Zielona herbata: żel do mycia twarzy, mgiełka do ciała, krem do rąk

Zielona herbata: żel do mycia twarzy, mgiełka do ciała, krem do rąk

Wczorajszy dzień był tak piękny, słoneczny i ciepły, że miałam okazję pospacerować w samym sweterku po mieście. Wrzucałam Wam na snapa nawet kilka zdjęć znad Narwi - piękne widoki, koniecznie musicie się tam wybrać, gdybyście już zwiedzali np pobliską Twierdzę Modlin. Piękna pogoda zobowiązuje - nawet w pielęgnacji poczułam wiosnę i zaczęłam używać kosmetyków o lżejszej konsystencji i zapachu. Obecnie mam 3 kosmetyki o zapachu zielonej herbaty, chcecie się dowiedzieć jakie?
 
Jako pierwszy zakupiłam krem do rąk Yope. Wypatrzyłam go w Home&you, a za sprawą dziewczyn, z którymi pracowałam udało mi się kupić go w niższej cenie. Szczerze jednak przyznam, że zapłaciłabym za niego nawet pełną cenę ok 30 zł / 100 g. Jest mega wydajny, świetnie nawilża dłonie, pozostawia je gładkie oraz zregenerowane, a także pięknie pachnie - tak świeżo i wiosennie. Dużym plusem jest fakt, że nie zawiera: olei mineralnych, PEG-ów, silikonów, natomiast może pochwalić się dość naturalnym składem. Patrząc na inci widzimy ekstrakty z mięty i zielonej herbaty, masło shea oraz olej kokosowy i arganowy. Zauważyłam, że marka Yope bardzo ciekawie się rozwija - zaczęło się od mydeł, a teraz w ofercie są również balsamy, kremy i środki chemiczne, a także powiększa się ilość dostępnych wersji zapachowych. Koniecznie przyjrzyjcie się tej marce.

Niegdyś bardzo lubiłam mgiełki zapachowe z Avonu. Uwielbiałam zwłaszcza wersję fiołek z liczi - ciekawe połączenie kwiatowo-owocowe, jednak od pewnego czasu niestety nie widzę go w ofercie. Cóż, czasem wycofują pewne kompozycje by zastąpić je innymi. W ofercie pojawiły się m.in. woda kokosowa i karambola oraz zielona herbata i werbena. Brzmiało świetnie - zarówno herbatę jak i werbenę lubię, więc bez zastanowienia się na nią zdecydowałam. Cóż, niestety zapach nie jest trwały oraz nie do końca odpowiada moim wyobrażeniom. Szkoda, bo zapowiadało się nieźle, a w katalogu nie było możliwości poznania zapachu. Na szczęście cena jest śmiesznie niska - w promocji nawet koło 5 zł za 100 ml.

Ostatnim kosmetykiem jest żel do mycia twarzy Green Pharmacy. Trafił do mnie jako chyba pierwszy kosmetyk tej marki, choć fala wzmożonego zainteresowania marką już dawno ustała. Wzięłam go jako kolejnego zawodnika w kategorii oczyszczanie twarzy. Cena nie wysoka - niecałe 8 zł za 270 ml, a kosmetyk dość przyjemny. Dobrze oczyszcza, łagodzi podrażnienia i nie wysusza cery, choć czasem zdarzy się dzień, że czuję lekkie napięcie, jednak krem do twarzy wystarczy, aby było po sprawie. Skład może nie jest idealny, ale jest przyzwoity - znajdziemy w nim alantoinę, pantenol, ekstrakt z zielonej herbaty, glicerynę oraz hydrolizat protein pszenicy. Dla mojej mieszanej cery jest bezpieczny, a i jak w temacie: pachnie zieloną herbatą i to całkiem ładnie.

Znacie któryś z tych kosmetyków? A może polecicie inny, który pachnie zieloną herbatą?
Zadbaj o usta na wiosnę: pomadka z peelingiem Sylveco

Zadbaj o usta na wiosnę: pomadka z peelingiem Sylveco

Wybaczcie mi ostatnią ciszę na blogu - zmienna pogoda nie sprzyjała mojemu samopoczuciu, a nadmiar pracy w niczym nie pomagał. Jednak w ostatnich dniach słoneczko coraz śmielej wygląda zza chmur, co sprawia, że aż chce się żyć (i dobrze wyglądać!). Wczoraj z chłopakiem przebiegliśmy pierwsze 2 km w sezonie oraz trochę pospacerowaliśmy. Urodowo natomiast wdrażam program przygotowania ciała do wiosny i lata. Jednym z planów jest oczywiście złuszczanie martwego naskórka - dzisiaj przedstawię Wam popularną pomadkę z peelingiem Sylveco moim okiem. Peelingi uwielbiam i dalej się zastanawiam, dlaczego tak długo zajęło mi kupienie jej. A może chcielibyście zbiorczy post o peelinagch, które aktualnie goszczą w mojej łazience? 

Pomadka z peelingiem od dawna chodziła m po głowie - spisywałam ją w swoich wishlistach, pamiętałam podczas wyjść na zakupy, ale ostatecznie zawsze pamięć o niej jakoś mi umykała. Kusiły mnie przede wszystkim opinie o niej oraz formuła kosmetyku 2w1 - pomadka i peeling zarazem. Co do opakowania wydawało mi się proste, może nawet trochę tandetne - ot jak tanie pomadki z Rossmanna za kilka złotych. Cena ok 10 zł za pomadkę 4,5 g - ni to dużo, ni mało. Trzeba było wypróbować, aby mieć się do czego odnieść.

Ponad miesiąc użytkowania daje mi pewien obraz na jej temat. Świetnie się sprawa w swojej podwójnej roli - jako cukrowy peeling oraz bogata w oleje, wosk i masła odżywcza pomadka. Sprawdzi się o każdej porze roku - zarówno teraz przygotowując usta do pastelowych kolorów szminek jak i zimą jako ciągła ochrona i pielęgnacja ust. Kilkukrotne używanie pomadki daje pierwsze efekty - usunięcie suchych skórek na ustach, które najczęściej tworzą się na samym środku dolnej wargi psując cały makijaż ust, a także wygładzenie ust. Długotrwałe używanie nadaje im jeszcze dodatkowej miękkości i wdzięku, bowiem pozostawia je nawilżone i zadbane. Ponadto pomadka ma oryginalny zapach, który osobiście kojarzy mi się z woskiem pszczelim oraz nutą olejów, natomiast w smaku jest słodka i bezpieczna dla osób, które lubią oblizywać usta.
Pssst, opakowanie, którego jakości się obawiałam przeżyło kilka upadków oraz walanie się po kobiecej torebce bez uszczerbku na zdrowiu - a to dobry znak ;) 

Kto zna ten kosmetyk i jest jego fanem tak jak ja? 
Rainy day

Rainy day

W ostatnich dniach mieliśmy prawdziwe popisy pani wiosny. Dzisiaj niestety pogoda nie dopisuje - od rana przewlekle pada deszcz, jednak mimo wszystko w powietrzu czuć już zmianę pór roku. Świeże powietrze, powoli zieleniąca się trawa i dodatnie temperatury. Z wiosną kojarzy mi się również odświeżanie ubrań w szafie - mam na myśli pranie niczym w reklamach proszków. I właśnie o takim zapachu dzisiaj będzie mowa. Wszystko to zawiera w sobie Kringle Candle Rainy day.

Rainy day to moja pierwsza duża świeca zapachowa, która przekonała mnie, że warto w nie od czasu do czasu zainwestować. Nie jestem maniakiem, nie wydaję pół wypłaty na świece. Wciąż na pierwszy ogień idą u mnie woski z Goodies, aby sprawdzić czy zapach mnie nie rozczaruje. Świecę mam od dawna - stąd jeszcze stara etykieta - na nowej jest zbliżenie parasola i brakuje kaloszy. Trafiła mi się na loterii na jednym z blogowych spotkań. Pierwotnie przebywała u mojego faceta, jednak on rzadko ją palił, ponieważ powodowała u niego ból głowy, więc postanowiłam się nią zaopiekować. 

Początkowo na sucho raczej słabo ją wyczuwałam, jednak w czasie palenia się co nieco zmieniło. Rozpalona zyskuje na mocy w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zapach rozchodzący się po pomieszczeniu jest bardzo świeży, tak jak oczyszczone przez deszcz powietrze. Może nie jest to zroszona trawa jak obiecuje producent, ale dla mnie to taki zapach prania - proszek, płyn do płukania i wywieszone na dwór wyciągnięte z pralki ubrania. Ba, u mojego taty wpadło podobne skojarzenie. W dniu, kiedy mama zrobiła pranie, a on wrócił z pracy był przekonany, że został użyty nowy płyn do płukania, a była to świeca, która rozniosła swój aromat na cały dom.

Znacie ten zapach?
Super słodki peeling Delawell: kokos & trawa cytrynowa

Super słodki peeling Delawell: kokos & trawa cytrynowa

Peelingi to chyba kosmetyki, po które sięgam najczęściej i najchętniej je zużywam. To część pielęgnacji, do której nie trzeba mnie namawiać. Te, które mam w swoich kosmetycznych zbiorach to nie tylko moje zakupy, ale również trafiają do mnie z na przykład beauty boxów. Dzisiejszy bohater wpisu trafił mi się w listopadowym shinyboxie, który powstał we współpracy ze sklepem Pewex. Bardzo cieszę się, że los chciał, abym w pudełeczku znalazła akurat peeling, a nie smarowidło do ciała - w stosunku do tych drugich stałam się ostatnio bardzo wybredna. Choć oczekiwanie wobec peelingów też zakreśliłam, to peeling Delawell z serii sweet & natural o zapachu kokosa i trawy cytrynowej okazał się być przyjemniaczkiem!

Co w nim urzeka?

Mnóstwo kosmetyków o rzekomo kokosowym zapachu zdaje się jakby nigdy koło kokosa się nie znajdowało. Sztuczny, chemiczny i przesłodzony zapach odrzuca na kilometr. Choć niektórym markom się udaje, to jednak przeważająca większość sobie z tym nie radzi, aby wiernie oddać jego woń. Tutaj Delawell się popisało: słodkiego, naturalnego kokosa przełamało świeżym zapachem trawy cytrynowej. Powoli dochodzę do wniosku, że taka kompozycja staje się moją ulubioną. Tutaj zapach pozwolił mi przypomnieć sobie kosmetyki naszych koleżanek z blogosfery - Craft'n'beauty. Miałam właśnie balsam do ciała i peeling o identycznym zapachu, równie pięknym. 

Nie wszystko złoto...?

Podobno nie ma rzeczy idealnych, jednak ten kosmetyk naprawdę świetnie się sprawuje. Po pierwsze peeling nie zawiera parafiny (więc już wielkie brawa dla niego!), lecz  bazuje na glicerynie, która jest wzbogacona mnóstwem olejków. Dzięki temu po użyciu nie mamy oblepionej skóry, choć wyczuwalne jest nawilżenie poprzez olejki. Drugi zachwyt to złuszczające drobiny. Nie znajdziemy tu gruboziarnistego cukru, choć na słodycz wskazuje nazwa serii, lecz drobiny bambusa oraz puder ze zmielonych pestek moreli. Czyż nie pięknie jak na drogeryjny peeling? Możecie go dostać w Hebe w cenie do 40 zł / 200 ml. Na nowym egzemplarzu powinno znajdować się sreberko, które ma zabezpieczać przed wścibskimi łapkami w drogerii. Samo opakowanie w postaci tuby jest również wygodne w użyciu, choć bardziej ucieszyłby mnie zatrzask niż zakrętka. Co jest w nim minusem? Wygląd. No cóż, nie przedstawię Wam zdjęcia konsystencji, ponieważ wygląda jak.. ekhm, no właśnie. Na każdym zdjęciu wygląda niezbyt korzystnie ;)

Składniki INCI
Glycerin, Caprylic/Capric Triglyceride, Makadamia Ternifolia Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Bambusa Arundinacea Stem Powder, Prunus Armeniaca (Apricot) Seed Powder, Sucrose Palmitate, Argania Spinosa Kernel Oil, Adansonia Digitata Seed Oil, Parfum, Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Citral, Linalool.

Podsumowując całkiem dobry peeling o przyzwoitym składzie (oleje, pudry), który nie zostawia oblepiającej warstewki, lecz piękny zapach po użyciu. Wiem, że w sprzedaży jest również wersja pomarańczowa i imbirowo-waniliowa. Psst, na stronie producenta w dziale wyprzedaż możecie znaleźć przyjemniaczka za mniej niż 50% wartości ze względu na krótki okres przydatności - może warto się skusić, aby go wypróbować? ;)
Sea air

Sea air

Dzisiaj przychodzę do Was z opinią na temat wosku z najnowszej kolekcji Yankee Candle Coastal living, a mianowicie Sea air. Kolekcja mocno przyciągnęła moją uwagę, ponieważ uwielbiam pobyty nad morzem o każdej porze roku. Kocham świeże powietrze płynące znad wody, uspokajające mnie kołysanie fal oraz lekkość, której doświadczam tam siedząc na plaży i nie myśląc o niczym, odprężając się. Wobec wosku miałam oczekiwania, aby dał świeżość taką jak morska bryza i co nieco przypomniał mi o wakacjach. Jak się sprawdził?

Wosk zamówiłam zaraz po premierze na stronie Goodies. Mała tarta kosztowała 9 zł, a ja liczyłam na świeży zapach. Pierwsze powąchanie na sucho skierowało moje myśli w kierunku.. płynu do płukania ubrań. Wosk faktycznie pachnie odświeżająco, ale w kierunku prania. Mój facet był zaskoczony i jednocześnie nastawiał się na średni zapach. Po odpaleniu jednak jestem zadowolona. Zapach rozchodzący się po pokoju działa odświeżająco - super sprawa, zwłaszcza patrząc na fakt, że wiosenne porządki są za pasem, choć kolekcja bardziej kojarzy się z edycją wakacyjną. Zapach wyczuwalny bliżej kominka jednak daje delikatną woń kwiatów, co sprawia, że nie jest jednopoziomowy. Jestem na tak - teraz chcę świecę i środki do prania ubrań o identycznym zapachu. 

Czy znacie podobne nuty zapachowe w woskach/świecach i coś mi polecicie? :)
Star anise & orange

Star anise & orange

Czas około zimowy zawsze kojarzył mi się z apogeum palenia wosków w kominku. Tej zimy jednak całkowicie oddałam się świecom - zwłaszcza mojemu Greyowi, którego dostałam od ukochanego na święta. Towarzystwa dotrzymywała mu Candy Cane Lane, jednak mocno ciekawił mnie również wosk Star anise & orange. Jak się sprawdził najbardziej wyczekiwany w zeszłym roku przeze mnie wosk?
Mój entuzjazm co do wosku ostudziła koleżanka i ukochany. Według nich pachnie lekami, tabletkami na gardło, jednak mnie ta mieszanka zaciekawiła. Na sucho aromat był bardzo mocny, a także kwaśny, a ja mimo to nie czułam się odstraszona. Po rozpaleniu wosk okazuje się równie mocny i niestety nie jest w nim wyczuwalna pyszna, soczysta pomarańczka - chyba, że mówimy o bardzo odległym tle. Cały zapach został zdominowany przez anyż - dla miłośników tej woni będzie świetny! Wosk możecie zamówić na Goodies :)
Jakich zapachów unikacie, a jakie powodują u Was szybsze bicie serca? :)
Propozycje prezentów na dzień kobiet - perfumy, które mogłabym mieć

Propozycje prezentów na dzień kobiet - perfumy, które mogłabym mieć

Zapach to element, który w dużej mierze nas opisuje. Zawsze zachwycałam się tym, że na podstawie upodobanych zapachów można określić czyjś charakter czy temperament. Największą magię jednak widzę w tym, że ukochany potrafi wybrać mi perfumy z gamy tych, których jeszcze nie wąchałam, a one trafiają w moje upodobania. Dzisiaj chciałabym zaproponować Wam kilka zapachów, które spodobały mi się i chciałabym je posiadać. Moim zdaniem są dość zróżnicowane, więc mogą być inspiracją na prezent z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet. Perfumy na cały rok zamiast pachnących kwiatów, co Wy na to?

Zdjęcia pochodzą ze strony perfumeria.pl

Calvin Klein nie powinien być zaskoczeniem dla czytelników mojego bloga - uwielbiam tą markę. Wydaje mi się, że jako kolejny flakonik najchętniej przyjęłabym Eternity Now. Chloe natomiast pierwszy raz trafiła do mnie jako próbka... której nie chciałam nawet przetestować. Stopniowo jednak zaczął uwodzić mnie jej zapach oraz uroczy flakonik przewiązany wstążką.
Skoro jesteśmy już przy uroczych flakonikach, to takim mianem został okrzyknięty zapach Good Girl Caroliny Harrery. Nie wiedziałam o co ten cały szum - wszak kształt buteleczki nie spowodował u mnie szybszego bicia serca, jednak zapach zrobił już swoje. Gdy odkryłam, że nuta kawy zaczęła podobać mi się w perfumach sięgnęłam po Black Opium Yves Saint Laurent, który kiedyś nie przyciągał mnie zapachem. Obecnie mogę stwierdzić, że do niego 'dojrzałam'. Cóż, pamiętajmy, że gust nieustannie nam się zmienia - ciekawe co będzie za jakiś czas?
Na koniec mój konik, czyli rześkie, świeże zapachy. Do nich należy słynne jabłuszko Be Delicious DKNY, które daje powera do działania otulając kwiatowo-owocowym zapachem. Podobnie jest w przypadku iście wiosennego flakoniku od Marca Jacobsa Daisy dream. Śliczny flakonik skrywa lekki, ale kobiecy zapach, który skradł me serducho.
Zdjęcia pochodzą ze strony perfumeria.pl


Wymienione pozycje, jak i wiele wiele więcej znajdziecie w internetowym sklepie perfumeria.pl. Osobiście jestem zachwycona ogromem flakoników do wyboru, ale żałuję, że nie można ich powąchać przez monitor, bo to z pewnością ułatwiłoby wybór odpowiednich perfum. A Wy jak wybieracie zapachy dla siebie?
Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger