnym tłem może być choćby ściereczka kuchenna, a wszystko przecież zależy od nas. Na koniec przygotowała dla nas kolejną aktywną część, czyli ćwiczenia w tworzeniu kompozycji z kosmetykami od partnerów wydarzenia oraz fotografowaniu ich w trudnym, ostrym świetle, które ma pewną zaletę - pozwala nadać zdjęciu efektu 3D.


Kończąc mój wywód warto było wziąć udział w warsztatach - powtórzyłam i utrwaliłam swoją wiedzę, miałam czas na wykonanie kilku, kilkunastu zdjęć, spotkałam znajome twarze, ale również poznałam kilka nowych osób. Ponadto Marta zadbała o produkty kosmetyczne do zdjęć, a więc i nowości do testowania dla nas wszystkich. Partnerami warsztatów zostało: Wydawnictwo Helion, Annabelle Minerals, Tołpa, Vita Liberata, Nuev, Sampure Minerals, Jardin, O!Figa i L'biotica.
PS. W tym wpisie nie ma moich zdjęć - fotografie wykonał Marcin Stańczak - te jasne, wspominałam Wam o tym na początku wpisu oraz @hania_smir.

Na koniec wrzucam zdjęcie grupowe (od lewej): Marta - organizatorka, Marcin Stańczak, Weronika (MaliNaila), Agata (Freewolność), Ula (Kosmetyczny Świat Uli), Ewelina (Revelkove Love), Ola (@ja_ola), Gosia (Blond Hair Affair), Aneta (CosmetiCosmos), Sabina (Okiem Marzycielki), Sylwia (Czokomorena), ja, Diana (Naturale), Marta (Marta Sielska) oraz Magda (Racja Pielęgnacja).


• Bielenda •  Cloud mask - maska zamieniająca się w chmurkę HIT!

• Bielenda • Cloud mask - maska zamieniająca się w chmurkę HIT!

Wiosna budzi nas do życia. Zaczynają otaczać nas kwitnące kwiaty, zieleniąca się trawa i kolory. Kolory stają się bardziej nasycone, a skoro już przy nich jesteśmy to spójrzcie tylko na Cloud mask z Bielendy - jak one przykuwają wzrok kolorem! Śliczne pastelowe, nawet nieco skierowane w stronę neonowych kolorów saszetki w kształcie bajkowych chmurek. Z pewnością zwróciły Waszą uwagę w drogeriach, jeśli już je spotkaliście, jednak za pewne zastanawia Was jedno - czy ładny wygląd to nie wszystko? Dzisiaj postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Bielenda ma w swojej ofercie cztery rodzaje Cloud mask, czyli maseczek zamieniających się w chmurkę lub jak kto woli bąblujących. Są to:
  • Banana Cabana - nawilżająca
  • Mohito Despacito - rozświetlająca
  • Mango Balango - energetyzująca
  • Merry Berry - detoksykująca
Mnie osobiście skusiły wszystkie - może nawet nie samym działaniem, a ciekawością zapachów - na ogół podobają mi się zapachy kosmetyków tej marki i nigdy mnie nie rozczarowały. Jak się okazuje wszystkie z nich są słodkie, owocowe, niestety nie są stricte naturalne, ale nie trącą chemicznymi. Najbardziej przypadł mi do gustu zapach mango oraz mohito, najmniej jagódki, a w kwestii banana.. cóż jak widać jest to ciężki zapach do opracowania w kosmetykach..


Maseczki bąblujące zrobiły niemały szum w internecie, na polski rynek jednak standardowo weszły z opóźnieniem. Pierwszą maseczkę tego typu miałam z AA i nie byłam z niej do końca zadowolona.. W przypadku Cloud mask sprawa jest o tyle łatwiejsza, że nakładamy ją na suchą, oczyszczoną twarz w przeciwieństwie do AA gdzie było wymagane, aby cera była zwilżona. Tutaj od razu w trakcie rozprowadzania na twarzy maseczka zaczyna bąblować, tworzyć na twarzy lekki obłoczek. Efekt jest dużo większy, na twarzy tworzy się kawał piany niczym w wannie podczas gorącej kąpieli. Uwaga - musująca piana potrafi nieco załaskotać ;)

Według mnie efekt każdej z czterech maseczek jest identyczny, niczym się między sobą nie wyróżniały przynajmniej w moim przypadku. Po zmyciu maseczki samą wodą zostaje na twarzy lepka warstwa, ale przy dodatkowym zastosowaniu żelu do mycia twarzy wszystko wraca do normy. Cera jest dotleniona i przyjemnie miękka.

Przeczytaj także: AA Bubble mask nawilżenie i świeżość
• Mewa • Peeling do ciała ananas

• Mewa • Peeling do ciała ananas

Co Was rozczarowuje w kosmetykach? Zapewne najczęstszą odpowiedzią będzie zapach oraz działanie - wszak jak kupujemy krem to ma dobrze nawilżać, a gdy producent obiecuje zapach cytrynowy to ostatnie o czym marzymy to zapach odświeżacza powietrza do łazienki. Tym razem nie było to nic tego typu.
Manufakturę Mewa spotkałam jako jednego z wystawców na poprzednich targach Ekocuda w Warszawie. Niewątpliwie przyciągnęła mnie nazwa, a i kilka kosmetyków zrobiło mi małe zamieszanie w głowie. Testując kosmetyk i przymierzając się do wystawienia opinii poszperałam w sieci i odkryłam prawdę... Rozczarowało, a raczej zaskoczyło mnie to, że Manufaktura Mewa niewiele ma wspólnego z wybrzeżem, gdzie można spotkać te osobliwe ptaki, gdyż pochodzi z małopolski, a konkretniej Brzeska. Ot błahostka, ale utożsamiałam ją właśnie z jakimś nadmorskim miastem.. Jednakże nie ma co dalej się nad tym rozwodzić, a raczej skupić się na świetnym kosmetyku, jaki trafił dzięki nim w moje ręce.


Zaintrygowana nazwą manufaktury podeszłam do stoiska, a tam zapachami kusiło mnie mnóstwo kosmetyków. Słodki ananas - czego skutkiem jest zakupiony peeling, masło mango, świeże mydełko mięta i eukaliptus czy też peeling do twarzy cytryna & zielona herbata. Istny raj dla czyściochów i miłośników zapachów. Sporo produktów oczyszczających, do kąpieli wraz z solami i kulami do kąpieli (!). Szeroki wybór naturalnych, wegańskich i ręcznie robionych kosmetyków, w dodatku nie testowanych na zwierzętach. Producent nie ma nic do ukrycia przed nami i na swojej stronie prezentuje skład również po polsku. Wielkie brawa!


Peeling do ciała ANANAS
INGREDIENTS: Sucrose, Butyrospermum Parkii Butter, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopherol, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Citrus Lantaus Seed Oil, Theobroma Cacao Seed Butter, Magnifera Indica Seed Butter, Prunus Amygdalus Oil, Corylus Avelana Seed Oil, Leconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Parfum, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Helianthus Annuus Seed Oil.
SKŁAD: Cukier Trzcinowy Nierafinowany, Masło Shea, Olej Szafranowy, Witamina E, Olej z Pestek Moreli, Olej Arbuzowy, Masło Kakaowe, Masło Mango, Olej ze Słodkich Migdałów, Olej z Orzechów Laskowych, Ferment z Rzodkwi, Aromat Kosmetyczny, Ekstrakt z Rozmarynu.


Peeling do ciała ANANAS pachniał dla mnie najładniej na całym stoisku - świeżo, soczyście - było to dla mnie istne wspomnienie lata i jedzonych garściami świeżych owoców. Choć w tamtej chwili zdecydowałam się jedynie na niego, to wiem, że przy najbliższej okazji poszerzę swoją kosmetyczkę o kolejne produkty tej marki.
Peeling otrzymujemy w ciężkim, szklanym słoiczku o pojemności 300 g / 40 zł. Peeling jest mocno zbity, widać, że to porządnie wypełniony słoiczek pełen cukru, odżywczych maseł i olejów. Kosmetyk działa dwuetapowo - przede wszystkim dzięki ziarnom cukru peelinguje skórę - robi to porządnie, ale z wyczuciem - nie podrapiemy się ostrymi ziarnami, a obecne masła i oleje od razu regenerują i odżywiają skórę. Producent ostrzega, że taka dawka może być niebezpieczna pod prysznicem - łatwo o poślizgnięcie, jednak wystarczy odrobina uwagi. Dla mnie bardziej zachęcająca jest obietnica porządnego nawilżenia - przyznaję, że po użyciu tego kosmetyku w kąpieli spokojnie mogę sobie odpuścić dodatkowe balsamowanie ciała. Skóra jest napięta, gładka i miękka. Będzie też pięknie prezentowała się w sukience czy szortach, gdy już za chwilę prosto po kąpieli będzie można wyjść na dwór na gołe nogi ;)


Świat blogerek beauty jest ogromny - mimo posiadania sprawdzonych kosmetyków, do których wracamy, wciąż interesują nas kolejne, jesteśmy otwarte na nowości. Niech nie zdziwi Was też babska ciekawość - jakiego peelingu obecnie Ty używasz?
• EOS • Organic stick Pomegranate raspberry | Porównanie klasycznego jajeczka EOSa z wersją stick

• EOS • Organic stick Pomegranate raspberry | Porównanie klasycznego jajeczka EOSa z wersją stick

Już niedługo rusza promocja na kolorówkę w Rossmannie. Dla niektórych temat jest oklepany, a wpisy na temat polecanych produktów wręcz działają drażniąco. Są jednak osoby, które korzystają z promocji jedynie w celu uzupełnieniu zapasów, a nie wykupieniu połowy sklepu. Sama z pewnością kupię ponownie balsam do ust EOS organic stick, czyli krótko mówiąc balsam do ust EOS w sztyfcie, który w ostatnich dniach zgubiłam... Obecnie używałam wersji Pomegranate raspberry i zapewne do takiej powrócę, gdyż inne w gamie mnie nie kuszą - ta wydaje mi się najciekawsza.


EOS w sztyfcie możecie dostać w drogeriach, przykładowo w Rossmannie w czterech wersjach smakowo-zapachowych: pomegranate raspberry, strwaberry sorbet, sweet mint oraz wanilla bean. Wcześniej miałam klasyczne jajeczko EOSa w miętowym wydaniu, a potem zamarzył mi się owoc, stąd taka decyzja. Decyzja była słuszna, gdyż zarówno smak i zapach jest słodki, taki nieco landrynkowy, w każdym bądź razie dla mnie przyjemny. Malinowy smak występuje zarówno w wersji, o której właśnie opowiadam, jak również w charakterystycznej dla marki formie jajeczka. Czym się zatem różnią?

Gramatura, cena i opakowanie

Oprócz posmaku na ustach i zapachu bez wątpienia przekonująca jest również cena - w regularnej stick kosztuje niespełna 14 zł, gdzie klasyczne jajeczko to wydatek ok 11 zł większy. Co prawda ma to nieco związek z gramaturą - jajeczko 7 g, stick 4 g. Zaokrąglony kształt zrobił swego rodzaju furorę, jednak przyznam szczerze, że na co dzień wygodniej mi się używa sticka - łatwiej go zmieścić w małej, kobiecej torebce czy upchnąć w kieszeni płaszcza.

Zajrzyjmy w głąb, czyli skład

Różnica w gramaturze z pewnością ma wpływ na to, że szybciej widać zużycie produktu. Z pewnością odgadliście, że to stick szybciej znika, ale na jego obronę mam również informację, że łatwiej rozprowadza się na ustach. Oprócz niego mam klasyczne miętowe jajeczko oraz wersję crystal i żadna z nich nie sunęła tak miękko po ustach, stawiały raczej opór. Poniżej krótkie porównanie składów klasycznego jajeczka i sticka. Pogrubiłam po jednym składniku - one się nie powtarzają. Pozostałe składniki oznaczyłam takimi samymi kolorami obecne w obydwu produktach - z pewnością zauważycie, że różnią się kolejnością w składzie, a więc zarazem ich ilością. Niby produkt składa się w głównej mierze z tego samego, a jednak jego działanie może być zupełnie inne.

EOS stick do ust malina
Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil*, Beeswax/Cera Alba (Cire d’abeille)*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil*, Flavor (Aroma), Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax/Cire de carnauba*, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Punica Granatum Seed Oil*, Rubus Idaeus (Raspberry) Leaf Extract *, Tocopherol, Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract*, Beta-Sitosterol, Squalene, Linalool**

EOS balsam do ust malina
Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Beeswax/Cera Alba (Cire d’abeille)*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil*, Natural Flavor (Aroma), Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Rubus Idaeus (Raspberry) Leaf Extract*, Punica Granatum Seed Oil*, Tocopherol, Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract*, Helianthus Annus (Sunflower) Seed Oil *, Linalool**

*składniki organiczne, **składniki naturalne

Działanie

Wcześniej wspomniałam, że stick łatwiej sunie po ustach. Odnoszę również wrażenie, że ma lepszy wpływ na usta. Usta są wygładzone, otulone ochronną warstewką. Nie widać na nich żadnych suchych skórek, więc świetnie prezentują się w szmince. Niestety klasyczne jajeczko aż tak mnie nie zadowalało.. Ponadto balsam ładnie pachnie i całkiem nieźle smakuje przy tym nie nadaje żadnego koloru ustom.

Tak jak wcześniej wspomniałam, chętnie powrócę do mojej zguby i kupię ten produkt ponownie. Swoją drogą wiem, że nie wszyscy są fanami ten marki, więc śmiało Was zapytam jakie pomadki ochronne mi polecicie - więc? :)
• Pantene PRO-V • Linia Aqua light - szampon, klasyczna odżywka do włosów, odżywka 3 minute miracle oraz spray do włosów

• Pantene PRO-V • Linia Aqua light - szampon, klasyczna odżywka do włosów, odżywka 3 minute miracle oraz spray do włosów

Zapewne wiecie, że od 8 marca, czyli od Dnia Kobiet obowiązywała w Rossmannie promocja na kosmetyki do pielęgnacji, stylizacji i koloryzacji włosów. Promocja miała zakończyć się z dniem 19, jednak zarząd zdecydował się przedłużyć akcję. Dzisiaj ostatni dzień promocji, a jeśli wciąż z niej nie skorzystaliście to polecę Wam czwórkę produktów, które regularnie pojawiają się w mojej łazience - czasem zaszaleję i zmienię jedynie linię kosmetyków. Obecnie do włosów używam szamponu, sprayu i odżywki klasycznej zamiennie z 3 minute miracle z serii Aqua light, ale równie chętnie poleciłabym Wam również serię Intensive repair z maską w słoiczku na czele. 


Kosmetyki Pantene PRO-V mają zgraną szatę graficzną i w przypadku serii Aqua light delikatne, świeże zapachy. Nie są to kosmetyki, które przypadną do gustu każdemu - mają typowo drogeryjne składy, jednak moim włosom odpowiadają. Seria Aqua light przeznaczona jest do włosów cienkich ze skłonnością do przetłuszczania się. Cała seria ma lekką formułę, aby spełnić się w oczyszczaniu i odświeżaniu włosów bez ich nadmiernego obciążania. 

Szampon sprawdza się u mnie w codziennej pielęgnacji - delikatnie oczyszcza i odświeża włosy, choć raz na 2-3 dni potrzebuję czegoś mocniej myjącego. Włosy po tym szamponie nie są przyklapnięte, a raczej lekko opadają na ramiona. Aby dodatkowo były lśniące, wygładzone i miękkie stosuję odżywkę z tej samej serii - gdy biorę dłuższą kąpiel nakładam klasyczną odżywkę do włosów od ucha w dół, na całą długość włosów. Zamiennie stosuję odżywkę 3 minute miracle, która daje jeszcze bardziej spektakularne efekty. Wszystko dzięki obecności histydyny w składzie. Histydyna naturalnie występuje w strukturze włókna włosa, a obecna w odżywce dogłębnie w niego wnika. Efektem jest wygładzona fryzura bez efektu puszenia wykazująca się większą odpornością na uszkodzenia. Marka nawet reklamuje się, że odżywka ta w 3 minuty regeneruje uszkodzenia włosa powstałe w ostatnich 3 miesiącach. Efekt po umyciu włosów i nałożeniu odżywki faktycznie jest WOW, jednak pamiętajmy, że samo nic się nie naprawi, więc efekt jest taki wyłącznie w okresie stosowania kosmetyku. Na koniec mój hit, czyli spray do włosów. Używam go po każdym myciu włosów, gdyż znacząco ułatwia rozczesywanie włosów, dodatkowo nawilża a przy tym nie obciąża. Same plusy!


Pantene PRO-V jest przygotowana chyba na każdą ewentualność - powstały serie:
  • aqua light - do włosów cienkich z tendencją do przetłuszczania się
  • moisture - do włosów suchych, pozbawionych witalności
  • lively color - do włosów farbowanych
  • intensive repair - do włosów słabych lub zniszczonych
  • micellar water - szampon micelarny
  • strenght & shine - szampon wzmacniający i dodający blasku
  • extra volume - do włosów cienkich pozbawionych objętości
  • superfood - do włosów słabych i cienkich dodający objętości i wzmacniający
  • hair fall defence - ochrona przed wypadaniem włosów

Wśród kosmetyków Pantene znajdziemy dopasowane do powyżej wymienionych serii produkty takie jak: szampony, szampony 3w1 (z odżywką), klasyczne odżywki, odżywki 3 minute miracle, odżywki w sprayu, spraye do włosów, odżywki w piance, 1-minutowe ampułki regenerujące, maski do włosów, olejki do włosów, suche szampony, lakiery oraz pianki do włosów.


• Balea • Żel pod prysznic Ocean Girl

• Balea • Żel pod prysznic Ocean Girl

Dawno nic nie miałam z kosmetyków Balea, a lubię do nich wracać. To taka tania marka, DMowska Isana można by rzec. Niby niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale w związku z tym, że jest trudno dostępna w Polsce (sklepy internetowe, sklepy z chemią niemiecką) jest również pożądana i cieszy. Ot, kolorowe opakowanie, niska cena i trudna dostępność i mamy blogowy hit. A czym dzisiaj się zachwycamy?


Zobacz także inne kosmetyki Balea na moim blogu

'Połyskujący żel do mycia z limitowanej serii 'Ocean Girl'. Zawiera pielęgnacyjny kompleks, który nawilża skórę, pozostawiają ją miękką i gładką. Orzeźwia i pobudza zmysły przepięknym zapachem słodkich, czerwonych owoców. Przebadany dermatologicznie.Neutralne pH. Produkt wegański, nie testowany na zwierzętach.'



Z okazji Mikołajek, które na instagramie znajdziecie pod hashtagiem #cosmosanta od mojej Mikołajki w większości kosmetycznej paczuszce znalazłam między innymi ten właśnie oto żel Balea Ocean girl (cena ok 8 zł). Mnie zachwycił grafiką - jest nieco baśniowa i choć syrena zdecydowanie odbiega od Disneyowskiej Arielki, to wyobraźnia działa. Kolor żelu jest różowy z widocznymi, lśniącymi drobinkami, jednak nie widać ich później w wannie, ani po umyciu nie ma efektu glow. Mi osobiście taka forma kojarzy się nieco z żelami do kąpieli dla małych dziewczynek, jednak nie przeszkadza mi to. Trzeba mieć w sobie odrobinę z dziecka i brać życie pół żartem. Zapach żelu jest przyjemny, słodki. Sam żel jako kosmetyk delikatnie się pieni, dobrze oczyszcza skórę i nie przesusza. W sumie więcej od tego typu produktów nie wymagam, więc jestem zadowolona. Ponadto tuba (250 ml), w której znajduje się produkt jest miękka, więc bez problemu można dozować produkt i wydobyć go do ostatniej kropli, dzięki temu, że ten grawitacyjnie ścieka do otworu dozującego.


A Wy chętnie sięgacie po produkty marki Balea?

• Yankee Candle • Fresh cut roses

• Yankee Candle • Fresh cut roses

Zakładam, że nigdy byście nie zgadli w jaki sposób trafiła do mnie ta świeca - no chyba, że obserwujecie mnie na instagramie, gdzie już wcześniej zdradziłam tą informację. Aby wszyscy byli w temacie: świecę Fresh cut roses Yankee Candle otrzymałam na Walentynki od mojego G. Kilka dni przed tym świętem zażartowałam na temat serduszek i kwiatków dookoła, a ja tam nawet ucieszyłabym się ze świecy o zapachu kwiaciarni. I voila! Mój ukochany przeszukał internety, a konkretniej blogi żeby znaleźć informację, która świeca tak pachnie. Znalazł ją i zamówił, a ja teraz mogę cieszyć się nowym zapachem w kolekcji.


Dawno już Wam nie pisałam o zapachach - regularnie robiłam to w 2017 roku. Miałam do tego wrócić jesienią 2018, jednakże wiecznie na zakupach zapominałam o kupieniu podgrzewaczy - moja kolekcja to głównie woski do kominka. Trzeba jednak powrócić do tematu, gdyż to estetyczny i aromatyczny wynalazek jest, który uprzyjemnia wieczory.

Zapach Fresh cut roses o dziwo spodobał mi się od pierwszego powąchania. Nigdy nie przepadałam za kwiatowymi zapachami (z małymi wyjątkami), a tym bardziej różanymi. Ten jednak od razu skojarzył mi się przyjemnie z zapachem ciętych róż w zadbanej kwiaciarni. Identyczny zapach emanuje ze świecy w czasie palenia. Moim zdaniem odświeży mieszkanie lub podkreśli zapach kwiatów w wazonie. Zapach pochodzi z serii Classic z linii kwiatowej i jest dostępny w każdej formie (wosk, sampler, świeca) na Goodies.


• Efektima • Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek

• Efektima • Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek

Coraz częściej okazuje się, że nie lubiany przeze mnie temat smarowania ciała przeistacza się w potrzebę robienia tego. Moja normalna niegdyś skóra po przebytej chorobie potrafi czasem skierować się w kierunku nawet AZS, więc omijanie pielęgnacji ciała może skutkować u mnie nieprzyjemnościami. Staram się sobie uprzyjemnić tą czynność wybierając różne formuły - olejki, balsamy, masła czy musy, stosuję je zamiennie i wciąż testuję nowości czy też polecane mi specyfiki. W ostatnim czasie w ramach współpracy z marką Efektima miałam przyjemność wypróbować konopne masło do ciała z oliwą z oliwek. Wcześniej miałam już do czynienia z innym produktem tej marki z tej linii i byłam zadowolona. A jak jest tym razem?

Przeczytaj także: Efektima - olejek konopny


Masło do ciała mieści się w zakręcanym, zabezpieczonym folią aluminium plastikowym słoiczku o pojemności 200 ml/ ok. 20 zł. Rozwiązanie wygodne, gdyż można wydobyć kosmetyk do samego końca, choć ze względu na wydajność kosmetyku będzie to trudne. Podobnie jak olejek z tej serii masło jest szalenie wydajne. Aksamitna, kremowa konsystencja delikatnie otula nasze ciało i przy pomocy niewielkiej ilości kosmetyku mamy posmarowane całe ciało. W dodatku w momencie, gdy nałożymy za dużo masła próbując je wmasować będzie ono bieliło skórę niczym na znak, że nie potrzeba aż tyle.

Skóra po posmarowaniu tym kosmetykiem jest miękka, delikatna i pachnąca. Zapach jest dla mnie nie małym zaskoczeniem - przyjemny dla nosa, nieco słodki, złamany roślinną wonią. Dość rozwodzenia się nad zapachem - on tylko uprzyjemnia zabieg pielęgnacyjny, a najważniejsze jest działanie. Masło jest bogate w substancje nawilżające - oprócz tytułowego oleju konopnego i oliwy z oliwek znajdziemy w składzie również glicerynę czy olej kokosowy. W moim przypadku ten produkt działa na tyle dobrze, że mogę stosować go co drugi dzień i będzie to wystarczające. Produkt dość szybko się wchłania, więc bez problemu można go użyć nawet z rana przed założeniem ubrań. Pozostawia na ciele delikatny płaszczyk ochronny, który nie jest w żaden sposób lepki ani nieprzyjemny.



Fakt, że otrzymałam kosmetyk do przetestowania nie wpłynął na moją opinię.
☄ OPENBOX - LUTOWY SHINYBOX Loveliness

☄ OPENBOX - LUTOWY SHINYBOX Loveliness

Miniony weekend nie był dla mnie lekki, choć zakończył się bardzo przyjemnie. Na sam początek weekendu w piątek dopadły mnie problemy żołądkowe, więc musiałam wcześniej się zwolnić z pracy z powodu samopoczucia. Następnego dnia było już lepiej, ale niejedzenie dało się we znaki i objawiło osłabieniem. Niedziela na szczęście wypadła o niebo lepiej - wróciłam do regularnego spożywania posiłków - ba, nawet wyrwaliśmy się z G. na festiwal pizzy* do Pizza Hut, a następnie do kina na drugą część filmu Kobiety Mafii. Pełna sala jest chyba dowodem na to, że film zaciekawił polską publiczność. A Wy jak spędziliście weekend? Wybraliście się na premierowy film czy zarwaliście noc w celu obejrzenia relacji z Oscarów?
Dzisiaj znowu moje samopoczucie spadło w związku z kobiecymi dniami, ale z samego rana humor poprawił mi listonosz. Dostarczył on pod me drzwi paczkę zawierającą lutowy shinybox. Czy zawartość sprawiła mi radość czy słusznie zrezygnowałam z subskrypcji?

Blogerkę posiadającą całą masę kosmetyków z czasem coraz trudniej zadowolić. Shinybox zawsze kojarzył mi się z nowościami, ciekawymi kosmetykami oraz oszczędnością. Oszczędności nie można było mu nigdy odmówić, gdyż zamawiając pudełeczko zawsze otrzymywało się zawartość przekraczającą wartość. Niestety coraz częściej w pudełeczkach pojawiały się produkty, które bez problemu można zakupić w drogeriach, więc w moich oczach spadał prestiż marki. Tym razem jest podobnie - sprawdźmy razem co znalazłam w pudełeczku.


Otwierając pudełeczko zobaczyłam dużo saszetek. Próbki, maseczki - pokręciłam nosem. Przyglądając się bliżej mamy tutaj maseczkę 2w1 Biotanique (produkt drogeryjny) oraz miesięczny program pielęgnacyjny skóry twarzy 7th Heaven (8szt). Znalazłam również zestaw ratunkowy w awaryjnych sytuacjach Masmi zawierający wkładkę, podpaskę i tampon - widziałam te produkty jako nowość w drogeriach. Podobnie dostępne w drogeriach czy marketach są kosmetyki marki Bell, z której w tym miesiącu otrzymałam puder brązujący. Do tego próbki szamponu i mydła z Nutki z serii konopie polskie - dobrze wspominam inny ich produkt mus pod prysznic. W tym miesiącu pojawiły się aż dwa produkty wymienne 1 z 3. Do mnie trafiło nierafinowane masło shea Natur Planet z informacją w ulotce, że testuję je jako pierwsza w Polsce, czyli mamy premierę! Mała rzecz, a cieszy. Dosłownie mała, gdyż jest to produkt travel size (20 ml) - chętnie zabrałabym go ze sobą na urlop, ale wtedy chyba jako ostatnia go poznam.. Zamiast masłą mogła trafić do mnie odżywka w piance Biovax lub puder rozświetlający Revers. Ostatnim produktem, który znalazłam w pudełeczku był tusz do rzęs Affect. Losowo mogło trafić do mnie zamiast niego serum liftingujące Biotanique (produkt drogeryjny) lub maska do twarzy Biały Jeleń.

Wariant mojego pudełeczka chyba najbardziej przypadł mi do gustu, choć żałuję, że umknęła mi jedna informacja. Shinybox przeprowadzał ankietę dotyczącą dołączenia produktu dla mężczyzn (antyperspirujący, odżywczy krem do stóp ManFoot), jednak mail z linkiem prawdopodobnie przepadł mi, gdy oznaczałam sporą ilość maili od Shiny jako spam. Uważam, że za bardzo atakują maila promocjami, informacjami o pudełeczkach, więc w tym momencie czuję się zawiedziona. Póki co przesyt kosmetyków i chęć wybierania ich samodzielnie sprawia, że tymczasowo rezygnuję z subskrypcji. Niewykluczone, że do niej powrócę lub będę zamawiać pudełeczka okazjonalnie po ujawnieniu zawartości.



Subskrybujecie jakieś pudełeczka czy zamawiacie okazyjnie?
Co sądzicie o zawartości pudełeczka Loveliness by Shinybox?

* To nie jest żadna reklama, ale jeśli chcecie poznać menu Pizza Hut to festiwal pizzy jest doskonałą okazją na wypróbowanie różnych smaków. Dzięki tej promocji wytypowałam swoich ulubieńców. 
• Hialu Pure • Serum z kwasem hialuronowym 3%

• Hialu Pure • Serum z kwasem hialuronowym 3%

Wraz z wiekiem (oraz milionem innych czynników!) zmieniają się potrzeby skóry. Jedną, pewną stałą jest oczywiście potrzeba nawilżenia. Nawilżona skóra odwdzięczy nam się nie tylko ładnym wyglądem w i bez makijażu, więc warto ją pielęgnować. Jako kobieta ciekawska świata kosmetyków co jakiś czas zmieniam produkty, szukam tych najlepszych. Najlepszych dla mnie i mojej cery. Tym razem w moje ręce trafiło serum z kwasem hialuronowym 3% Hialu Pure, o którym chciałabym Wam napisać dzisiaj kilka słów.

Hialu Pure to serum z kwasem hialuronowym w formie żelu. Jest produktem o najwyższej jakości. Stosowany na skórę poprawia nawodnienie skóry właściwej przyczyniając się do poprawy jej elastyczności i sprężystości. Skóra staje się bardziej nawilżona i odżywiona. Regularne stosowanie opóźnia procesy starzenia, a skóra odzyskuje naturalną jędrność i blask. Stosowanie serum jako podkład pod krem nawilżający powoduje lepsze wchłanianie substancji odżywczych z kremu. Stosowany pod oczy daje efekt chłodzący i uczucie świeżości. • Ingredients: Aqua, Hyaluronic Acid, Gluconolactone, Sodium Benzoate


Serum z kwasem hialuronowym trafiło do mnie poprzez wrześniowe pudełeczko Shinybox. Od strony wizualnej od razu mnie zainteresowało i szybko trafiło do użycia. Moją uwagę zwróciła szklana buteleczka z wygodną pipetą, która pozwala bezproblemowo aplikować serum w formie gęstego żelu. Pipeta pozwala na precyzyjne naniesienie kosmetyku w wybrane miejsce na twarzy bez niepotrzebnego kontaktu dłoni z preparatem pozostającym w buteleczce.

W moim odczuciu serum ma silne właściwości nawilżające. Początkowo gdy nie mogłam się przyzwyczaić do nakładania kosmetyku o takiej konsystencji nawilżone było.. wszystko. Moja cera i skóra wręcz piła kosmetyk. Serum nie było ciężkie - po jego nałożeniu czułam, że moja twarz jest świeża i lekka mimo nałożonych kosmetyków. Samodzielnie zastosowane serum odżywiało cerę i pozostawiało ją wygładzoną, przyjemnie miękką o nieco satynowym odczuciu pod palcami. Nawet urywając pielęgnację cery na tym etapie była świetnie przygotowana pod makijaż. Serum stanowiło dobrą bazę, która trzymała w ryzach nałożony podkład czy puder. Serum stosowane pod krem wzmagało jego działanie. Dzięki niemu moja cera wyciągnęła ze słabego co najlepsze, a nawet ulubieniec we współpracy z Hialu pure zaskoczył mnie mocniejszym działaniem.

Produkt występuje w trzech wariantach - ich składy różnią się jedynie stężeniem kwasu hialuronowego. Producent sugeruje, że odpowiednia wartość stężenia jest terapią przeciwzmarszczkową dla różnych grup wiekowych. 1% przeznaczony jest do pielęgnacji cery 25+, 3%, które stosowałam do cery 35+ oraz najsilniejsze 5% dla wieku 45+. Przedział cenowy na stronie producenta to od niespełna 10 zł do 22 zł za 10 ml lub 22 - 33 zł za 30 ml - cenę oczywiście dyktuje wartość stężenia kwasu hialuronowego. Przyznam szczerze, że pisząc teraz ten wpis już byłam bliska wrzucenia kolejnej buteleczki tego produktu do koszyka, gdyż na tyle mi się on spodobał.. jednak powstrzymały mnie kosmetyczne zapasy. Z pewnością jednak zdecyduję się na niego w okresie wakacyjnym, aby i wtedy sprawdzić jego możliwości, a przede wszystkim zabrać sprawdzony kosmetyk na urlopowy wyjazd.


Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger