• Lovenue • Pędzle do makijażu

• Lovenue • Pędzle do makijażu

My kobiety lubimy się bawić makijażem, odkrywać w czym nam do twarzy, jednak codzienny makijaż wymaga od nas nie tylko precyzji, ale również szybkości i łatwości w wykonywaniu. Do tego są niezbędne pędzle do makijażu. Pędzle to nie tylko ozdoba kobiecej toaletki, ale również wspaniałe narzędzie codziennej pracy. Szukamy tych, które nie zjadają kosmetyków, są delikatne dla cery i trwałe, gdyż dbając o higienę często je czyścimy, a nie znosimy wypadającego włosia. Wciąż czytam recenzje różnych marek - od topowych, popularnych marek po aliexpresowe zdobycze. Przyznam, że przez cały ten czas nigdy nie trafiłam na markę Lovenue, którą sama odkryłam w paczce po spotkaniu blogerek w Ostrowcu Świętokrzyskim. W pierwszej kolejności przetestowałam loveblendery, a chwilę później wzięłam się za 3 pędzle do makijażu.

Inne produkty marki Lovenue: Loveblender, czyli gąbeczki do makijażu w kształcie serca


Pędzle Lovenue znajdujące się w moich zbiorach pochodzą z kolekcji BRUSHME by Lovenue. Mają elegancki wygląd - połączenie jasnego włosia z czarną rękojeścią i złotymi skuwkami oraz grawerem z logo marki. Wszystkie pędzle, które posiadam w swojej kolekcji łatwo oczyścić za pomocą łagodnego szamponu lub mydła, a po wysuszeniu wracają do swojego pierwotnego kształtu. W dodatku odbywa się to bez szkód typu wypadające włosie czy rozklejenie się skuwki. Pędzle mają delikatne włosie i doskonale się z nimi pracuje. Jedną małą wadą, którą zauważyłam jest fakt, że krawędź przy końcu rączki delikatnie się ściera, jednak nie rzuca się to mocno w oczy.


Pierwszy z nich, po który sięgnęłam to pędzel ołówkowy do cieni nr 1. To pędzel, którego zdecydowanie brakowało w mojej kolekcji. Świetnie sprawdza się do nakładania cieni na dolną powiekę bez powodowania osypywania się ich, a także do przyciemniania zewnętrznego kącika oka. Dzięki niemu mój makijaż jest dokładniejszy, a malowanie dolnej powieki nie kończy się efektem pandy pod okiem. Jestem zdecydowanie na tak!

Kolejny to pędzel do różu, bronzera oraz modelowania ramion i obojczyków nr 10. Co do tak szerokiego spektrum działania go nie wykorzystywałam - makijaż robię jednak głównie twarzy :) Przyznam, że na początku mojej kariery byłby zapewne moim makijażowym hitem, jednak obecnie przyzwyczaiłam się do ściętych pędzli, którymi wygodniej mi operować.

Ostatni z mojej trójki jest pędzel do konturowania na mokro nr 8, oprócz tego może służyć do nakładania produktów typu krem, fluid, kremy BB/CC i zdecydowanie w tym się u mnie lepiej sprawdza i dzięki temu częściej go używam. Jego niewielki rozmiar sprawia, że łatwo nim manewrować w trudno dostępnych miejscach takich jak okolice ust czy płatków nosa. Nie mogę oczywiście zarzucić mu, że nie sprawdza się przy konturowaniu na mokro, ponieważ bardzo dobrze rozprowadza tego rodzaju kosmetyki.

• EOS • Crystal - nawilżający balsam do ust o lekkiej formule

• EOS • Crystal - nawilżający balsam do ust o lekkiej formule

Pomadki ochronne to temat rzeka. Mamy ich dużo i wszędzie - w każdej torebce, w kieszeni i w domu. I ja należę do tej grupy, choć właśnie wymieniam swoją kolekcję, ponieważ te w zapomnianych punktach niestety już są po terminie albo mają wątpliwy stan. Niedawno otrzymałam do przetestowania rossmannowską premierę, czyli najnowszy EOS, który właśnie trafia do drogerii. Mowa oczywiście o EOS Crystal, który występuje w dwóch wersjach - wanilia oraz hibiskus z brzoskwinią, który właśnie do mnie trafił. Czy warto zainwestować 35 zł w nowy produkt tej marki? Na to pytanie postaram się Wam odpowiedzieć w dzisiejszym wpisie.


Kilka osób, które widziało mnie już z tym kosmetykiem pytało o niego w kontekście przejrzystego balsamu do ust, z którym jak dotąd nikt się nie spotkał. To faktycznie innowacja również i dla mnie, jednak według mnie po kilku użyciach lśniący kryształ traci swój urok. Matowieje, wygląda jak rant szklanki po tym, jak napije się z niej kobieta pomalowana błyszczykiem. Co do opakowania, to nowy EOS Crystal zdecydowanie bardziej przypomina kształtem jajeczko, a delikatny kolor pudrowego różu jest zdecydowanie dziewczęcy. W opakowaniu nieco brakuje mi wgłębienia, które ułatwiało odkręcania produktu, do którego przyzwyczaiłam się we wcześniejszej wersji słynnego EOSa.


W przypadku kosmetyków należy pamiętać, że zdecydowanie bardziej liczy się zawartość. Wadliwego produktu nie uratuje cieszące oko opakowanie, ponieważ nie będziemy chcieli po niego sięgać mimo wygody i elegancji. A jak jest w tym przypadku?
Producent obiecuje hipoalergiczny produkt, który jest w 100 % wegański - na pewno zauważyliście, że na rynku kosmetycznym pojawia się coraz więcej takich produktów, mamy nowy trend pokierowany szerzącą się grupą odbiorców. W składzie tym razem nie znajdziemy wazeliny ani wosków, a jedynie 5 naturalnych olejków odżywczych, takie jak masło shea, kokosowy, awokado, słonecznikowy i rycynowy, które dają nawilżenie pozostawiając uczucie lekkości. Lekkość w tym wypadku to słowo klucz - nie szukajcie w nim ratunku dla suchych czy problematycznych ust. EOS Crystal sprawdza się u mnie jako codzienna pielęgnacja, jednak w innym przypadku sięgam po coś innego. Balsam bardzo łatwo rozprowadza się  po ustach, a przy tym jest bardzo wydajny. Praktycznie nie widać po nim zużycia, choć kusi on do częstego stosowania ze względu na słodki smak i zapach - przyznaję się bez bicia - ze smakiem oblizuję usta ;)
Podsumowując: EOS Crystal to zdecydowanie kolejny kosmetyk-gadżet, który zwróci uwagę, aniżeli wypielęgnuje usta. Ciekawy produkt na co dzień, który delikatnie nawilży usta.

• Seacret SPA • Chusteczki do demakijażu z minerałami z Morza Martwego

• Seacret SPA • Chusteczki do demakijażu z minerałami z Morza Martwego

Niedawno wróciłam z urlopu - spędziłam całe 2 tygodnie nad naszym pięknym, polskim morzem. Choć na tak długi wyjazd nie pakowałam miniatur, a raczej w większości pełnowymiarowe kosmetyki, to mimo wszystko liczyło się dla mnie to, aby kosmetyki były w jakimś stopniu kompaktowe. W ten sposób zabrałam ze sobą opakowanie chusteczek do demakijażu Seacret SPA, ponieważ zużywając chusteczki opakowanie robiło się coraz bardziej płaskie, a więc zajmowało mniej miejsca. Oczywiście przemknęło mi również przez myśl, aby zdjęcia do opinii o nich zrobić na plaży.

Chusteczki zabrałam ze sobą na wakacyjny wyjazd, tak więc poddawałam je testom na w miarę lekkim makijażu tj. podkład mineralny, wypełniacz do brwi, eyeliner i tusz do rzęs. Do demakijażu wystarczała mi jedna chusteczka, natomiast po jej użyciu domywałam twarz żelem oczyszczającym do twarzy. Chusteczki są dobrze nasączone, nie są suche, ani wręcz nie leje się z nich, jest w sam raz. Dobrze i delikatnie usuwają makijaż, choć w przypadku tuszu musiałam nimi lekko potrzeć oko. Demakijaż mimo wszystko odbywał się bez podrażnień i otarć.
Chusteczki zamknięte są w dość eleganckim jak na foliowe opakowaniu, które dobrze się zamyka tym samym nie pozwalając na wysychanie chusteczek. Producent określa czas na zużycie 25 chusteczek jako 3 miesiące od otwarcia, choć ilość nie wystarczy nawet na pełny miesiąc, co przy kwocie 104 zł za opakowanie wychodzi dość drogo. Cena to jednak nie jedyny minus - w przypadku wysokiej ceny oczekujemy również jakości. Opakowanie po podróżach w kosmetyczce i ciągłym przekładaniu niestety nieestetycznie się pogniotło, skład produktu jest dość dłuuugi, a w dodatku chusteczek nie można spuszczać w toalecie, choć o wiele tańsze mają taką możliwość..
Nie zrozumcie mnie źle, produkt w moim odczuciu jest dobry, jednak w tej cenie kupiłabym kilka innych dobrych produktów do demakijażu. Cieszę się jednak, że miałam okazję go wypróbować dzięki Shinyboxowi - w końcu pojawił się w nim droższy, jakby luksusowy produkt.


A Wy jakich produktów do demakijażu na wyjeździe używacie?
• A'Pieu • Icing sweet bar sheet mask watermelon (maska w płachie Arbuz)

• A'Pieu • Icing sweet bar sheet mask watermelon (maska w płachie Arbuz)

Wszystko co dobre szybko się kończy, a najszybciej długo wyczekiwany urlop. Urlop w tym roku nieco pokrzyżował mi plany, gdyż pobyt nad morzem niestety nieco wykluczył udział w See bloggers. Choć nie mogłam uczestniczyć w festiwalu to na bieżąco śledziłam Wasze social media - zwłaszcza instagram, gdzie podziwiałam organizację wydarzenia i moc atrakcji, jakaą przygotowali organizatorzy. Widziałam również, że wśród podarunków otrzymaliście maski w płachcie od koreańskiej marki A'pieu, która w ostatnim czasie pojawiła się jako wyjątkowy produkt w Rossmannie. Ciężko było mi się zdecydować stojąc przed całym standem maseczek, jednakże wygrała miłość do arbuzów - zakupiłam maskę w płachcie na bazie wody morskiej i ekstraktu z arbuza. Jak się sprawdziła?


Użyłam jej tuż po powrocie z urlopu spędzonego na plaży - moja cera była wystawiona na ciągłe działanie słońca, więc mimo stosowania kremów nawilżających z filtrem nieco się przesuszyła, na co miał również wpływ nowo testowany krem. Ponadto przed nałożeniem maski pojawiły się również na twarzy zaczerwienienia w związku z usuwaniem włosków pęsetą oraz suche skórki w okolicy nosa, które były skutkiem kataru i ciągłego operowania chusteczkami wokół niego.

Co na to maska? Po otwarciu wyjęłam mocno nasączony płat maski z odpowiednimi wycięciami, który łatwo przylgnął do skóry i się na niej trzymał kiedy siedziałam i korzystałam z komputera. Nie chcę marudzić, jednak wycięcia na oczy mogłyby być troszkę większe, a ja wcale nie mam takich dużych oczu (!), a ponadto maska zawierała w sobie tyle esencji, że aż kapała mi na dekolt. Tą drugą wtopę jej wybaczę, ponieważ po prostu wklepałam ją dodatkowo nawilżając ciało, które dodatkowo przyjęło ładny owocowy zapach, który posiada maska. Nawet teraz gdy piszę ten post siedzę i wącham sobie opakowanie po produkcie - może nie jest to zapach w 100% naturalny, jednak pięknie arbuzowy, którego spodziewałam się po grafice na opakowaniu. Nie samymi względami estetycznymi jednak człowiek żyje - zapewne ciekawi Was jak sprawdziła się maseczka? Po zdjęciu maski z twarzy widać było, że cera wręcz piła esencję - sprawiała wrażenie jakby bardziej nawodnionej, jędrniejszej. Maska złagodziła również zaczerwienienia i prawie udało jej się uporać z częścią suchych skórek - podejrzewam, że sprawę do końca rozwiąże jeszcze jeden zabieg peeling + maska. Pozytywnie oceniam efekt po użyciu maski, choć jak wiadomo był to efekt krótkotrwały i tradycyjnie wręcz pozostawiający uczucie lepkiej skóry.


Znacie markę A'pieu?

• Skin 79 • Natural 98 yum yum cleanser adlay (oczyszczający mus do twarzy)

• Skin 79 • Natural 98 yum yum cleanser adlay (oczyszczający mus do twarzy)

Mój urlop trwa od poniedziałku w najlepsze - oczywiście przebywam nad polskim morzem. Uwielbiam je pomimo chłodnej wody, cenię je za spokój jaki dla mnie niesie, sporą dawkę jodu oraz witaminę D, którą przyjmuję leżąc na plaży. Choć na taki wypoczynek czekam całym rokiem, to jednak muszę w tym momencie wrócić myślami do pracy. Pracując w Rossmannie, myślę, że można tak powiedzieć, mam pierwsza dostęp do kosmetyków w obowiązujących promocjach, nowych cen na do widzenia, a czasem się zdarzy okazja by kupić taniej produkty np ze względu na uszkodzone opakowanie. Nie pamiętam już dokładnie z jakiej okazji skorzystałam w tym przypadku, jednak dzięki mojemu miejscu pracy kupiłam połowę taniej gwiazdę dzisiejszego wpisu, czyli Natural 98 Yum yum cleanser adlay marki Skin 79 znanej z kremów BB oraz masek w płachcie. Kosmetyk wzbudził moje zainteresowanie, ale czy jest wart swojej wysokiej ceny?


Natural 98 Yum yum cleanser adlay to mus oczyszczający do twarzy. Produkt zamknięty jest w niewielkim słoiczku z wieczkiem,  a do niego otrzymujemy w zestawie szpatułkę do higienicznej aplikacji  produktu na twarz. Zestaw mieści się w niefoliowanym kartoniku, na którym niewiele jest informacji w naszym ojczystym języku. Przyznam szczerze, że po otwarciu opakowania nieco zwątpiłam widząc niewielką ilość (100 g) kosmetyku - od razu stwierdziłam, że wystarczy raptem na kilka użyć. Jakże się wtedy myliłam! Mus, który jest nieco bardziej zbity niż zwykła pianka do golenia w kontakcie z twarzą rozprowadza się jak gruba warstwa kremu Nivea, który pamiętam jeszcze z dzieciństwa - tyle, że bardziej napowietrzona. A w dodatku bardzo wydajny - za pierwszym razem nabrałam całą szpatułkę widoczną na zdjęciu - taka porcyjka kosmetyku starczyłaby mi na 2-3 użycia (!).



Oczyszczanie twarzy tym produktem należy do przyjemnych - jest delikatny dla twarzy, nie pozostawia jej ściągniętej, a przyjemnie miękką. Ponadto przy regularnym używaniu zauważyłam, że przebarwienia po trądziku i cera jest delikatnie rozjaśniona. Producent zapewnia, że produkt ma silne działanie antyoksydacyjne i zawiera substancję o działaniu przeciwzapalnym. Co do pierwszego to ciężko jest mi się wypowiedzieć, jednak gdy mowa o drugim to faktycznie, gdy na mojej cerze pojawiły się jakieś krostki czy inni nieprzyjaciele, to produkt dbał o to, aby nie stały się to zaognione zmiany, spokojnie i szybko znikały. Jedyne z czym się nie zgadzam to opis producenta w stosunku do zapachu. Na opakowaniu znalazłam informację, że mus ma energetyzujący, owocowy zapach. W moim odczuciu zapach jest raczej uspokajający i kojący, delikatnie cytrusowy. Dla zainteresowanych wrzucam również zdjęcie składu bogatego w oleje i ekstrakty z owoców.


Czy produkt jest warty swojej regularnej ceny bliskiej 80 zł?
I tak i nie - wszystko zależy od zasobności portfela - mnie trochę by bolało, dla innej osoby to jak splunąć. Kosmetyk z pewnością jest wart wypróbowania ze względu na ciekawą konsystencję, dobre i łagodne działanie oczyszczające, a także kojenie zmian na cerze.
Testujemy marzenia: nauka jazdy na longboardzie

Testujemy marzenia: nauka jazdy na longboardzie

Jestem osobą, która nie usiedzi w miejscu. Nie powinno Was to zdziwić, że w tym roku również wzięłam udział w akcji #CHCĘTOPRZEŻYĆ organizowanej przez Katalog marzeń. Ideą tej akcji jest testowanie atrakcji w formie przeżyć, czyli świetna alternatywa dla namacalnych prezentów. Obecnie zbliża się koniec pierwszego etapu, w którym każdy z uczestników miał do wyboru jedno z kilku zaproponowanych aktywności. W zależności od lokalizacji dostępne były m.in. jazda sportowym autem, monster truckiem lub tandemem, dream jump, spływ kajakowy, wirtualna rzeczywistość lub nauka jazdy na longboardzie, na którą się zdecydowałam. 


Inne atrakcje oferowane przez Katalog Marzeń, które testowałam w ramach akcji #CHCĘTOPRZEŻYĆ: rajdowa jazda Peugeot 106 s16 po torze | dream jump
Nauka jazdy na longboardzie została poprowadzona przez instruktora ze szkoły jazdy na longboardach Longboardmania. Szkołę prowadzą instruktorzy, którzy stworzyli własny sposób na życie, który zrodził się z nastoletniej pasji do deski. Nic więc dziwnego, że instruktor, któremu trafiła się grupa amatorów, wykazywał się dużą wiedzą i doświadczeniem, łatwo przychodziło mu również diagnozowanie problemów z jazdą i korygowanie ich. Musicie mi wierzyć na słowo: byłam gwiazdą grupy, która za szybko przebierała nogami i planowa jazda prosto kończyła się łukiem w lewo! Na szczęście proste i rzeczowe tłumaczenie oraz wskazówki dały mi szansę na naukę. Mi i mojemu facetowi, ponieważ wejściówka obejmowała godzinne zajęcia z nauki jazdy dla dwóch osób
Przyznam, że te zajęcia to była spora dawka świetnej zabawy, wiedzy i nauki, a także niezły trening! Nauka jazdy wymagała koordynacji wzrokowo-ruchowej, ale również i energii. To świetny pomysł na prezent dla osób, które żyją aktywnie i nie boją się sportowych eksperymentów. Ponadto z takich zajęć ucieszy się każdy fan longboardu, ponieważ zajęcia są organizowane na różnych poziomach zaawansowania. Warto również wybrać się na nie w przypadku chęci zakupu lub posiadania longboarda, aby sprawdzić czy to sport dla nas. Na koniec zaznaczę, że zwykle jeżdżę na rowerze lub rolkach, a mimo to przed zajęciami obawiałam się wybitych zębów, pościeranych kolan i całej masy siniaków. Instruktor Longboardmanii zadbał o nasze bezpieczeństwo, a wiedza i szkolenie było przekazywane w taki sposób, że dałam sobie radę, a mój facet jest nawet chętny, aby wybrać się na kolejne zajęcia. Myślę, że to najlepsza rekomendacja!


Jeździcie na deskach?
Wybralibyście się na takie zajęcia?
• Dermacol • antystresowy żel pod prysznic i olejek do ciała winogrono i limetka

• Dermacol • antystresowy żel pod prysznic i olejek do ciała winogrono i limetka

Ostatnie dni sprawiły, że zupełnie oderwałam się od rzeczywistości. Upały i ciągła praca nie pozostawiały sił na życie prywatne, w tym moje małe miejsce w sieci. Na szczęście urlop już coraz bliżej - mam nadzieję, że wypocznę, nabiorę sił i wrócę pełna energii na pozostałą część lata. Pozostał niecały tydzień - jeszcze tylko dwie zmiany w pracy, realizacja atrakcji z akcji #chcętoprzeżyćII oraz bieg i już w najbliższy poniedziałek będę wylegiwać się na plaży. A tymczasem chciałabym Wam opowiedzieć o kosmetykach Dermacol z zapachem kojarzącym się z latem, który ja zużyłam.. zimą. Jesteście go ciekawi?

Inne kosmetyki marki Dermacol: Płyn micelarny do cery wrażliwej Sensitive 


Markę Dermacol, której produkty dzisiaj Wam przedstawię, miałam okazję poznać bliżej podczas prezentacji pani Lucyny podczas spotkania blogerek w Ostrowcu Świętokrzyskim. Przyznam, że choć większość dziewczyn przepadła podczas testów pomadek, to mnie o dziwo w tamtej chwili bardziej kusiło wąchanie kosmetyków do ciała. Moją uwagę skupił na sobie żel pod prysznic, który trafił do użycia chyba jeszcze tego samego dnia po powrocie do domu ze spotkania. Nie powinno Was to dziwić, zwłaszcza, że jednym z moich wymagań co do żelu pod prysznic oprócz dobrego oczyszczania i nie wysuszania skóry jest zapach.

Antystresowy żel pod prysznic winogrono z limetką (pojemność 250 ml, cena do 10 zł) ma wyrazisty, lecz jednocześnie świeży zapach owoców. Zapach jest trwały i podczas kąpieli czy prysznica wypełnia zapachem całą łazienkę słodką wonią winogron przegryzioną kwaskiem limetki. Producent obiecuje, że taka kompozycja zapachowa uwolni nagromadzony w ciągu dnia stres oraz uspokoi ciało i zmysły. Muszę przyznać, że tak właśnie jest. Zapach produktu pozwala oderwać się od rzeczywistości, przenieść w czas słonecznego i beztroskiego lata pachnącego świeżymi kiśćmi winogrona zrywanego prosto z krzaka w ogrodzie. Skoro kwestie zapachu mamy omówione, warto zwrócić uwagę, że żel znajduje się w miękkiej tubie, z której z łatwością można go wydobyć do ostatniej kropli. Produkt ma żelową konsystencję i dobrze oczyszcza ciało bez podrażnień czy przesuszenia skóry, choć moja po kąpieli jednak wymaga dodatkowego nawilżenia, ale przecież nie tego oczekuję od żelu pod prysznic. Myślę, że zachwyty nad kompozycją zapachową upewniają Was w założeniu, że chętnie wypróbuję inne wersje zapachowe - może znów coś świeżego i owocowego jak np arbuz, sorbet mandarynkowy czy gruszka? Zimą z pewnością sięgnę po kawę, belgijską czekoladę lub jabłko z cynamonem. A chciałabym zauważyć, że w gamie produktów jest jeszcze kilka innych zapachów..



Wraz z żelem pod prysznic otrzymałam antystresowy olejek do ciała (pojemność 50 ml, cena do 25 zł) z tej samej linii zapachowej, czyli winogrono z limetką. W kwestii zapachu nic się nie zmienia - świeży, odprężający aromat winogrona i limetki, który długo utrzymuje się na ciele. Mój facet twierdzi, że ma zbyt mocny zapach - faktycznie użyty w ciągu dnia mógłby kłócić się z perfumami, jednak bólu głowy nigdy od niego nie miałam. Produkt mieści się w małej buteleczce z pompką, która ułatwia aplikację - nie trzeba odkręcać całej buteleczki, a jedynie zdjąć zatyczkę i nacisnąć. Nie zdarzyło mi się nigdy, aby rozbryznął wokół niż miejsce docelowe. Przechodząc do samego działania - ładnie nawilża ciało, po depilacji również zauważyłam, że delikatnie usuwa podrażnienia, nie powoduje szczypania przy nieciągłościach naskórka jak niektóre produkty. Wystarczy kilka pompek aby posmarować całe ciało, jednak muszę przyznać, że smarując nim najczęściej same nogi widzę jak szybko znika z buteleczki. Kosmetyk ma dość gęstą konsystencję w swym bogactwie olejków (oliwa z oliwek, oleje z awokado, z pestek winogron, z orzechów makadamia, z pestek moreli, olej sojowy, wyciąg z kwiatków nagietka), jednakże dobrze rozprowadza się po ciele. Czytałam, że również dobrze działa na włosy, jednak nie testowałam go w ten sposób, a końcówkę pozostawiłam sobie na suche miejsca, czyli kolana i łokcie :)



Znacie kosmetyki marki Dermacol?
Lubicie wyraziste zapachy w kosmetykach?
3 powody dla których musisz odwiedzić targi kosmetyków naturalnych ☆ Ekocuda kwiecień 2018 ☆

3 powody dla których musisz odwiedzić targi kosmetyków naturalnych ☆ Ekocuda kwiecień 2018 ☆

Targi kosmetyczne to zawsze wielkie przeżycie - zarówno dla wystawców, którzy zazwyczaj w ciągu weekendu zostają odwiedzeni przez całą masę klientów zwykle wahającą się w granicach kilku tysięcy, jak również dla samych klientów. Wiele marek kosmetycznych w jednym miejscu na raz robi swoje - dostępne pod ręką marki, które na co dzień są dostępne jedynie w sklepie internetowym, testery, próbki, gratisy i inne okazyjne ceny połączone z całą targową gorączką sprawiają, że dużo chętniej i szybciej sięgamy po portfel i robimy zakupy. Podobnie wyglądają zwykłe targi kosmetyczne, jak i te dotyczące kosmetyków naturalnych, jak na przykład Ekocuda, w których wzięłam udział w jeden z kwietniowych weekendów w Warszawie. Co zatem wyróżnia targi kosmetyków naturalnych i dlaczego warto wziąć w nich udział?


Zwiększanie świadomości

W dzisiejszych czasach, kiedy kosmetyki naturalne stały się modne ciężko czasem je rozróżnić - oddzielić ziarno od plew. Wielu producentów obiecuje cuda, wianki, natomiast często okazuje się, że rzeczywistość jest zupełnie inna. Podczas targów przedstawiciele marek na stoiskach z przyjemnością opowiedzą Ci więcej o swoich produktach, filozofii marki, a także surowcach wykorzystywanych przy produkcji. Nawet krótka rozmowa da Ci do myślenia skąd bierze się taka a nie inna cena, zrozumiesz zaangażowanie i pasję właściciela i szybko zorientujesz się, że nie wszystko złoto co się świeci - wszak wystawcy przechodzą selekcję.

Nowe odkrycia nieznanych marek

Ty i ja znamy z pewnością wiele kosmetycznych marek - te najpopularniejsze z dobrymi marketingowcami, polecane przez znajomych lub te, które co dzień widzimy na półce w drogerii. Targi to okazja do odkrycia nowości, takich które nie są dostępne w miejscach, gdzie robimy zakupy, premiery, czyli nowości na rynku, a także produkty, które wcześniej nie zwróciły naszej uwagi z różnych przyczyn. Sama podczas targów kupiłam produkty ze stoiska, które dziwnym trafem ominęłam, natomiast koleżanki akurat się przy nim zatrzymały - okazało się, że mieli w ofercie prawdziwe perełki dla uwielbiających kąpiele tak jak ja, ale o tym pod koniec wpisu.

Atrakcyjne ceny i promocje

Kilkunastoprocentowe zniżki czy promocje 3 w cenie 2 to z pewnością nie najważniejszy aspekt targów kosmetyków naturalnych, ale zaoszczędzenie kilku złotych to zawsze świetny pomysł. Dzięki temu można kupić coś lepszej jakości lub pozwolić sobie na więcej. 

Ponadto każde targi kosmetyczne kuszą rozmaitymi warsztatami, możliwościami porozmawiania na temat współpracy czy możliwości przetestowania kosmetyków lub dobrania właściwego na podstawie doświadczenia sprzedających.







Moje zakupy podczas kwietniowych targów Ekocuda

Przyznam szczerze, że nie przygotowałam się na uczestnictwo w targach - wyszło dość spontanicznie, kiedy prosto po Meet Beauty wraz z czterema innymi dziewczynami po prostu zebrałyśmy się i pojechałyśmy na targi do Domu Towarowego Braci Jabłkowskich. Po drodze zdążyłam na szybko przejrzeć plan targów i listę wystawców, dzięki czemu udało mi się wyznaczyć jeden cel - zakup podkładu na stoisku Anabelle Minerals. Nie było mi w tamtym czasie po drodze jechać do sklepu firmowego, natomiast na wiosennym przełomie wolałam się upewnić czy kolor, którego ostatnio używałam wciąż mi pasuje. Do podkładu, który z całego serca Wam polecam dobrałam nowy pędzel - alternatywę dla zabrudzonych lub świeżo umytych i jeszcze wilgotnych pędzli. Skusił mnie również orzechowy balsam do ciała Fresh & Natural, o którym kiedyś czytałam na jednym z blogów. Szczerze przyznam, że żałuję, iż skusiłam się na mniejszą pojemność, gdyż jest naprawdę świetny - z pewnością napiszę Wam o nim kilka słów. Na sam koniec zdecydowałam się na dwie babeczki do kąpieli Bosphaera - gdy czas gonił (byłyśmy na targach przed samym zamknięciem), a stoisk do odwiedzenia nie ubywało prawie udało mi się przegapić tą markę, jednak ocaliły mnie dziewczyny, które akurat przy nim się zatrzymały. Tak pięknie pachnących kul już dawno nie miałam - z pewnością nie będą ostatnimi, jakie u nich kupiłam ;)



• Missha • maseczka w płachcie z ekstraktem z mango

• Missha • maseczka w płachcie z ekstraktem z mango

Wszelkiego rodzaju maski i maseczki to forma kosmetyków po które od zawsze lubiłam sięgać, ponieważ to świetna forma na natychmiastowe nawilżenie czy odżywienie skóry, a także forma relaksu w domowym zaciszu. Muszę przyznać, że ostatnio zaniedbałam ten temat, co widać po ciszy na blogu - dawno już nie pojawił się żaden wpis z opinią na temat maseczek, ale teraz uwaga: przeżywam mały renesans i powracam z nowymi recenzjami. Dzisiaj na pierwszy rzut leci maseczka w płachcie Missha Mango.


Maseczkę Missha Mango otrzymałam w prezencie od mojej przyjaciółki. Przyznam szczerze, że ta koreańska marka zwróciła moją uwagę, jednak jakoś tak się wcześniej nie składało, aby ją kupić, bowiem główna jej dostępność to drogerie internetowe. Cena co prawda mieści się w granicach rozsądku (poniżej 10 zł, w promocji nieco powyżej 5 zł), jednak składanie zamówienia na siłę lub płatność za wysyłkę w kwocie maseczki - sami rozumiecie.. Gdy już trafiła w moje ręce od razu się nią zainteresowałam.
Prosta szata graficzna przedstawia idealne odzwierciedlenie zapachu maski - po otwarciu saszetki do nozdrzy dociera zapach świeżo obranego dojrzałego mango - nic dodać, nic ująć. Zapach jest wyraźny, jednak nie męczący, a jedynie uprzyjemnia czas, w którym mamy maskę na twarz. Nasączona płachta jest dobrze skrojona i delikatnie przylega do twarzy nie przemieszczając się po niej. Efekt po zastosowaniu maski? Nawilżona i promienna cera. Nie będę również ukrywać, że zastosowałam ją po peelingu enzymatycznym, który delikatnie podrażnił moją twarz, natomiast maska ukoiła ją i zniwelowała zaczerwienienia. Niestety po raz kolejny w przypadku maseczek w płachcie nie do końca cieszy mnie fakt, że emulsja pozostawia wrażenie lepkiej cery. I tym sposobem nadmiar z saszetki, który należy wklepać w skórę dosłownie chwilę po wchłonięciu zmywam z twarzy..


Chyba poczułam nagłe przebudzenie w kwestii używania maseczek do twarzy - mam co prawda jeszcze spore zapasy, jednakże kusi mnie zakup kilku kolejnych w obecnie trwającej promocji w Rossmannie na pielęgnację twarzy 2+2. A więc pytanie moje..

jakie maseczki polecacie?
• Dr Irena Eris • Sypki puder transparentny Provoke

• Dr Irena Eris • Sypki puder transparentny Provoke

Nasz makijaż zmienia się w stosunku do pory roku czy czasu jakim dysponujemy na jego wykonanie. Patrząc nawet na instagramowe zdjęcia, w których oznaczacie produkty, którymi wykonujecie make up widać zmiany - czasem pojawi się eyeliner, czasem paletka cieni, niekiedy łączycie to w całość. Jednak w każdym makijażu znajdą się tak obowiązkowe produkty jak podkład, korektor, tusz czy puder. I o tym ostatnim chciałabym Wam napisać kilka słów. 


Puder to dla mnie forma obowiązkowego utrwalenia i zmatowienia podkładu. Nigdy nie pomijam go w makijażu. Od kilku lat regularnie wybieram pudry transparentne, najczęściej w formie sypkiej. Pamiętam, że początki nie były łatwe - puder osypywał mi się na bluzkę w czasie robienia makijażu, natomiast brak oswojenia się z jego aplikacją powodował szybsze jego zużycie, jednak dość szybko nauczyłam się go używać. Od teraz sypki puder to dla mnie bardzo wygodne i wydajne rozwiązanie, które ciężko jest mi zamienić na inne.

Przy jednej z akcji promocyjnych na kolorówkę skusiłam się na jeden z droższych pudrów dostępnych wtedy w szafach z kolorówką Rossmanna. Mój wybór padł na sypki puder transparentny Provoke marki Dr Irena Eris, który kosztował w graniach 80-90 zł za 18 g. Wprawdzie perfumerie oferują droższe marki, jednak czy puder dostępny w drogerii jest warty tej ceny?
Warto zaznaczyć, że kosmetyki kolorowe Provoke od pewnego czasu nie są dostępne w Rossmannie, a w perfumerii Douglas. To spore podniesienie poprzeczki jeśli chodzi o grono odbiorców, natomiast na pierwszy rzut oka ceny raczej się nie zmieniły. Zmiana lokalizacji dostępności to z pewnością dodatkowe info dla klientów świadczące o jakości produktów jakie oferuje dr Irena Eris w linii Provoke. 


Puder Provoke otrzymujemy w lustrzanym pudełeczku. W środku mieści się otwierane i zarazem odkręcane lustrzano-srebrne pudełeczko z plastikowym przejrzystym dołem. Opakowanie pudru przez cały okres użytkowania zachowało się w nienagannym stanie - jedynie gdyby się tak dokładnie przyjrzeć to na dnie znajdują się delikatne rysy. W środku znajduje się lusterko i puszek do nakładania pudru. Klasyczne otwieranie produktu służy do regularnej aplikacji pudru, a zamknięcie stanowi mały zatrzask. W moim przypadku z przyzwyczajenia korzystałam z pędzla, jednakże nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała puszka - również świetnie sprawdza się w tej roli, ponieważ równomiernie aplikuje puder. Puszek to dla mnie świetne rozwiązanie do torebki czy na wyjazd jako oszczędność miejsca. Wspomniałam również o możliwości odkręcenia opakowania - to wspaniała alternatywa dla dostania się do produktu w przypadku zbliżania się do denka - nie trzeba niepotrzebnie stukać ani trzepać, lecz otworzyć pudełeczko w inny sposób.

Sam puder bardzo dobrze się aplikuje, w momencie zetknięcia z twarzą idealnie stapia się ze skórą czy podkładem. Daje naturalny efekt zdrowej cery, nie podkreśla żadnych suchych skórek ani nie wchodzi w załamania. Doskonale matuje, jak również wygładza cerę oraz utrwala makijaż. Idealnie sprawdza się o każdej porze roku, nadaje się do każdego rodzaju cery. W swoim składzie zawiera również aloes, który ma działanie pielęgnacyjne, a także zabezpiecza skórę przed działaniem czynników zewnętrznych, których jeśli chodzi o te szkodliwe niestety mamy coraz więcej. Ten puder jest również bardzo wydajny - na jego zużycie mamy 12 miesięcy od otwarcia i przyznam szczerze, że przy nauczeniu się używania go w optymalnych ilościach można się nie wyrobić w tym czasie. Ponadto nadmienię, że rzadko kiedy zdarzało mi się poprawiać nim makijaż w ciągu dnia, ponieważ nie było takiej potrzeby.


Podsumowując: kupując puder transparentny Provoke otrzymujemy wysokiej jakości produkt , który możemy używać całym rokiem (brak koloru = dopasowanie do aktualnego kolorytu skóry). Cena jest adekwatna do jakości, a patrząc na jego wydajność warto zapłacić raz więcej i mieć produkt na dłużej.

A Ty jakiego pudru używasz? Czy utrwalasz dodatkowo makijaż?

Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger