• Balea • Żel pod prysznic Ocean Girl

• Balea • Żel pod prysznic Ocean Girl

Dawno nic nie miałam z kosmetyków Balea, a lubię do nich wracać. To taka tania marka, DMowska Isana można by rzec. Niby niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale w związku z tym, że jest trudno dostępna w Polsce (sklepy internetowe, sklepy z chemią niemiecką) jest również pożądana i cieszy. Ot, kolorowe opakowanie, niska cena i trudna dostępność i mamy blogowy hit. A czym dzisiaj się zachwycamy?


Zobacz także inne kosmetyki Balea na moim blogu

'Połyskujący żel do mycia z limitowanej serii 'Ocean Girl'. Zawiera pielęgnacyjny kompleks, który nawilża skórę, pozostawiają ją miękką i gładką. Orzeźwia i pobudza zmysły przepięknym zapachem słodkich, czerwonych owoców. Przebadany dermatologicznie.Neutralne pH. Produkt wegański, nie testowany na zwierzętach.'



Z okazji Mikołajek, które na instagramie znajdziecie pod hashtagiem #cosmosanta od mojej Mikołajki w większości kosmetycznej paczuszce znalazłam między innymi ten właśnie oto żel Balea Ocean girl (cena ok 8 zł). Mnie zachwycił grafiką - jest nieco baśniowa i choć syrena zdecydowanie odbiega od Disneyowskiej Arielki, to wyobraźnia działa. Kolor żelu jest różowy z widocznymi, lśniącymi drobinkami, jednak nie widać ich później w wannie, ani po umyciu nie ma efektu glow. Mi osobiście taka forma kojarzy się nieco z żelami do kąpieli dla małych dziewczynek, jednak nie przeszkadza mi to. Trzeba mieć w sobie odrobinę z dziecka i brać życie pół żartem. Zapach żelu jest przyjemny, słodki. Sam żel jako kosmetyk delikatnie się pieni, dobrze oczyszcza skórę i nie przesusza. W sumie więcej od tego typu produktów nie wymagam, więc jestem zadowolona. Ponadto tuba (250 ml), w której znajduje się produkt jest miękka, więc bez problemu można dozować produkt i wydobyć go do ostatniej kropli, dzięki temu, że ten grawitacyjnie ścieka do otworu dozującego.


A Wy chętnie sięgacie po produkty marki Balea?

• Yankee Candle • Fresh cut roses

• Yankee Candle • Fresh cut roses

Zakładam, że nigdy byście nie zgadli w jaki sposób trafiła do mnie ta świeca - no chyba, że obserwujecie mnie na instagramie, gdzie już wcześniej zdradziłam tą informację. Aby wszyscy byli w temacie: świecę Fresh cut roses Yankee Candle otrzymałam na Walentynki od mojego G. Kilka dni przed tym świętem zażartowałam na temat serduszek i kwiatków dookoła, a ja tam nawet ucieszyłabym się ze świecy o zapachu kwiaciarni. I voila! Mój ukochany przeszukał internety, a konkretniej blogi żeby znaleźć informację, która świeca tak pachnie. Znalazł ją i zamówił, a ja teraz mogę cieszyć się nowym zapachem w kolekcji.


Dawno już Wam nie pisałam o zapachach - regularnie robiłam to w 2017 roku. Miałam do tego wrócić jesienią 2018, jednakże wiecznie na zakupach zapominałam o kupieniu podgrzewaczy - moja kolekcja to głównie woski do kominka. Trzeba jednak powrócić do tematu, gdyż to estetyczny i aromatyczny wynalazek jest, który uprzyjemnia wieczory.

Zapach Fresh cut roses o dziwo spodobał mi się od pierwszego powąchania. Nigdy nie przepadałam za kwiatowymi zapachami (z małymi wyjątkami), a tym bardziej różanymi. Ten jednak od razu skojarzył mi się przyjemnie z zapachem ciętych róż w zadbanej kwiaciarni. Identyczny zapach emanuje ze świecy w czasie palenia. Moim zdaniem odświeży mieszkanie lub podkreśli zapach kwiatów w wazonie. Zapach pochodzi z serii Classic z linii kwiatowej i jest dostępny w każdej formie (wosk, sampler, świeca) na Goodies.


• Efektima • Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek

• Efektima • Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek

Coraz częściej okazuje się, że nie lubiany przeze mnie temat smarowania ciała przeistacza się w potrzebę robienia tego. Moja normalna niegdyś skóra po przebytej chorobie potrafi czasem skierować się w kierunku nawet AZS, więc omijanie pielęgnacji ciała może skutkować u mnie nieprzyjemnościami. Staram się sobie uprzyjemnić tą czynność wybierając różne formuły - olejki, balsamy, masła czy musy, stosuję je zamiennie i wciąż testuję nowości czy też polecane mi specyfiki. W ostatnim czasie w ramach współpracy z marką Efektima miałam przyjemność wypróbować konopne masło do ciała z oliwą z oliwek. Wcześniej miałam już do czynienia z innym produktem tej marki z tej linii i byłam zadowolona. A jak jest tym razem?

Przeczytaj także: Efektima - olejek konopny


Masło do ciała mieści się w zakręcanym, zabezpieczonym folią aluminium plastikowym słoiczku o pojemności 200 ml/ ok. 20 zł. Rozwiązanie wygodne, gdyż można wydobyć kosmetyk do samego końca, choć ze względu na wydajność kosmetyku będzie to trudne. Podobnie jak olejek z tej serii masło jest szalenie wydajne. Aksamitna, kremowa konsystencja delikatnie otula nasze ciało i przy pomocy niewielkiej ilości kosmetyku mamy posmarowane całe ciało. W dodatku w momencie, gdy nałożymy za dużo masła próbując je wmasować będzie ono bieliło skórę niczym na znak, że nie potrzeba aż tyle.

Skóra po posmarowaniu tym kosmetykiem jest miękka, delikatna i pachnąca. Zapach jest dla mnie nie małym zaskoczeniem - przyjemny dla nosa, nieco słodki, złamany roślinną wonią. Dość rozwodzenia się nad zapachem - on tylko uprzyjemnia zabieg pielęgnacyjny, a najważniejsze jest działanie. Masło jest bogate w substancje nawilżające - oprócz tytułowego oleju konopnego i oliwy z oliwek znajdziemy w składzie również glicerynę czy olej kokosowy. W moim przypadku ten produkt działa na tyle dobrze, że mogę stosować go co drugi dzień i będzie to wystarczające. Produkt dość szybko się wchłania, więc bez problemu można go użyć nawet z rana przed założeniem ubrań. Pozostawia na ciele delikatny płaszczyk ochronny, który nie jest w żaden sposób lepki ani nieprzyjemny.



Fakt, że otrzymałam kosmetyk do przetestowania nie wpłynął na moją opinię.
☄ OPENBOX - LUTOWY SHINYBOX Loveliness

☄ OPENBOX - LUTOWY SHINYBOX Loveliness

Miniony weekend nie był dla mnie lekki, choć zakończył się bardzo przyjemnie. Na sam początek weekendu w piątek dopadły mnie problemy żołądkowe, więc musiałam wcześniej się zwolnić z pracy z powodu samopoczucia. Następnego dnia było już lepiej, ale niejedzenie dało się we znaki i objawiło osłabieniem. Niedziela na szczęście wypadła o niebo lepiej - wróciłam do regularnego spożywania posiłków - ba, nawet wyrwaliśmy się z G. na festiwal pizzy* do Pizza Hut, a następnie do kina na drugą część filmu Kobiety Mafii. Pełna sala jest chyba dowodem na to, że film zaciekawił polską publiczność. A Wy jak spędziliście weekend? Wybraliście się na premierowy film czy zarwaliście noc w celu obejrzenia relacji z Oscarów?
Dzisiaj znowu moje samopoczucie spadło w związku z kobiecymi dniami, ale z samego rana humor poprawił mi listonosz. Dostarczył on pod me drzwi paczkę zawierającą lutowy shinybox. Czy zawartość sprawiła mi radość czy słusznie zrezygnowałam z subskrypcji?

Blogerkę posiadającą całą masę kosmetyków z czasem coraz trudniej zadowolić. Shinybox zawsze kojarzył mi się z nowościami, ciekawymi kosmetykami oraz oszczędnością. Oszczędności nie można było mu nigdy odmówić, gdyż zamawiając pudełeczko zawsze otrzymywało się zawartość przekraczającą wartość. Niestety coraz częściej w pudełeczkach pojawiały się produkty, które bez problemu można zakupić w drogeriach, więc w moich oczach spadał prestiż marki. Tym razem jest podobnie - sprawdźmy razem co znalazłam w pudełeczku.


Otwierając pudełeczko zobaczyłam dużo saszetek. Próbki, maseczki - pokręciłam nosem. Przyglądając się bliżej mamy tutaj maseczkę 2w1 Biotanique (produkt drogeryjny) oraz miesięczny program pielęgnacyjny skóry twarzy 7th Heaven (8szt). Znalazłam również zestaw ratunkowy w awaryjnych sytuacjach Masmi zawierający wkładkę, podpaskę i tampon - widziałam te produkty jako nowość w drogeriach. Podobnie dostępne w drogeriach czy marketach są kosmetyki marki Bell, z której w tym miesiącu otrzymałam puder brązujący. Do tego próbki szamponu i mydła z Nutki z serii konopie polskie - dobrze wspominam inny ich produkt mus pod prysznic. W tym miesiącu pojawiły się aż dwa produkty wymienne 1 z 3. Do mnie trafiło nierafinowane masło shea Natur Planet z informacją w ulotce, że testuję je jako pierwsza w Polsce, czyli mamy premierę! Mała rzecz, a cieszy. Dosłownie mała, gdyż jest to produkt travel size (20 ml) - chętnie zabrałabym go ze sobą na urlop, ale wtedy chyba jako ostatnia go poznam.. Zamiast masłą mogła trafić do mnie odżywka w piance Biovax lub puder rozświetlający Revers. Ostatnim produktem, który znalazłam w pudełeczku był tusz do rzęs Affect. Losowo mogło trafić do mnie zamiast niego serum liftingujące Biotanique (produkt drogeryjny) lub maska do twarzy Biały Jeleń.

Wariant mojego pudełeczka chyba najbardziej przypadł mi do gustu, choć żałuję, że umknęła mi jedna informacja. Shinybox przeprowadzał ankietę dotyczącą dołączenia produktu dla mężczyzn (antyperspirujący, odżywczy krem do stóp ManFoot), jednak mail z linkiem prawdopodobnie przepadł mi, gdy oznaczałam sporą ilość maili od Shiny jako spam. Uważam, że za bardzo atakują maila promocjami, informacjami o pudełeczkach, więc w tym momencie czuję się zawiedziona. Póki co przesyt kosmetyków i chęć wybierania ich samodzielnie sprawia, że tymczasowo rezygnuję z subskrypcji. Niewykluczone, że do niej powrócę lub będę zamawiać pudełeczka okazjonalnie po ujawnieniu zawartości.



Subskrybujecie jakieś pudełeczka czy zamawiacie okazyjnie?
Co sądzicie o zawartości pudełeczka Loveliness by Shinybox?

* To nie jest żadna reklama, ale jeśli chcecie poznać menu Pizza Hut to festiwal pizzy jest doskonałą okazją na wypróbowanie różnych smaków. Dzięki tej promocji wytypowałam swoich ulubieńców. 
• Hialu Pure • Serum z kwasem hialuronowym 3%

• Hialu Pure • Serum z kwasem hialuronowym 3%

Wraz z wiekiem (oraz milionem innych czynników!) zmieniają się potrzeby skóry. Jedną, pewną stałą jest oczywiście potrzeba nawilżenia. Nawilżona skóra odwdzięczy nam się nie tylko ładnym wyglądem w i bez makijażu, więc warto ją pielęgnować. Jako kobieta ciekawska świata kosmetyków co jakiś czas zmieniam produkty, szukam tych najlepszych. Najlepszych dla mnie i mojej cery. Tym razem w moje ręce trafiło serum z kwasem hialuronowym 3% Hialu Pure, o którym chciałabym Wam napisać dzisiaj kilka słów.

Hialu Pure to serum z kwasem hialuronowym w formie żelu. Jest produktem o najwyższej jakości. Stosowany na skórę poprawia nawodnienie skóry właściwej przyczyniając się do poprawy jej elastyczności i sprężystości. Skóra staje się bardziej nawilżona i odżywiona. Regularne stosowanie opóźnia procesy starzenia, a skóra odzyskuje naturalną jędrność i blask. Stosowanie serum jako podkład pod krem nawilżający powoduje lepsze wchłanianie substancji odżywczych z kremu. Stosowany pod oczy daje efekt chłodzący i uczucie świeżości. • Ingredients: Aqua, Hyaluronic Acid, Gluconolactone, Sodium Benzoate


Serum z kwasem hialuronowym trafiło do mnie poprzez wrześniowe pudełeczko Shinybox. Od strony wizualnej od razu mnie zainteresowało i szybko trafiło do użycia. Moją uwagę zwróciła szklana buteleczka z wygodną pipetą, która pozwala bezproblemowo aplikować serum w formie gęstego żelu. Pipeta pozwala na precyzyjne naniesienie kosmetyku w wybrane miejsce na twarzy bez niepotrzebnego kontaktu dłoni z preparatem pozostającym w buteleczce.

W moim odczuciu serum ma silne właściwości nawilżające. Początkowo gdy nie mogłam się przyzwyczaić do nakładania kosmetyku o takiej konsystencji nawilżone było.. wszystko. Moja cera i skóra wręcz piła kosmetyk. Serum nie było ciężkie - po jego nałożeniu czułam, że moja twarz jest świeża i lekka mimo nałożonych kosmetyków. Samodzielnie zastosowane serum odżywiało cerę i pozostawiało ją wygładzoną, przyjemnie miękką o nieco satynowym odczuciu pod palcami. Nawet urywając pielęgnację cery na tym etapie była świetnie przygotowana pod makijaż. Serum stanowiło dobrą bazę, która trzymała w ryzach nałożony podkład czy puder. Serum stosowane pod krem wzmagało jego działanie. Dzięki niemu moja cera wyciągnęła ze słabego co najlepsze, a nawet ulubieniec we współpracy z Hialu pure zaskoczył mnie mocniejszym działaniem.

Produkt występuje w trzech wariantach - ich składy różnią się jedynie stężeniem kwasu hialuronowego. Producent sugeruje, że odpowiednia wartość stężenia jest terapią przeciwzmarszczkową dla różnych grup wiekowych. 1% przeznaczony jest do pielęgnacji cery 25+, 3%, które stosowałam do cery 35+ oraz najsilniejsze 5% dla wieku 45+. Przedział cenowy na stronie producenta to od niespełna 10 zł do 22 zł za 10 ml lub 22 - 33 zł za 30 ml - cenę oczywiście dyktuje wartość stężenia kwasu hialuronowego. Przyznam szczerze, że pisząc teraz ten wpis już byłam bliska wrzucenia kolejnej buteleczki tego produktu do koszyka, gdyż na tyle mi się on spodobał.. jednak powstrzymały mnie kosmetyczne zapasy. Z pewnością jednak zdecyduję się na niego w okresie wakacyjnym, aby i wtedy sprawdzić jego możliwości, a przede wszystkim zabrać sprawdzony kosmetyk na urlopowy wyjazd.


To skomplikowane! czyli 8 filmów z motywem skomplikowanej miłości

To skomplikowane! czyli 8 filmów z motywem skomplikowanej miłości

Zakochani mają swoje święto całym rokiem - tak mówią przeciwnicy Walentynek, jednak ja wychodzę z założenia, że każde święto jest dobrą okazją do celebrowania chwil. Walentynki to czas, kiedy można podarować sobie kiczowatego misia, oklepane kwiaty czy słodkości w kształcie serca. Można ten dzień spędzić również wychodząc do ulubionej knajpki, na wspólnej pasji lub po prostu razem w mieszkaniu w rytmie slow. Nie ważne czy będziecie świętować czy nie mam dla Was 8 komedii romantycznych z wątkiem skomplikowanej miłości. Filmy dobre od święta jak i ot tak po prostu, na wieczór. Jesteście ciekawi co dla Was wybrałam?


PRZYJAŹŃ


Miłość, która rozkwita z przyjaźni to piękna sprawa. Śmiało mogę powiedzieć, że właśnie tak wyglądała moja. Oboje z chłopakiem wiedzieliśmy, że miłość wisi w powietrzu, uświadomiliśmy sobie to niemal od razu, niestety nasi filmowi bohaterowie nie byli aż tak przewidujący.
Julianne w filmie Mój chłopak się żeni (1997) uświadamia sobie, że kocha przyjaciela, gdy ten na chwilę przed znaczącymi urodzinami prosi ją o zostanie jego drużbą na ślubie z bogatą Kimberly. Podobnego przebudzenia doznaje Tom w filmie Moja dziewczyna wychodzi za mąż (2008). Kobieciarz również zostaje drużbą swojej przyjaciółki i w tym momencie uświadamia sobie miłość do przyszłej panny młodej. Motyw miłości do osoby, która lada moment ma wziąć ślub z innym to temat często powielany. Kolejna jest Rachel z Pożyczony narzeczony (2011), która podsuwa swojej przyjaciółce przyjaciela ze studiów, w którym się podkochiwała. Uczucie powraca do niej jak bumerang podczas szczerych rozmów oraz w momencie, gdy po urodzinach budzi się z nim w łóżku... Rosie z filmu  i powieści Love, Rosie (2014) również jest tą uprzejmą koleżanką, która sugerując przyjacielowi zaproszenie na bal innej dziewczyny ściąga na siebie lawinę kłopotów oraz oddala się od swojej sympatii. Koniecznie obejrzyjcie te filmy, gdyż nie zdradzę Wam zakończenia, a nie wszystkie kończą się jak w bajce ;) 


INNE KOMPLIKACJE


Zbyt późne zorientowanie się, że wielka miłość była tuż obok nas to tylko jeden z problemów miłosnych. Częste rozstania i powroty, kłótnie - da się przeżyć! Trudniejsze jest przyznanie się do uczucia, ułożenie sobie tego w głowie..
Jane to rozwódka, która decyduje się na podtrzymanie relacji seksualnych z byłym mężem. W międzyczasie poznaje innego mężczyznę. Czy dawne uczucie wygasło czy wciąż się tli? Temat filmu doskonale podkreśla tytuł To skomplikowane (2009). Basia z Dzień dobry, kocham Cię (2014) z kolei przypadkowo poznaje przystojnego lekarza, który nie pamięta własnego numeru telefonu. Kiedy o nim myśli wnet ktoś dzwoni do drzwi - przyjaciel z dawnych lat. Czy szybki rozwój sytuacji nie zaszkodzi szczęściu dziewczyny? Andrew to asystent, który na wylot zna swoją przełożoną. Ciągłe przebywanie z kimś może doprowadzić do zrodzenia się uczucia.. ale czy prawdziwego? Aby dowiedzieć się czy Andrew zostanie Narzeczonym mimo woli (2009) czy z własnej woli koniecznie obejrzyjcie ten film. Na koniec urocza para, która właśnie pojawiła się w kinie z nowym hitem - Ania i Tomek. Para, która długo nie mogła przyznać się przed sobą do miłości. Tomek namówił Anię, aby wzięła udział w reality show Planeta singli (2016). Kiedy ona szuka miłości w sieci, on powoli się w niej zakochuje..  


Nie każdy związek zaczyna się idealnie - pokazują to nawet na filmach. Bez kwiatów, miłosnych wyznań, brokatu i serduszek. W miłości ważne jest nadawanie na tych samych falach. Kochani, żyjemy w XXI wieku - każdy z nas może zrobić pierwszy krok, zawalczyć o miłość. Nie czekajcie, aż będzie zdobywani niczym bohaterki czarno-białych romansów, zbierzcie się na odwagę...


* grafiki wykorzystane we wpisie to plakaty filmowe udostępnione na portalu Filmweb *


* grafiki wykorzystane we wpisie to plakaty filmowe udostępnione na portalu Filmweb *
• Evree • Sugar lips - peeling cukrowy do ust

• Evree • Sugar lips - peeling cukrowy do ust

Wydaje mi się, że choćbym nie wiem jak sobie wbijała do głowy to nigdy nie zapamiętam tego jak ważna jest pielęgnacja stóp i ust. Stopy to taki temat odwiecznie traktowany przez wszystkich po macoszemu, ale usta? W moim wykonaniu niestety też. Na ogół przypominam sobie o nich, gdy szminka zaczyna na nich brzydko wyglądać, a jest to zwykle skutkiem oblizywania ust przy włączonej klimatyzacji (najczęściej w pracy). Niby ma się tyle produktów do balsamowania ust, ale na ogół żadnego pod ręką. Przed moim styczniowym-rocznicowym wyjazdem uratował mnie zestaw dwóch kosmetyków i dzisiaj będzie o jednym z nich.


Mamy to! Choć.. czy nie zabrzmiało to nieco zbyt radośnie? Ups, problem się nawarstwił. Usta popękały, uśmiech boli, a suche skórki wyglądają niczym łuski smoka. Najbliższe dni spędzę na doprowadzaniu ust do względnego wyglądu. Najlepszy domowy patent to masaż ust szczoteczką do zębów, ale mam również dla niej alternatywę w postaci peelingu cukrowego do ust Evree.


Zacznijmy od najmniej przyjemnej kwestii, czyli niehigienicznego opakowania. Niestety produkt mieści się w słoiczku, więc jest to niehigieniczne rozwiązanie. O ile z balsamów do ust w tej postaci staram się sukcesywnie rezygnować, to peeling jeszcze przeboleję, gdyż korzystam z niego wyłącznie w domu. Aplikacja produktu na usta nie jest trudna - konsystencja nie utrudnia ani nanoszenia kosmetyku na usta ani wykonywania peelingu, wszystko ładnie się trzyma. Drobinki cukru zawarte w kosmetyku są drobne, dzięki czemu masaż ust jest przyjemny, delikatny i nie sprawia bólu. Usta z każdym użyciem są widocznie bardziej wygładzone, a po każdym zabiegu z użyciem peelingu Evree są dodatkowo pokryte ochronną warstewką podobną do tej, którą zostawia pomadka nawilżająca.

Peeling do ust Evree otrzymacie w dwóch wersjach - pomarańcza oraz poziomka, czyli ten o którym piszę. Sądzę, że pomarańcza będzie równie słodko smakować i pachnieć co poziomka, ale tym razem postawiłam na poziomkę, gdyż miałam już wcześniej pomarańczowy peeling do ust Marizy. Producent oczywiście po użyciu peelingu rekomenduje użycie balsamów do ust z tej samej serii, czyli My Super Balm lub nowszej linii Lips & more. Ciekawostką jest to, że balsamy występują w roli multifunkcyjnej - pomagają na 8 różnych potrzeb poza pielęgnacją ust ;)



Przeczytaj także:
Mariza - pomarańczowy peeling do ust
Sylveco - odżywcza pomadka z peelingiem
• Beauty buffet by watsons • Maski w płachcie ze skwalanem, kwasem hialuronowym oraz migdałowym

• Beauty buffet by watsons • Maski w płachcie ze skwalanem, kwasem hialuronowym oraz migdałowym

Marki własne drogerii i perfumerii to zawsze temat, który dzieli społeczność na różne grupy. Niektórzy uważają je za gorszy sort dla osób, których nie stać na oryginały, a inni cieszą się dobrą jakością w niższej cenie, która przecież nie uwzględnia promowania znaczka czy loga. Dzisiaj przychodzę do Was z kosmetyczną marką własną - Beauty buffet. Kosmetyki tej marki są dostępne w sieci drogerii Watsons, czyli w takim azjatyckim Rossmannie. Dzięki mikołajkowej paczce od Magdaleny z I love dots trafiły do mnie trzy różne maski w płachcie: z kwasem hialuronowym, z kwasem migdałowym oraz skwalanową, o których dzisiaj opowiem Wam kilka słów.


Maski w płachcie są jednymi z najpopularniejszych kosmetyków azjatyckich i wcale się temu nie dziwię. Są wygodnym rozwiązaniem, zwłaszcza jeśli tak jak w przypadku Beauty buffet mają foliową podkładkę, która pozwala rozłożyć bez naderwania czy innego uszkodzenia maseczkę przed nałożeniem na twarz. Dobrze nasączone płachty mają odpowiednie wycięcia na oczy/nos/usta. Płachta również dobrze trzyma się na twarzy, więc można robić coś jeszcze w chwili relaksu.

Każda z maseczek zachwyciła mnie działaniem. Niestety ciężko będzie mi je rozgraniczyć, gdyż nie zauważyłam rozbieżności w ich właściwościach. Każdą z nich moja cera chłonęła jak szalona by potem być idealnie miękka, widocznie nawilżona i promienna. Miłym zaskoczeniem był dla mnie również fakt, że pozostała na twarzy warstewka nie była lepka, a sprawiała wrażenie wygładzenia i otulenia cery. Sprawdziłam ją jako bazę pod makijaż bez użycia kremu czy innych preparatów i przyznaję, że dobrze sprawdziła się w tej roli.

Na koniec dodam również, że chwalę sobie opakowania: nienaganną grafikę, która nie rozprasza uwagi, natomiast przyciąga kolorami, więc gdyby ktoś je gdzieś spotkał to niech mi szybko daje znać! :) Błądząc po internetach niestety nie trafiłam ich nigdzie, kilka dni temu w którymś sklepie online mignęły mi inne maseczki Watsons - pamiętam, że cena była w dolarach, ale w przeliczeniu na złotówki wahała się w granicach dyszki.

• Neutrogena • Hydro Boost - Nawadniający żel do mycia twarzy

• Neutrogena • Hydro Boost - Nawadniający żel do mycia twarzy

W pielęgnacji mojej cery praktycznie stale jest obecny żel do mycia twarzy. Chętnie z nimi eksperymentuję, gdyż zależy mi głównie na dobrym i delikatnym oczyszczaniu, a reszty takiej jak nawilżenie oczekuję od innych produktów. Jeszcze przed latem 2018 trafił do mnie nawadniający żel do mycia twarzy Hydro Boost od Neutrogeny. Otrzymałam go w paczce z kosmetykami do przetestowania z pracy. Początkowo sprawiał dobre wrażenie, a jak dobił denka tego dowiecie się czytając opinię o nim.


Żel Neutrogeny mieści się w smukłej butelce z pompką - klasyczne rozwiązanie w stosunku do tego typu produktów. Identyczne buteleczki zastosowała Bielenda, Under Twenty, Pharmaceris czy Aloesove (i długo by jeszcze wyliczać!). Produkt można dostać wyłącznie w Rossmannie w cenie do 20 zł za 200 ml. Opakowanie jest plastikowe, więc bez obaw potłuczenia zabrałam je na wakacyjny wyjazd nad morze - w czerwcu akurat już blisko było mi do denka, więc po zużyciu mogłam wyrzucić opakowanie i wrócić z lżejszą kosmetyczką.


Pierwsze użycie kosmetyku było przyjemne - zaskoczył mnie jego delikatny, nie drażniący oczu zapach, który był wyczuwalny jedynie w trakcie użycia. Kosmetyk miał konsystencję typową dla tego typu produktów, nie jest ani zbyt gęsty, ani lejący, więc wygoda użytkowania była zapewniona. Kolejne użycia niczym się nie wyróżniały, jednak mniej więcej w połowie opakowania zauważyłam, że moja cera stawała się przesuszona. Nie zmieniałam w tym okresie nic w swojej pielęgnacji, więc wszystkie negatywne myśli kierowały się w stronę tego żelu. Pod sam koniec buteleczki, kiedy przebywałam nad polskim morzem nawet używałam treściwszego kremu z racji przebywania na słońcu i opalania, a problem wciąż się pojawiał, więc w trosce o moją cerę zużyłam końcówkę produktu jako żel do mycia rąk. Niestety, ale produkt mnie rozczarował. W tym przypadku mam swoje typy produktów i wolę do nich wracać, niż się rozczarowywać..


Jakich produktów do mycia twarzy obecnie używacie? Co polecacie?
• Indigo • Serum do paznokci z mirrą

• Indigo • Serum do paznokci z mirrą

Witam Was noworocznie na moim blogu! Minął najgorętszy okres w handlu, również zalizyłam swoje szkolenia i dostałam już awans, więc liczę na odrobinę więcej spokoju - mam nadzieję, że tak będzie choćby podczas kilku dni urlopu, które czekają na mnie w przyszłym tygodniu. Poza tym zdaje się, że wszystko u mnie po staremu - wciąż walczę z suchymi skórkami wokół paznokci. Kto z Was również zmaga się z tym problemem? Macie na to sprawdzone metody? Dzisiaj chciałabym Wam powiedzieć kilka słów o produkcie, którego używam do ich pielęgnacji - z jakim skutkiem?


Od kiedy pamiętam obgryzałam paznokcie, ale później w wieku dojrzewania zamarzyły się ładne paznokietki. Od tamtego czas borykam się zatem z wiecznie suchymi lub zadartymi skórkami wokół paznokci. Nie lubię tego problemu (z resztą kto lubi problemy?!), ponieważ wygląda to nieestetycznie. Wciąż uważam, że regularnie stosowany krem, oliwki i inne kosmetyki uratowałyby sprawę, ale wtem wchodzi tempo pracy, kurz, mydło, woda, ręczniki papierowe.. i voilà!

Co jakiś czas testuję różne produkty, które mają mi pomóc i jakiś czas temu trafiłam na serum do paznokci Indigo z mirrą (22 zł / 25 ml), które otrzymałam w wielkiej paczce od marki Indigo podczas Meet Beauty. Kosmetyk otrzymujemy zabezpieczony w kartoniku, docelowo mieści się w pisaku, którego aplikator jest pędzelkiem dla wygody rozprowadzania. Myślę, że u wielu z Was skojarzenia sięgnie kilku drogeryjnych korektorów, jednak różnica tutaj jest taka, że serum prezentuje się nieco ekskluzywnie, w stylu glamour. Cenię sobie przede wszystkim jego poręczność - niewielkie rozmiary pozwalają mieć je zawsze przy sobie - mieści się czy to do kieszeni czy do kosmetyczki. U mnie bardziej się chwali niż klasyczne rozwiązanie olejku w opakowaniu lakieru.
Cały majstersztyk tkwi jednak w składzie. Miks olei jojoba (nawilżenie, odżywienie, regeneracja), migdałowego (likwidacja stanów zapalnych, wzmocnienie płytki paznokcia) oraz arganowego (pobudzenie wzrostu paznokci, regeneracja) wzmacnia dodatkowo ekstrakt z pokrzywy (wzmocnienie płytki paznokcia). Serce tego serum bez wątpienia stanowi olejek z mirry (likwidacja stanów zapalnych, stymulacja paznokcia - wzrost, regeneracja).

Wszystko ładnie, pięknie - a jakie jest działanie? Podczas używania serum paznokcie są wzmocnione, a skórki wokół nich są zadbane, miękkie i bez zadziorów. Efekt utrzymuje się jednak jedynie w okresie stosowania produktu. Niestety dłonie są wciąż narażone na negatywne czynniki - ciągłe mycie rąk, sprzątanie wraz z użyciem detergentów, skrobanie szyby samochodu na mrozie itp, więc wymagają ciągłej dbałości i pielęgnacji. Czy ten produkt się u mnie sprawdził? Wygoda aplikacji i obecność produktu cały czas przy mnie jest jak najbardziej na plus. Serum również szybko się wchłania, więc nie przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu. Samo opakowanie stanowi również ciekawy gadżet.

Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger