• Natura Siberica • Szampon i odżywka do włosów Wild Siberica Saarema

• Natura Siberica • Szampon i odżywka do włosów Wild Siberica Saarema

Szampony do włosów to jeden z tych produktów, które zużywam w zauważalnie większych ilościach. Myję włosy codziennie, a gdy pominę choć jeden dzień to boję się spojrzeć w lustro. Moje włosy od kiedy pamiętam przetłuszczają się u nasady, więc potrzebuję dobrego oczyszczania. Od niedawna natomiast zmagam się z suchością włosów na długości, co w połączeniu z rozdwajającymi się końcówkami daje efekt w postaci poplątanych, skołtunionych włosów. Jutro wybieram się do fryzjerki na zabieg odżywiający włosy, a dzisiaj zapraszam Was na wpis na temat szamponu i odżywki do włosów marki Natura Siberica z serii Wild Siberica Saarema przeznaczonej do włosów farbowanych i suchych. 


Kosmetyki trafiły do mnie jako nagroda w konkursie organizowanym przez markę, który towarzyszył wydarzeniu Meet Beauty. Moja praca została wyróżniona, co było dla mnie bardzo miłą wiadomością, a w podziękowaniu otrzymałam zestaw produktów do włosów, który niedawno można było zauważyć w drogeriach Rossmann oznaczony mianem wyjątkowego produktu. Wracając do moich włosów i samych produktów, to choć się nie farbuję (pomijając małe eksperymenty z szamponetkami) bardzo mnie zaciekawiły ze względu na przeznaczenie do włosów suchych. Jak się ma wyobrażenie o kosmetykach do rzeczywistości?

Identyczne opakowania, czyli bordowo-złote butelki o pojemności 400 ml są wygodnym rozwiązaniem czy to w wannie czy pod prysznicem. Zamknięcia typu press pozwalają bezkolizyjnie korzystać z opakowań oraz odpowiednio dozować produkt. Oko cieszy zarówno połączenie kolorystyczne jak i etykieta, które sprawiają wrażenie, że produkt jest drogi, luksusowy. Tylko, że w tym przypadku luksus płynie prosto z natury. Produkty nie kosztują fortuny - ich cena za sztukę nie sięga nawet 30 zł, a są wzbogacone składnikami, których na próżno szukać na drogeryjnych półkach. Malina moroszka odpowiadająca za odżywienie włosów, cytryniec chiński, który przywraca naturalny blask, tonizuje skórę głowy i reguluje pracę gruczołów łojowych, kocimiętka syberyjska, która relaksuje i uspokaja podczas mycia włosów, a także ma działanie przeciwgrzybiczne oraz przeciwzapalne, a także geranium - źródło witaminy C i olejków eterycznych. Niespotykane składniki z pewnością przykuwają wzrok, jednak czy oryginalne składniki przekładają się na działanie produktów?

Nie zawsze sięgam po spójną pielęgnację włosów, co oczywiście ma znaczyć, że nie zawsze wybieram produkty z tej samej gamy. Szukam i testuję produkty, sprawdzam, które najlepiej sprawdzą się u mnie. Tak było i w tym przypadku. Najpierw zaczęłam używać szamponu. Okazało się, że całkiem nieźle się pieni, dzięki czemu szybko i łatwo umyć nim włosy, choć to od razu znak nawet dla nie czytających składów, że zawiera silną substancję myjącą (zawiera SCS - czyli łagodniejszą formę SLS), nie do końca zgodną z poglądami niektórych na temat naturalności i delikatności produktu. Zaznaczam, że mi to nie przeszkadza, gdyż moje włosy wymagają mocniejszego oczyszczania, a łagodniejsze preparaty niestety działają nieskutecznie. Odświeżenie włosów i skóry głowy jest dla mnie w porządku. Po wyschnięciu/wysuszeniu są sypkie, pełne blasku, choć nie ukrywam, że bez użycia odżywki niestety ciężko mi je rozczesać, choć tak jest w przypadku praktycznie każdego szamponu. Po kilku myciach do zestawu wprowadziłam odżywkę do włosów. Stosowałam ją według zaleceń, czyli nakładałam na umyte włosy i pozostawiałam na kilka minut. Niestety czy był to krótszy czy dłuższy czas odżywka nie robiła z moimi włosami praktycznie nic. Włosy czy z jej udziałem czy jedynie po użyciu szamponu z tej serii zachowywały się tak samo - były sypkie, jednak pojawiał się problem z rozczesywaniem. Zupełnie nie widziałam oznak nawilżenia czy odżywienia włosów.


Podsumowując moją przygodę z serią Saarema niestety nie jestem zadowolona z produktów, które zagościły w łazience. Było mi miło wypróbować kolejną dla mnie nowość, która niestety się u mnie nie sprawdziła. O ile szampon spełniał swoje obowiązki, to jednak odżywka mnie zdecydowanie rozczarowała. Nie zniechęcam nikogo do wypróbowania produktu, bo jak zawsze podkreślam, że wszyscy jesteśmy różni i u każdego każdy kosmetyk może sprawdzić się zupełnie inaczej, jednak czasem przy zakupie warto zasugerować się opiniami innych.

• Selfie Project • brokatowe maseczki do twarzy peel off

• Selfie Project • brokatowe maseczki do twarzy peel off

Promocja goni promocję w Rossmannie. Podczas jednej z minionych akcji można było kupić z rabatem maseczki do twarzy, produkty do pielęgnacji paznokci i ciała lub odżywki do włosów. Do ostatniej chwili wahałam się z zakupem, aż w końcu nic nie kupiłam.. Obecne na zdjęciu maseczki, choć pokazywałam w okresie promocyjnym na instagramie nabyłam dużo wcześniej, jednak czasu na ich używanie mi trochę brakowało, ale teraz mogę podzielić się z Wami opinią na ich temat. Proszę Państwa, dziś na tapetę bierzemy cztery rodzaje glitterowych maseczek Selfie Project: nawilżającą, wygładzającą, oczyszczającą i rozświetlającą.


Maseczki cieszą się dużym powodzeniem w sprzedaży - bardzo często w Rossmannie można ujrzeć pustą półkę w ich miejscu. Na zakup decydują się osoby w młodym wieku, głównie nastolatki. Nic dziwnego - stały się popularne dzięki efektowi jaki dają na twarzy po nałożeniu - lśnią brokatem z pojedynczymi gwiazdkami świetnie prezentuje się w maseczkowych selfie. Wiem po sobie, że kiedyś wszystko co z brokatem lub innego rodzaju glitterem działało na mnie jak magnes. A jak jest teraz?


Na zakup maseczek zdecydowałam się z czystej ciekawości. Zastanawiało mnie co jest w nich takiego, że rozchodzą się jak świeże bułeczki. Słyszałam kiedyś stwierdzenie jakoby miały być tańszą wersją maseczek Glamglow Glittermask (Selfie Project 5 zł, Glamglow 229 zł). Działania niestety nie porównam, gdyż nie używałam Glamglow, jednak muszę przyznać, że maseczki Selfie Project niestety szału u mnie nie zrobiły.
Efekt po nałożeniu na twarzy - ładnie, jednak równie dobrze poprawia mi humor maska w płachcie z wzorem czy tradycyjna maseczka o atrakcyjnym zapachu. Przy tradycyjnych maseczkach wygrywają jednak tym, że są w wersji peel off. To jedna z wygodniejszych form maseczek jak dla mnie. Zmycie, a w zasadzie zdjęcie maseczki odbywa się bez żadnego brudzenia łazienki, szybko i bez problemowo. W ich przypadku nawet bardzo nie ciągnęły skóry twarzy. Działanie jakie u siebie zauważyłam to wygładzenie i napięcie cery, czyli takie jak praktycznie przy każdej maseczce peel off. Brak spektakularnego efektu, choć przy tej cenie i składzie nie oczekiwałam wiele. Mogę śmiało zwrócić uwagę, że odczułam brak różnic w działaniu czterech różnych maseczek, co niestety mnie trochę zawiodło. Może u nastolatek sprawdza się lepiej, jednak na tą chwilę sądzę, że maseczki można spokojnie wybierać pod względem koloru, aniżeli obiecywanego działania. Ten produkt niestety się u mnie nie sprawdził, choć inne tej marki goszczą w mojej kosmetyczce i jestem z nich zadowolona. 


Używaliście tych maseczek? Jakie jest Wasze zdanie o niech?
• Nivea • Soft mix me! w trzech zapachach

• Nivea • Soft mix me! w trzech zapachach

Większość marek ma taki produkt w swojej ofercie, który można uznać za kultowy, ponadczasowy, rozpoznawalny i kojarzony z marką. Jakiekolwiek modyfikacje składu czy opakowania zwykle budzą kontrowersje, choć producent zawsze celuje w ulepszenie produktu. Tego roku takiego wyzwania podjęła się marka Nivea, która na nowo zaprezentowała krem Nivea Soft w trzech różnych odsłonach. Nivea przygotowała dla nas trzy iście wakacyjne zapachy kremów - Berry Charming, Chilled Oasis oraz Happy Exotic. Czy gra była warta świeczki?


Można by rzecz, że od wieków nie używałam kremów Nivea. Takie życie blogerki, że wciąż pojawiają się nowe produkty, które chcę przetestować. Pamiętam jednak, że od zawsze w moim domu był obecny krem Nivea, więc tym bardziej byłam ciekawa nowości, jakimi są trzy zapachy kremów Nivea Soft Mix me. PR marki podsycał ciekawość produktów reklamami oraz pudełeczkiem, w którym otrzymałam kremy do przetestowania z klubu przyjaciółek Nivea. Pudełeczko po otwarciu pozwala na zakręcenie kremami, zmiksowanie niczym na konsoli u dj. Genialny pomysł! Aż żałuję, że nie znalazłam zastosowania na to pudełeczko, bo naprawdę cieszyło wzrok.


W opakowaniu znajdujemy trzy kremy o konsystencji i działaniu podstawowego, uniwersalnego kremu Nivea Soft. Kremy dobrze nawilżają i zmiękczają skórę. Są lekkie, szybko się wchłaniają pozostawiając jedynie satynową powłoczkę, dzięki której skóra wydaje się jeszcze bardziej gładka. Lubię używać ich latem, ponieważ nie czuję dyskomfortu obciążenia skóry czy ich spływania. Mix me oferuje trzy wersje zapachowe, które możemy ze sobą do woli łączyć i uzyskiwać wręcz indywidualne wersje zapachowe w zależności od proporcji w jakich zmieszamy kremy. Fantastyczne rozwiązanie, choć jak dla mnie kremy nawet bez mieszania robią spore wrażenie. Wracając jeszcze na chwilę do uniwersalności kremu.. choć są przeznaczone do ciała, rąk i buzi, to u mnie lądowały jedynie na ciele czy dłoniach - mała pojemność jeździła ze mną na wakacyjne wyjazdy. Jeśli chodzi o twarz, to wolę produkty bezpośrednio do niej przeznaczone.

Na początku otworzyłam każdy z kremów, aby ocenić, który z zapachów zamkniętych w owocowo-kolorowych szatach graficznych najbardziej mi się spodoba. Ocena po powąchaniu ze słoiczka układała ranking zupełnie inaczej, niż po naniesieniu produktów na skórę, kiedy zwątpiłam, że będę mogła tak po prostu ocenić trzy zupełnie inne zapachy. Jako faworyta wyłoniłam zapach Berry Charming, który zachwyca świeżymi owocami takimi jak truskawki czy maliny, ogólnie czerwone owoce i sorbet z nich zrobiony. Chilled Oasis zachwyca cytrusowym orzeźwieniem z dodatkiem mięty. To najświeższy zapach w całej kolekcji, który mi zdecydowanie kojarzy się z drinkiem mojito - limonka, mięta to jest to! Happy Exotic najmniej wzbudził moje zaufanie, gdyż obawiałam się kokosowo-ananasowy zapach będzie męczący po nałożeniu latem na ciało. Na szczęście.. nic bardziej mylnego! Kremowa pina colada okazuje się zapachem, który emanuje owocami, a kombinacja w żaden sposób nie jest mdląca. Żyć, nie umierać :)


Lubicie, gdy marki zmieniają coś w swoich kultowych produktach?
Jakie owocowe kosmetyki obecnie goszczą w Waszych kosmetyczkach?
• Barnangen • Midsommar glow żel pod prysznic i do kąpieli | Szwedzkie święto Midsommar

• Barnangen • Midsommar glow żel pod prysznic i do kąpieli | Szwedzkie święto Midsommar

Jeśli mam oszczędzać na jakichś kosmetykach są to żele pod prysznic. Zwykle wybieram produkty z niskiej półki cenowej (10-15 zł), które spełnią moje oczekiwania co do oczyszczania i nie przesuszania skóry. Większą sumkę pieniędzy wolę wydać na kosmetyki nawilżające czy te do pielęgnacji cery, choć w kategorii żeli do mycia ciała również zdarzają mi się odstępstwa. Tym razem skusiłam się na produkt marki Barnangen, które miały swoje pięć minut jakiś czas w kosmetycznych pudełeczkach, gdzie regularnie się pojawiały. Akurat nie miałam na nie subskrypcji, a marka w jakiś sposób zaczęła mnie ciekawić, więc.. w mojej łazience pojawił się żel pod prysznic Barnangen Midsomman glow. Jesteście ciekawi opinii o nim?


Zacznijmy od inspiracji jakim do stworzenia tego produktu jest szwedzkie święto Midsommar. Midsommar to nic innego jak szwedzki odpowiednik naszych wianków. Przypada na końcówkę czerwca, kiedy to świętuje się początek lata, choć nazwa midsommar rzeczywiście oznacza jego środek. Na noc przesilenia letniego Szwedzi dekorują samochody, domy i pozostałe budynki girlandami ze świeżych kwiatów i zielonych gałązek. W miejscach, gdzie hucznie obchodzi się rozpoczęcie lata, które w Szwecji jest dość krótkie ustawia się ukwiecone pale, gdzie w ich towarzystwie się świętuje. Wydaje mi się, że podobnego typu święto było przedstawione w książce Dzieci z Bullerbyn, choć pamięć może mnie nieco zawodzić ;) Ze świętem tym związane są też pewne ludowe tradycje takie jak kwiatowe wróżby (zbieranie kwiatów przez panny, aby włożone nocą pod poduszkę pozwoliły wyśnić twarz przyszłego wybranka), wierzenie w magiczną moc natury (zbieranie rosy do dzbanków, która miała mieć właściwości uzdrawiające), tańce wokół ukwieconego drzewka mające dawać energię na całą jesień i zimę.


Opakowanie produktu różni się od innych na sklepowej półce, gdzie co drugie ma przepchaną informacjami i grafikami etykietę. Żel mieści się w wygodnej, plastikowej, przejrzystej butli, która pozwala śledzić zużycie o pojemności 400 ml i zamknięciu typu disc-top. Cena za żel nieco wykracza powyżej mój budżet zakupu żeli, gdyż bez promocji w drogerii kosztuje prawie 25 zł. Skąd bierze się taka cena?
Żel rewelacyjnie się pieni, dobrze oczyszcza ciało bez przesuszania go dzięki zawartym w składzie olejom kwiatowym, które płyną z inspiracji świętem Midsommar. W składzie znajdziemy bowiem olej rycynowy, z nasion słonecznika, żurawiny, z kwiatów pelargonii, jagodlina wonnego, rumianku, a wszystko to wzbogacone jest o alantoinę, glicerynę i kwas mlekowy dla dodatkowego nawilżenia i złagodzenia skóry. Ma delikatny zapach, którego nie wyczuwałam w momencie wąchania z butelki, natomiast w czasie kąpieli rozpieszcza moje zmysły. Okazał się dla mnie niemałym, ale pozytywnym zaskoczeniem.


Czujecie się zainteresowani szwedzką kulturą w przełożeniu na kosmetyki?
Co sądzicie o inspiracji koncernu Schwarzkopf?
☄ OPENBOX - lipcowy Shinybox Summer vibes

☄ OPENBOX - lipcowy Shinybox Summer vibes

Wkrótce światło dzienne ujrzy nowy, sierpniowy Shinybox, więc należałoby w końcu zrobić przegląd zawartości edycji lipcowej. Edycja lipcowa ukazała się pod wdzięcznym hasłem Summer vibes. Zestaw o dziwo bardzo przypadł mi do gustu - a przede wszystkim bardzo cieszę się, że mimo, iż jest to 'letnie' pudełeczko, to nie zawiera ono żadnych filtrów do opalania. Czemu? Gdyż jestem już po urlopie i szczerze mówiąc nie miałabym kiedy tego zużyć, musiałoby czekać do przyszłych wakacji. Tym razem Shiny zaskoczył różnorodnością produktów, gdzie każdy wpisuje się w sens pudełeczka, a przede wszystkim cieszy. Ciekawi zawartości?


Lato i wakacje są bardzo wyczekiwane - czekamy na piękną, słoneczną pogodę, kąpiele w morzu czy opalanie się na plaży. Słońce o ile działa kojąco na poprawę humoru, to niestety ma również działanie negatywne - przesusza skórę podobnie jak klimatyzatory czy ogrzewanie zimą. Akcja regeneracja i odżywienie skóry wymagane są również i teraz. W moim pudełeczku znalazły się zatem 4 produkty pielęgnacyjne: dwa do twarzy, jeden do ciała i jeden do rąk. Przyjrzyjmy im się bliżej.
Krem do twarzy regenerujący na noc Tria cosmetics z ekstraktem z imbiru brzmi ciekawie, nie spotkałam się jeszcze z takim połączeniem, a o marce słyszałam sporo dobrych rzeczy, więc z chęcią wypróbuję. Kolejny produkt do twarzy, czyli maseczka Biotanique - ostatnio jakoś wszędzie jej pełno - były dodawane jako gratisy do zakupu innej maseczki w Rossmannie, sama też podczas jakiejś promocji się na nią skusiłam, ale tą wersję mam pierwszy raz i jestem jej ciekawa - takie 2 w 1, ponieważ saszetka zawiera maseczkę liftingująco-odmładzającą i oczyszczającą.
Dalej, w moim wariancie pudełeczka mamy produkt do ciała Hello Nature, czyli masło do ciała z olejkiem konopnym. Produkt bazuje na nowych trendach związanych z popularyzacją olejku konopnego w kosmetykach. Masło ładnie pachnie i po jednym użyciu jestem ciekawa co będzie dalej, jednak wrócę do niego w chłodniejsze dni, kiedy bardziej lubię stosować masła do ciała. Ten produkt był wymienny w pudełeczkach i zamiast produktu do ciała można było trafić np odżywkę do włosów z olejkiem z jagód acai.
Na sam koniec pielęgnacyjnej sfery krem do rąk Stara Mydlarnia. Markę tą znam głównie z produktów kąpielowych - żele, płyny, sole, jednak z chęcią wypróbuję i ten, bardzo przydatny produkt.


Pielęgnację od wewnątrz zapewnił drink kolagenowy Collibre. Cieszę się z możliwości wypróbowania produktu, jednak okazuje się, że niezbyt mi smakuje - pijąc go nie raz się skrzywiłam, ale jak wiadomo znajdzie się ktoś, kto będzie zadowolony :)


Miłym dodatkiem w pudełku był również zestaw naklejek wodnych na paznokcie Raisin. Latem można zaszaleć z manicurem, a naklejki zdecydowanie to ułatwiają. Dzięki nim w kilka chwil można wykonać zachwycające paznokcie bez trudów malowania pędzelkiem.


Zdecydowanie letni akcent do pudełeczka wniósł antyperspirant Fa - w moim był to zapach Bali kiss (mango i kwitnąca wanilia) w sprayu. Tutaj pomimo intrygującego zapachu nie jestem do końca przekonana, bowiem produkt kojarzy mi się z dolną, typowo drogeryjną półką i nie wspominam go zbyt dobrze. 


Na sam koniec bardzo miły gest, czyli garść rabatów na produkty oraz możliwość wykupienia diety i planów treningowych. Można skorzystać samemu lub się podzielić, niektóre rabaty widać są wielorazowe, ponieważ mają uniwersalny kod. Jeśli się ich dopatrzycie śmiało korzystajcie :)


Co sądzicie o zawartości lipcowego shinyboxa?
• Efektima • Olejek konopny

• Efektima • Olejek konopny

Półmetek wakacji już za nami i choć ten termin już mnie nie dotyczy, gdyż korzystam z urlopu, to wciąż on pozostanie dla mnie miarą ciepłych miesięcy. Właśnie ciepłe miesiące i olejki do opalania przekonały mnie do korzystania z olejków w mojej pielęgnacji. Chętnie sięgam po nowości, a taką ostatnio zaskoczyła mnie marka Efektima, która wypuściła na rynek olejek konopny. Ten składnik staje się coraz popularniejszy, ale czy jest wart uwagi?


Olejek konopny Efektimy jest dostępny na wyłączność w drogeriach Rossmann, gdzie kosztuje 24,99 zł / 150 ml (obecnie do 09/08/2018 jest w promocji 19,99 zł). Mieści się w ciemnej, smukłej, plastikowej buteleczce z atomizerem, który dozuje niewielką ilość produktu. Choć początkowo uważałam, że atomizer powinien wypuszczać więcej kosmetyku szybko doszłam do wniosku, że dobrze, że jest inaczej. Dzięki temu łatwiej nauczyć się ile produktu jest nam potrzeba, a ponadto gdy potrzebujemy posmarować mniejszą powierzchnię ciała (np same łokcie) nie marnujemy kosmetyku. 


Kosmetyk jest bardzo wydajny - niewielka ilość wystarcza na posmarowanie całego ciała. Olejek szybko się wchłania nie pozostawiając tłustego filmu. Skóra po jego użyciu jest jedwabiście gładka, zdrowo wyglądająca. Dobrze nawilża skórę zwłaszcza w tym czasie upałów, opalania i pomieszczeń klimatyzowanych, kiedy czasem nawet nieświadomie wystawiamy ją na przesuszenie, a także łagodzi podrażnienia po goleniu czy depilacji. Zabiegi nawilżania i odżywiania skóry uprzyjemnia nam miły zapach produktu - jest on słodki i choć nieco przebija się przez niego oleista nuta to uważam go za ładny i cieszę się, że utrzymuje się na skórze.
Producent kieruje kosmetyk również do używania na włosy - w moim wypadku używałam go do zabezpieczania końcówek po umyciu, choć czytałam również pochlebne opinie na temat olejowania włosów. Końcówki, na które nałożyłam kosmetyk nie rozchodziły się na boki, były ujarzmione, choć ze względu na liczne rozdwojenia kwalifikują się już do podcięcia. Dodatkowo dużo łatwiej się je rozczesywało. Cieszę się, że kosmetyk jest wielofunkcyjny (ciało/włosy), gdyż dzięki temu można zminimalizować ilość kosmetyków lub też zabrać go na wyjazd zamiast dwóch osobnych.


Stosujecie olejki do ciała? Po jakie najchętniej sięgacie?
Testujemy marzenia: nauka windsurfingu dla dwojga

Testujemy marzenia: nauka windsurfingu dla dwojga

Niedawno pisałam Wam, że wzięłam udział w pierwszym etapie tegorocznej akcji #ChcęToPrzeżyć, a już lada chwila kończy się drugi etap, w którym tym razem wybrałam sporty wodne. Lato w pełni, a mnie wtedy niesamowicie ciągnie do odpoczynku i aktywności nad wodą - spacery brzegiem plaży, wbieganie do morza, jazda rowerem po Półwyspie Helskim... Tam zawsze obserwowałam całą masę ludzi, którzy czerpali frajdę z uprawiania sportów wodnych. Nie raz przechodziło mi to przez myśl, ale nie wiedziałam, czy się sprawdzę i w tym momencie z pomocą przyszedł mi Katalog marzeń, dzięki któremu odkryłam, że pod Warszawą istnieje szkoła windsurfingu LSurf! Jesteście ciekawi jak to było?


Szkoła LSurf ma motto, którego sens prosto przełożyć na to, że nauczą windsurfingu każdego. I choć aby to polubić i chcieć się nauczyć przyda się zamiłowanie do wiatru w żaglach, wody i aktywności fizycznej to całą resztą zajmą się już oni. I to jest prawda! Gdy zawitaliśmy do szkoły, otrzymaliśmy pianki i kapoki dla bezpieczeństwa nie spodziewaliśmy się, że nic nie wiemy o windusrfingu. Doświadczona instruktorka objaśniła nam budowę deski i żagla, jak również zaznajomiła z pojęciami, których używała w czasie nauki. Później nadszedł czas na naukę na trenażerze, utrzymywanie równowagi na desce na wodzie i w końcu pływanie z żaglem w rękach. Uczucie niesamowite, jednak całość wymaga zarówno odpowiedniej koordynacji, nieco siły i doświadczenia. Sądzę, że fun jaki dała mi ta lekcja z pewnością przełoży się na powrót do tego typu aktywności i spróbowania czegoś nowego.


Może zauważyliście, ale jeśli nie to powiem Wam, że w obydwu etapach tegorocznej akcji Chcę to przeżyć wybierałam atrakcje przeznaczone dla dwójki, aby pokazać, że wspólne wyjście z przyjaciółmi czy partnerem może być czymś innym niż kinem, shoppingiem czy jazdą na rowerze. Wspólne lekcje jazdy na longboardzie czy nauka windurfingu zncznie różnią się od tych zapamiętanych ze szkoły. Tu liczy się dobra zabawa, a nabyte umiejętności to dodatkowy plus całej sytuacji. Takie oryginalne pomysły na spędzanie wolnego czasu z pewnością dają szansę lepiej poznać drugiego człowieka, jak również pozwalają żyć na całego. A Ty chcesz to przeżyć?


Lubicie sporty wodne?
Z jakimi macie doświadczenie?
• Bielenda Bikini • Karotenowy olejek do opalania SPF6

• Bielenda Bikini • Karotenowy olejek do opalania SPF6

Zdecydowanie bardziej ostatnio lubię się z olejkami do opalania - łatwo się rozprowadzają, a podczas aplikacji ich na ciało można przy okazji wykonać delikatny masaż. Ponadto nie bielą jak to się zdarza w przypadku mleczek i balsamów, a to zdecydowanie argument przekonujący dla osób, które choć raz zorientowały się, że chodzą z pobialałą skórą. Moja miłość do opalania trwa od dawna - zdecydowanie bardziej się sobie podobam z muśniętą słońcem skórą, a olejków używam już od 2-3 lat. W tym roku sięgnęłam po karotenowy olejek do opalania z filtrem SPF6 z serii Bielenda Bikini. Jak się sprawdził i kto może bez obaw z niego korzystać?

Przeczytaj także: Krótki wpis o filtrach, fototypach skóry i opalaniu


Mój urlop przypadł na drugą połowę czerwca i praktycznie cały ten czas spędziłam w polskich, nadmorskich miejscowościach. Pomijając przelotne opady mogłam do woli korzystać z uroków plażowania, a do domu wróciłam pięknie opalona bez żadnych poparzeń. Na wyjazd zabrałam ze sobą kosmetyki z niższą i wyższą ochroną, jednak nie używałam ich zamiennie (!). Po olejek Bielenda Bikini SPF6 sięgałam przy mniejszym nasłonecznieniu a także, gdy moja skóra już zdążyła się przyzwyczaić do słońca, aby nie wywołać oparzeń słonecznych.
Olejek w spray'u jest dla mnie wygodnym rozwiązaniem, ponieważ łatwo i bezproblemowo się go aplikuje (choć w zeszłym roku w przypadku dwufazowego miałam nieprzyjemność z zacinaniem się od ziaren piasku), a także szybko i dokładnie rozprowadza się po ciele. Nie ma efektu bielenia jak w przypadku mleczek i balsamów, a skóra po aplikacji zdrowo wygląda - niczym z kolorowego magazynu. Olejek ma przyjemny, nieco słodki zapach. Dawkowany w odpowiedniej ilości nie natłuszcza mocno ciała, a choć skład nie jest idealny, to olejek delikatnie nawilża ciało.


Wodo- i chloro- odporność, zbyteczne czy pożyteczne?

Z pewnością wiecie, że aplikację kosmetyków należy powtarzać po czynnościach, które mogą spowodować definitywne usunięcie ich z ciała np kąpiel w wodzie, wytarcie ręcznikiem czy spocenie się. Kosmetyki wodoodporne nie świadczą zatem o tym, że można nie powtarzać ich aplikacji, ale że można liczyć na ich ochronę również w wodzie - czy to stojąc w wodzie i łapiąc fale, płynąc czy też wejść do wody z materacem i dryfować na nim. 
Zapewne znajdą się osoby, które zapytają po co na plaży chloroodporny kosmetyk do opalania? Spójrzmy na hotele z basenami przy których stoją leżaki do opalania się. Kolejny świetny pomysł to aquaparki z wyjściem an baseny zewnętrzne lub nasłonecznione tarasy. Choć aplikację  


Krótki wpis o opalaniu, filtrach i fototypach skóry | 7 mitów na temat opalania

Krótki wpis o opalaniu, filtrach i fototypach skóry | 7 mitów na temat opalania

Ludzie różnie podchodzą do filtrów - wybierają niskie filtry SPF, bo chcą szybciej się opalić albo nie widzą sensu brać większego, skoro jest mniejszy. Z takimi opiniami spotykam się na co dzień w drogerii, w której obecnie pracuję. Prawda jest taka, że SPF, czyli sun procection factor określa  o ile czasu dłużej można przebywać na słońcu do wystąpienia rumienia w porównaniu do czasu bez zastosowania filtra. Zakładając, że potencjalnie bez zastosowania filtra rumień wystąpi u Ciebie po 20 minutach oznacza, że filtr SPF 6 wydłuży ten czas sześciokrotnie, czyli 20 min x 6 = 120 minut (2h). Używając filtra zawsze warto znaleźć również informację na opakowaniu produktu na temat ponownej aplikacji (np po upływie 2 h od pierwszej aplikacji, po wyjściu z wody, wytarciu się ręcznikiem).
Kolejną istotną rzeczą jest również fakt, przed jakimi promieniowaniami chroni kosmetyk z filtrem. Trzy wymieniane promieniowania to UVA, UVB i UVC. Promieniowanie UVC (krótka fala) jest praktycznie w całości zatrzymywane przez warstwę ozonową, dzięki czemu niemal w ogóle nie dociera do ziemi, dlatego też producenci na opakowaniach kremów z filtrem pomijają informację o ochronie przed tym promieniowaniem. Promieniowanie UVB (średnia fala) działa na naskórek i skórę właściwą. Działanie tej fali daje skutek w postaci opalenizny, ale również i rumienia oraz poparzeń słonecznych. Promieniowanie UVA (długa fala) dociera do tkanki podkskórnej, a jego natężenie jest przez cały dzień na tym samym poziomie niezależnie od pogody. Promieniowania UVA i UVB są odpowiedzialne za fotostarzenie skóry i powstawanie nowotworów skóry.


~ Fototypy skóry ~

Fototypy skóry to podział na 6 typów skóry w zależności od reakcji na promieniowanie ultrafioletowe stworzone przez dermatologa Thomasa B. Fitzpatrick'a. W zależności od posiadanego fototypu skóry powinniśmy dopasować odpowiedni pozom filtra SPF, aby uniknąć przykrych skutków opalania się.

  1. Blady kolor skóry, niebieskie lub piwne oczy, włosy blond lub rude, bardzo często piegi - zawsze ulega oparzeniom, nigdy nie opala się
  2. Jasny kolor skóry, zielone lub piwne oczy, włosy blond, rude lub brązowe, często piegi Zazwyczaj ulega oparzeniom, trudno się opala
  3. Kremowy kolor skóry, ciemny blond lub brązowe włosy, szare lub brązowe oczy, rzadko piegi - umiarkowanie ulega poparzeniom, opala się przeciętnie
  4. Jasnobrązowa do oliwkowej skóra, ciemne włosy, brązowe lub ciemnobrązowe oczy, brak piegów - rzadko ulega oparzeniom, zawsze się opala
  5. Brązowa skóra, ciemne lub czarne włosy, ciemnobrązowe oczy - bardzo rzadko ulega oparzeniom, łatwo i mocno się opala
  6. Ciemnobrązowa lub czarna skóra, czarne włosy, ciemnobrązowe oczy, brak piegów - nigdy nie ulega oparzeniom, nigdy się nie opala.

~ Fakty i mity na temat opalania ~


1. Filtry się dodają. Fałsz.

Takie pytanie pojawiło się podczas koła fortuny na Podwórku Nivea na plaży w Gdyni i gdyby nie zdziwione miny ludzi na wieść o tym, że filtry się nie sumują  to nawet nie pomyślałabym, że ktoś może wpaść na taki pomysł. To nie prawda, że gdy najpierw posmarujemy się kremem z filtrem SPF 15, a po chwili SPF 20 to uzyskamy ochronę na poziomie SPF 35. Tak naprawdę chroni nas ostatni nałożony filtr, czyli w tym wypadku SPF 20.

2. Wystarczy jedno posmarowanie się kremem z filtrem na cały dzień. Fałsz.

Prawidłowa aplikacja kremu z filtrem powinna odbyć się ok 15-20 minut przed opalaniem i być powtarzana co 2 godziny. Ponadto należy ponownie zaaplikować krem z filtrem w przypadku kąpieli/pływania, spocenia się, wytarcia ciała w ręcznik oraz każdej innej aktywności, która może pozbyć się zakładanej ochrony kremem.

3. W cieniu się nie opalę, zrobię to tylko na plaży. Smarując się filtrem SPF 50 również się nie opalę. Fałsz.

Promienie UVA oddziałują na skórę zarówno w słońcu jak i w cieniu, zarówno latem jak i zimą, zarówno o godzinie 9 jak i o 16, z tą różnicą, że robią to w różnym stopniu. Z tego też powodu filtry powinny być stosowane przez cały rok. Przykładem osób opalonych poza plażą są geodeci, budowlańcy, ręka kierowcy (opalona przez szybę!).
Filtr SPF 50 stanowi większą ochronę skóry, jednak opalanie wciąż jest możliwe, po prostu w bezpieczniejszy sposób i w wolniejszym tempie.

4. Krem z filtrem z poprzednich wakacji nada się i w tym roku. Fałsz.

Powiedzmy sobie wprost - na większości opakowań kosmetyków widać informację, że produkt należy przechowywać w suchym i chłodnym miejscu albo w temperaturze pokojowej. Czy w pełnym słońcu na plaży krem nawet ukryty w torbie pod ręcznikiem uzyskuje takie warunki? No właśnie.. Poza tym według zasady prawidłowego smarowania się kremami pochłonięta ich ilość nie powinna pozwolić na to, aby zostało nam coś na przyszły rok., bowiem zaleca się stosowanie takich produktów obficie, aby uzyskać pożądaną ochronę. Niestety łatwo zaobserwować, że nasze społeczeństwo wciąż ma z tym problem..

5. Krem z filtrem daje 100% ochronę. Fałsz.

Myślę, że nie muszę tego komentować. Ale jeśli ktoś chce drążyć temat to porównajmy to do antykoncepcji - żadna nie daje 100% pewności nie zajścia w ciążę.

6. W wodzie opalisz się szybciej/bardziej. Prawda.

Tafla wody mocno przyciąga słońce, a promienie przebijają się nawet do 50 cm pod wodę.

7. Zaśnięcie na słońcu gwarantuje spieczenie się na raczka. I tak i nie.

Śpiący człowiek nie przyciąga mocniej promieni słonecznych, więc nie jest do końca prawda. W tym wypadku należy zwrócić uwagę, że w czasie snu najczęściej wystawiamy na ekspozycję jedną część ciała np leżąc na brzuchu cały czas opalamy plecy, słońce cały czas operuje tylko nad nimi, ponieważ się nie przekręcamy na drugą stronę. Aby tego uniknąć warto poprosić naszego plażowego towarzysza, aby zadbał o to, abyśmy zmienili pozycję, a dzięki temu unikniemy przykrych skutków snu w pełnym słońcu.

Może ktoś coś doda od siebie z jakimi dziwnymi poglądami na temat opalania i filtrów się spotkał?
• Lovenue • Pędzle do makijażu

• Lovenue • Pędzle do makijażu

My kobiety lubimy się bawić makijażem, odkrywać w czym nam do twarzy, jednak codzienny makijaż wymaga od nas nie tylko precyzji, ale również szybkości i łatwości w wykonywaniu. Do tego są niezbędne pędzle do makijażu. Pędzle to nie tylko ozdoba kobiecej toaletki, ale również wspaniałe narzędzie codziennej pracy. Szukamy tych, które nie zjadają kosmetyków, są delikatne dla cery i trwałe, gdyż dbając o higienę często je czyścimy, a nie znosimy wypadającego włosia. Wciąż czytam recenzje różnych marek - od topowych, popularnych marek po aliexpresowe zdobycze. Przyznam, że przez cały ten czas nigdy nie trafiłam na markę Lovenue, którą sama odkryłam w paczce po spotkaniu blogerek w Ostrowcu Świętokrzyskim. W pierwszej kolejności przetestowałam loveblendery, a chwilę później wzięłam się za 3 pędzle do makijażu.

Inne produkty marki Lovenue: Loveblender, czyli gąbeczki do makijażu w kształcie serca


Pędzle Lovenue znajdujące się w moich zbiorach pochodzą z kolekcji BRUSHME by Lovenue. Mają elegancki wygląd - połączenie jasnego włosia z czarną rękojeścią i złotymi skuwkami oraz grawerem z logo marki. Wszystkie pędzle, które posiadam w swojej kolekcji łatwo oczyścić za pomocą łagodnego szamponu lub mydła, a po wysuszeniu wracają do swojego pierwotnego kształtu. W dodatku odbywa się to bez szkód typu wypadające włosie czy rozklejenie się skuwki. Pędzle mają delikatne włosie i doskonale się z nimi pracuje. Jedną małą wadą, którą zauważyłam jest fakt, że krawędź przy końcu rączki delikatnie się ściera, jednak nie rzuca się to mocno w oczy.


Pierwszy z nich, po który sięgnęłam to pędzel ołówkowy do cieni nr 1. To pędzel, którego zdecydowanie brakowało w mojej kolekcji. Świetnie sprawdza się do nakładania cieni na dolną powiekę bez powodowania osypywania się ich, a także do przyciemniania zewnętrznego kącika oka. Dzięki niemu mój makijaż jest dokładniejszy, a malowanie dolnej powieki nie kończy się efektem pandy pod okiem. Jestem zdecydowanie na tak!

Kolejny to pędzel do różu, bronzera oraz modelowania ramion i obojczyków nr 10. Co do tak szerokiego spektrum działania go nie wykorzystywałam - makijaż robię jednak głównie twarzy :) Przyznam, że na początku mojej kariery byłby zapewne moim makijażowym hitem, jednak obecnie przyzwyczaiłam się do ściętych pędzli, którymi wygodniej mi operować.

Ostatni z mojej trójki jest pędzel do konturowania na mokro nr 8, oprócz tego może służyć do nakładania produktów typu krem, fluid, kremy BB/CC i zdecydowanie w tym się u mnie lepiej sprawdza i dzięki temu częściej go używam. Jego niewielki rozmiar sprawia, że łatwo nim manewrować w trudno dostępnych miejscach takich jak okolice ust czy płatków nosa. Nie mogę oczywiście zarzucić mu, że nie sprawdza się przy konturowaniu na mokro, ponieważ bardzo dobrze rozprowadza tego rodzaju kosmetyki.

Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger