Beachwood

Beachwood

Dzisiaj witam Was znad polskiego morza. To właśnie jedna z tych niespodzianek w nowym roku - wczoraj byłam na szkoleniu w Gdańsku, a dwa kolejne dni spędzamy wraz z chłopakiem w zimowym Władysławowie oraz na Helu. Uwielbiam morze o każdej porze roku, a teraz panuje tutaj taka cisza i spokój. Puste plaże, śnieg, szum morza i świeże powietrze. Tuż przed wyjazdem nastawiałam się paląc daylight Kringle Candle Beachwood.

Beachwood jest dostępny na Goodies w postaci wosku, małej świeczki takiej jak ta oraz dużej dwuknotowej świecy. Na początek zdecydowałam się na mały rozmiar, ale zapach mi się spodobał, toteż może w przyszłości skuszę się na świecę. Podczas palenia świeczka emanuje świeżością morskiej bryzy i kwiatów przełamanej słodyczą mleczka kokosowego. Są to nuty zapachowe, które bardzo lubię - chętnie testuję kolejne zapachy, które nazwą nawiązują do morza lub plaży, a jednocześnie cenię sobie słodkie, jedzeniowe zapachy. Czy Wy również lubicie takie zapachy?

Czy znacie jeszcze jakieś morskie zapachy, które moglibyście mi polecić?
Rytuał melonowy Organique

Rytuał melonowy Organique

Witam Was w nowym tygodniu, który rozpoczynam dniem wolnym od pracy.  Pierwsze zatem co robię jest napisanie dla Was nowego posta - pokażę Wam mega zestaw kosmetyków, więc zostańcie ze mną. Wpis miał się ukazać w weekend, jednak sobotni wypad do Wrocławia i pracująca niedziela dały mi w kość i zmęczenie wzięło górę. Także teraz się uwijam i już Wam opisuję kosmetyki z melonowego rytuału pielęgnacyjnego Organique.

Zestaw pokazywałam Wam tuż po zakupie, czyli w okolicach września, jednak chrapkę na niego miałam już od dłuższego czasu. Dostępne dla klienta testery w sklepie skusiły mnie zapachem, a przemiłe konsultantki z Łomianek uraczyły mnie próbkami masek do twarzy całej kolekcji. W domu na spokojnie przetestowałam każdy wariant zapachowy i w ten sposób najbardziej kusząca mnie herbata została wyeliminowana przez melona, który pobił również ananasa i porzeczkę. Jak to człowiek może być w błędzie dopóki nie wypróbuje czegoś na własnej skórze ;)

Wybrany przeze mnie rytuał trafił do koszyka. W skład serii wchodzi maska do twarzy (44,90zł / 100ml), mus do ciała (54,90zł / 200ml) oraz żel pod prysznic z peelingującymi drobinkami (41,90zł / 250 ml). Kosmetyki mieszczą się w przedziale cenowym do 150 zł, warto jednak założyć kartę lojalnościową i zebrać punkty za zakupy, a także później cieszyć się urodzinowym kuponem rabatowym czy też informacjami o ofertach specjalnych np wieczór naturalnego piękna.

Maska do twarzy była moją pierwszą pokusą. Maseczka nie na raz - całkiem spory słoiczek typowy dla marki Organique zapewnia wiele aplikacji produktu. Może nie jest to higieniczne opakowanie, ale mi to nie przeszkadza. Przynajmniej będę miała szansę zużyć je do końca. Sama maseczka ma lekką, nieco żelowa konsystencję, która przyjemnie rozprowadza się po twarzy i nie wysycha na wiór jak niektóre maseczki. Maseczka została określona jako ujędrniająca, jednakże jej bogaty skład działa na wielu płaszczyznach. Nadmienione zostały olej z pestek winogron, witamina E, kwas fitowy oraz ekstrakt z melona. Podczas jej używania dopatrzyłam się obiecywanego nawilżenia, ujędrnienia, a także załagodzenia zmian na cerze oraz odżywienie i regenerację. Cenię w niej również zapach, który pieści moje nozdrza świeżym, choć nie mocno słodkim zapachem melona. Producent wskazuje, że maseczkę można po 20 minutach zmyć lub przetrzeć nadmiar wacikiem, jednak ja na ogół ją zmywam - traktuję ją jako przygotowanie pod dalsze zabiegi pielęgnacyjne.

Skład:
AQUA, GLYCERIN, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDES, TRIBEHENIN, SODIUM POLYACRYLATE, ISOTRIDECYL ISONONANOATE, TRIDECETH-6, COCUMIS MELO FRUIT EXTRACT, TOCOPHERYL ACETATE, VITIS VINIFERA (GRAPE) SEED OIL, OLUS (VEGETABLE) OIL, TOCOPHEROL, PHYTIC ACID, SODIUM CITRATE, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE, DEHYDROACETIC ACID, BENZYL ALCOHOL, PARFUM, D-LIMONENE, SODIUM HYDROXIDE, LACTOSE, MICROCRYSTALLINE CELLULOSE, CI 77007, CI 73360, CI 77891, CI 16185

Kolejną zachcianką był mus do ciała. Nie raz już wspominałam Wam, że jestem balsamowym leniuszkiem. Zawsze szukam dla siebie najwygodniejszych rozwiązań - lekka konsystencja i brak oblepienia ciała, a zarazem niezłe nawilżenie w szybkim czasie wchłaniania i przyjemny zapach. Niewiele produktów jest w stanie zagwarantować mi taki zestaw, jednak ten produkt się z tego stara wywiązać. W porze letniej spełnia wszystkie moje oczekiwania - skóra jest nawilżona, wygładzona, zregenerowana, a przy czym balsam nie spływa ze mnie. Ba, wręcz przeciwnie - czuję się świeżo i lekko! Ponadto cieszę się rześkim, owocowym zapachem. W ostatnim czasie, kiedy zaatakowała nas zima potrzebuję nieco mocniejszego nawilżenia. Jestem jednak pewna, że od wiosny powrócę do tego musu z wielką przyjemnością. P.S. Uwielbiam balsamy do ciała w słoiczkach, więc ten zyskuje u mnie duży plus.

Skład:
AQUA, GLYCERIN, ETHYLHEXYL COCOATE, GLYCERYL STEARATE SE, COCUMIS MELO FRUIT EXTRACT, BUTYROSPERMUM PARKII (SHEA) BUTTER, PHYTIC ACID, SODIUM CITRATE, HYDROXYETHYL ACRYLATE, SODIUM ACRYLOYLDIMETHYLTAURATE COPOLYMER, SORBITAN ISOSTEARATE, POLYSORBATE 60, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE, PHENOXYETHANOL, ETHYLHEXYLGLYCERIN, SODIUM HYDROXIDE, PARFUM, D-LIMONENE, LACTOSE, MICROCRYSTALLINE CELLULOSE, TOCOPHERYL ACETATE, CI 77007, CI 73360, CI 77891, CI 16185

Żel pod prysznic nie był pierwszą potrzebą. Co do nich zawsze mam oczekiwanie, aby nie wysuszał skóry i nie kosztował dużo. A ten niestety do najtańszych nie należy. Namówiła mnie do niego konsultantka Dominika - w sumie można się czasem rozpieścić. Szybko dostrzegłam jego plusy - galaretowata konsystencja gładko sunie po ciele delikatnie się pieniąc i oczyszczając skórę, a drobinki przyjemnie miziają złuszczając martwy naskórek i poprawiając ukrwienie ciała. Całej kąpieli towarzyszy oczywiście rześki zapach melona. W przypadku tego produktu mamy również bogaty skład (drobinki czerwonych alg wapiennych, kwas mlekowy i fitowy oraz ekstrakt melona). Jeśli chodzi o wady to dopatrzyłam się jednej - kosmetyk lubi zaschnąć w ujściu otwarcia typu press, jednak łatwo go przetkać poprzez mocniejsze naciśnięcie buteleczki i dozowanie produktu lub wykałaczką. Początkowo również należy wyczuć dozowanie produktu, ponieważ konsystencja wręcz wystrzeliwuje z opakowania.
Skład:
AQUA, COCOAMIDOPROPYL BETAINE, LITHOTHAMNIUM CALCAREUM POWDER, GLYCERIN, COCUMIS MELO FRUIT EXTRACT, TOCOPHERYL ACETATE, PHYTIC ACID, SODIUM CITRATE, XANTHAN GUM, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE, DEHYDROACETIC ACID, BENZYL ALCOHOL, SODIUM HYDROXIDE, PARFUM, D-LIMONENE, LACTIC ACID, LACTOSE, MICROCRYSTALLINE CELLULOSE, CI 77007, CI 73360, CI 77891, CI 16185

Rytuał melonowy Organique bardzo pozytywnie zaskoczył mnie tym, jak się dopełnia. Maseczkę mogę nałożyć na czas kąpieli w wannie, gdzie użyję również żelu, a po wyjściu całą pielęgnację dopełnię musem do ciała. Wyczuwam tutaj kompatybilność zarówno zapachową jak i pielęgnacyjną. Kto się ze mną zgodzi? Czy Wy również sięgacie po produkty pielęgnacyjne z tej samej linii czy lubicie eksperymentować z łączeniem?
Red raspberry [car vent clip]

Red raspberry [car vent clip]

Kolejny mroźny dzień przed nami. Wstałam wcześniej, piszę dla Was posta, a zaraz muszę zbierać się do pracy. Dobrze, że w samochodzie czeka na mnie słodki zapach malin, który nie pozwala mi zapomnieć o cieplejszej porze roku jaką jest lato :)
Jakiś czas temu, jeszcze w zeszłym roku Yankee Candle wprowadziło do sprzedaży kolejny model odświeżaczy samochodowych, który jest dostępny na Goodies. Model opiera się na wkładaniu go w kratki wentylacyjne, jednak nieco inaczej niż w przypadku car vent sticków - tam część emitująca zapach znajdowała się na pałeczkach umieszczonych w kratce. W tym przypadku zapach mieści się w klipsie, który znajduje się przed kratką. Delikatnie pachnie przez cały czas, natomiast napływ ciepłego powietrza stymuluje wzmaganie zapachu. Klips jest wyposażony w przesuwaną z tyłu blokadkę, która ogranicza pole nawiewu na wypełnioną zapachem saszetkę, aby oddawała mniej zapachu. Pierwsze skojarzenie z taką formą to Bath & Body Worsk, jednak tam saszetka jest częścią wymienną. Technicznie to by było tyle.

Wybrany przeze mnie zapach Red Raspberry to nic innego jak dojrzałe maliny. Początkowo chłopak nie był zadowolony z założonego zapachu, ale szybko przyjął do wiadomości, że zapach jest przyjemny i odświeża niwelując nieładne wonie. W zależności od poziomu ciepła w samochodzie czuć go bardziej. Czytając opinie przed zakupem miałam nieco wątpliwości, ale stwierdziłam raz kozie śmierć - nie spróbowałam wosku, to przetestuję zapach w ten sposób. Teraz mogę zgodzić się z opiniami, że w zapachu brakuje kwaskowatości tych owoców. Jednak zapach sam w sobie jest miły - słodki, niczym domowy sok malinowy czy przetwory w formie dżemów. Mimo wszystko bardzo mi się podoba. 

A Tobie czym pachnie w samochodzie?

Zwykły niezwykły, czyli czemu szampon Balea robi furorę?

Zwykły niezwykły, czyli czemu szampon Balea robi furorę?

Witajcie w ten mroźny poranek. Jadąc samochodem w radio już nasłuchałam się o nietypowych sposobach na przeżycie mrozów, po drodze widziałam opatulonych spacerowiczów z psami i ciepło myślałam o moim podwórkowym psisku, który ostatnio grzeje się w domu. Tak jest Kochani, zima na dobre się u nas rozgościła. Pamiętajcie o kilku ważnych rzeczach - aby się ciepło ubierać, wypić ciepłą herbatę, czy nie myć włosów przed samym wyjściem na dwór. A skoro już jesteśmy przy myciu włosów...
W moim domu to zazwyczaj jest tak, że albo stoi cały szereg szamponów, nie wiem za który się łapać i testować, a później stoi jedna buteleczka - trzeba iść na zakupy i koło się zatacza. Zazdroszczę trochę dziewczynom, które mają DM pod nosem. Gdybym miała tak dobrze, to chyba kupiłabym sobie szampon Balea na każdy dzień tygodnia - przynajmniej przez jakiś czas sytuacja wyglądałaby na opanowaną. Czemu sięgnęłabym po te właśnie szampony?

Cena i wydajność
Kosztuje grosze, więc nie jest to wydatek obciążający portfel. Dodając do tego całkiem niezłą wydajność mamy ciekawy produkt, który warto wypróbować. Patrząc po zadowolonych konsumentach taki mały luksus za grosze - niemiecka chemia, a więc kusi nas to, co niedostępne.

Zapachy i działanie
Mają wspaniałe zapachy - przynajmniej w tej serii, którą w zasadzie nie wiem jak określić. Miałam już kilka z nich - widoczny na zdjęciu jaśmin i paczulę, mango czy wiśnię, a sporo jeszcze do wypróbowania przede mną. Oczywiście każdy z nich ma swoje przeznaczenie - codzienny, dodający objętości, chroniący kolor włosów farbowanych, nawilżający, także każdy znajdzie coś dla siebie i swoich potrzeb.

Opakowanie i konsystencja
Buteleczka jest typowa dla serii tych szamponów i rozpoznawalna przez pewnie każdą blogerkę, przy czym bardzo wygodna w użytku. Nigdy nie wyśliznęła mi się z rąk ani nie stawiała oporu, kiedy szampon dobijał dna. Konsystencja szamponu jest w porządku - nie za gęsta, ale też nie lejąca.
Jak jest w przypadku szamponu dodającego objętości paczula i jaśmin?
Ma perłowy kolor i może nieco dziwny, ale intrygujący zapach. Dobrze się pieni i rozprowadza na włosach. Produkt dobrze oczyszcza włosy na poziomie codziennym. Pozostawia je czyste, świeże i uniesione u nasady. Buteleczka była wydajna, a w dodatku utrzymana w schludnej i ładnej kolorystyce z seryjną grafiką zmienioną delikatnie pod daną wersję zapachową.

Używasz kosmetyków marki Balea?
Znasz ten szampon?
Może polecisz mi kolejny? :)
Ulubieńcy grudnia

Ulubieńcy grudnia

Witajcie Kochani w nowym roku! Wybaczcie mi ponad tydzień ciszy na blogu i w social, jednak nawał pracy i choroba mnie zagięły. Dzisiaj już czuję się nieco lepiej i od razu biorę się za pisanie posta. Mam nadzieję, że szybko wydobrzeję tak do końca, bo plany na ten miesiąc są zacne. Póki co nie będę Wam ich zdradzać - odkryję je przed Wami w swoim czasie. Dzisiaj zachęcam do przeglądu moich ulubieńców miesiąca - ma się rozumieć grudnia :)

Skoro grudzień to powrót do zapachu, który w zeszłym roku uwiódł mnie pod postacią wosku - recenzja KLIK. Mowa oczywiście o Candy Cane Lane. Wosk spodobał mi się na tyle, że postanowiłam kupić świecę - wprawdzie małą, ale wiecie jak to jest z wydatkami świątecznymi. Wciąż jestem nią oczarowana - połączenie mięty ze słodkościami jest tak idealnie wyważone jak smak czekoladek After Eight. Etykieta niezmiennie kojarzy mi się z baśniową chatką Baby Jagi, choć w tym roku jakoś też doszło mi porównanie do mega przystrojonych lampeczkami domów rodem z filmów Kevin sam w domu czy Wesołych Świąt. 

Przez cały grudzień na moich ustach gościła moja ulubiona pomadka w płynie Paese Silky matt. Piękny. głęboki kolor w macie, który nie podkreśla suchych skórek to świetna sprawa zwłaszcza w okresie, kiedy nasze usta są podatne na spierzchnięcie. Do pakietu dorzuciłam lakier tej samej marki w podobnym kolorze. Nosiłam (i wciąż to robię!) go na paznokciach u stóp. Dzięki takiemu kolorowi na paznokciach czuję się pewniejsza siebie i bardziej kobieca. 

Ostatnio moim hitem jest również paletka do stylizacji brwi Makeup Revolution. Świetnie się sprawdza do podkreślania i modelowania brwi. Pudry są dobrze dobrane kolorystycznie, wosk utrwala całość na długie godziny, pędzelek w zestawie nadaje się do pracy, a i pęseta jest całkiem nieźle wykonana. Pełna recenzja w TYM poście. Jedyne co mnie rozczarowało w ciągu ostatnich dni, to fakt, że kasetka mi się porysowała, a była praktycznie w nienaruszonym stanie..

Drugi zapach miesiąca to wosk Hot Chocolate Kringle Candle. W zasadzie to jaram się nim już od listopada, ale ostatnio poświęciłam mu więcej czasu. Dla takiego czekoladowego łasucha jak ja to świetna sprawa. Możecie go dorwać na Goodies podobnie jak świecę YC Candy Cane Lane czy MUR zestaw do brwi.

Na koniec dwufazowa nawilżająca odżywka w płynie ProSalon, którą udało mi się dorwać w promocji w Hebe tuż przed świętami. Bardzo ją lubię, ponieważ nie obciąża włosów, nawilża je oraz ułatwia rozczesywanie. Do tego ma bardzo wygodny aplikator sprayu.

To by było na tyle jeśli chodzi o moją topową szóstkę grudnia. Czy znacie któryś z tych kosmetyków lub zapachów? Po jakie produkty najczęściej Wy sięgaliście w grudniu? 

MUR zestaw do stylizacji brwi Medium dark

MUR zestaw do stylizacji brwi Medium dark

Moje brwi z natury są ciemne i gęste. Kiedyś bardzo mi to wadziło, ba nawet chciałam je sobie przerzedzić co skończyło się nie małym obciachem. W dobie popularności wyrazistej oprawy oczu na szczęście mogę spać spokojnie, choć ciekawość nakazywała przetestować jak sprawdziłby się u mnie zestaw do brwi. Wcześniej używałam cienia w kremie Maybelline Color tattoo, lecz ten powoli dobijał dna, a poza tym w ostatnim czasie zauważyłam, że zaczął nieco odbiegać od mojego naturalnego koloru. W czasie ostatniego zamówienia na Goodies sięgnęłam zatem po zestaw do brwi Makeup Revolution w wariancie Medium dark. Jak się sprawdził? 

Cały zestaw zamknięty jest w eleganckiej, czarnej kasetce opatrzonej złotymi napisami. Plastik, z którego została wykonana jest całkiem niezłej jakości - po miesiącu w toaletce i kosmetyczce nie widać śladów użytkowania. W środku mamy lusterko, 3 pudry, wosk, skośny pędzelek oraz pęsetę, czyli wszystko by wymodelować brwi. Dzięki takiemu zestawowi pozbędziemy się zbędnych włosków, wypełnimy brwi kolorem oraz ujarzmimy je. Pudry w tym zestawie są w trzech odcieniach: beż, średni oraz głęboki brąz.* Najczęściej używam tego środkowego, choć gdy mam dłuższą chwilę wykorzystuję po trochu każdy z nich. Najczęściej do aplikacji używam dołączonego pędzelka, który całkiem nieźle się sprawdza. Chyba jedyny minus, którego się teraz dopatruję, to fakt, że przy krótkich paznokciach jakie mam teraz nie najłatwiej wyjąć pędzelek, który jest umieszczony w jednej przegrodzie z pęsetą. Brakuje mi również szczoteczki do przeczesania brwi pod koniec stylizacji. Mimo wszystko zestaw jest bardzo porządny - pęseta dobrze łapie pojedyncze włoski, a cienie przy nakładaniu nie osypują się. Utrwalone woskiem są w stanie trzymać brwi w ryzach przez cały dzień. Przy cenie ok 12,50 zł (dostępny często w promocjach - obecnie -30%) uważam, że jest to zestaw godny polecenia.


Jakich kosmetyków używacie do stylizacji brwi?

* Makeup Revolution wypuścił również zestaw  Light Medium z jaśniejszymi odcieniami pudrów.
Lirene No mask

Lirene No mask

Święta, święta i po świętach. Cały świąteczny amok minął - wszak prezenty już rozdane a tradycyjne potrawy zjedzone. Sądzę jednak, że blogosfera będzie żyła świętami jeszcze chwilę. Sama dzisiaj chcę Wam napisać o podkładzie, którego użyłam do wykonania bożonarodzeniowego makijażu.

Lirene No mask to płynny podkład, który jest wymieszany z odżywczym serum. Pamiętam, że premiera kosmetyku zbiegła się z wiosenną edycją Meet Beauty, w której uczestniczyłam. Jako uczestniczka warsztatów makijażowych otrzymałam buteleczkę w odcieniu 01 jasny, którego używam od tamtego czasu (z małą przerwą na okres wakacji, kiedy był za jasny).

Podkład mieści się w szklanej buteleczce, której elegancja jest często porównywana do podkładu z wyższej półki Estee Lauder Double wear. Początkowo największym minusem jakiego się dopatrywałam był brak pompki w opakowaniu, jednak szybko się przyzwyczaiłam i wyczułam ilość potrzebną do pełnego pokrycia twarzy.
Podkład całkiem nieźle kryje, wygładza i wyrównuje koloryt skóry. Po chwili od zastygnięcia i przypudrowania nie jest wyczuwalny na twarzy i tak jak obiecuje producent nie tworzy efektu maski. Słyszałam podzielne opinie, że u niektórych mocno ciemnieje na twarzy, jednak u mnie robi to w granicach rozsądku - w każdym razie idealnie pasuje. Zawarte w nim serum sprawia, że gdy zaśpię i w pośpiechu robię makijaż ewentualny brak kremu nawilżającego nie stanowi problemu. Podkład nakłada się 'normalnie', nie jest tępy w kontakcie z cerą. Dla mnie obecnie jest to numer jeden - używam właśnie drugiej buteleczki. W sumie mogę powiedzieć, że dopiero, ponieważ te 30 ml jest bardzo wydajne, co nawet przy cenie ok 40 zł. 

Znasz ten produkt?
Jak sprawdza się u Ciebie?
Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger