• Bosphaera • Krem do rąk i stóp

• Bosphaera • Krem do rąk i stóp

Dobry krem do rąk czy stóp wydaje się łatwy do znalezienia. Jedyne czego wymagam to sensowne opakowanie, ładny zapach, szybkie wchłanianie się i skuteczne działanie. I tutaj tak łatwo nie jest. Zaczęłam odrzucać kremy z zakrętką, ale już w dzisiejszym wpisie zauważycie, że zrobiłam wyjątek dla regenerująco - zmiękczającego kremu do rąk i stóp Bosphaera. Czym tak mnie zachwycił?


Inspirowane naturą ręcznie wyrabiane naturalne kosmetyki Bospharea już gościły w mojej łazience. Dotychczas używałam babeczek do kąpieli - przerobiłam świeże i owocowe zapachy i wciąż chcę testować ich więcej. Tym razem na jesiennych targach Ekocuda wzięłam ponownie babeczki i właśnie ten krem. Kolejne w kolejce jest nowy w ofercie koktajl kawowy pod oczy, treściwe masła do ciała i peelingi cukrowe - zapachy są obłędne, to Wam gwarantuję! Wierzę też w działanie każdego z tych produktów, gdyż ludzie, którzy je tworzą wkładają w nie całe serce. Wszak ich historia zaczęła się od tworzenia kosmetyków dla najbliższych, którym chcieli dać to co najlepsze. Rozwój marki, którą określają jako pasję, a nie pracę idzie wciąż w dobrym kierunku - wypuszczają małe serie kosmetyków, korzystają z tradycyjnych sposób wyrobu i ani myślą o taśmie produkcyjnej. W taki sposób powstał jeden z ich hitów, czyli krem do rąk i stóp. 


Pierwsze co urzekło mnie w tym kremie to przeznaczenie i zapach. Choć dłoniom czy stopom nie zaszkodzi posmarowanie ich balsamem do ciała to podchodząc do pielęgnacji kompleksowo i znając ich nieco większe potrzeby staram się stosować kosmetyki przeznaczone do danych partii ciała. Sami przyznacie, że stopy, które niosą nas przez życie i dłonie, którymi choćby sprzątamy dom potrzebują większej regeneracji niż np łydka. Przez długi, długi czas mocno irytował mnie jednak zawsze zapach kremu do stóp. Nijak potrafiłam położyć się do łóżka, kiedy dłonie mi nim pachniały, więc zawsze szybko chciałam iść je umyć, ale przecież krem na stopach musi się wchłonąć.. wrr! Tutaj krem jest wzbogacony o cały szereg nawilżających i regenerujących składników, które poradzą sobie ze stopami, a w dodatku pachnie bardzo przyjemnie. Słodki zapach świeżych muffinków z dodatkiem wanilii. Słodki, ale nie mdlący. Mogę śmiało Wam zdradzić, że czasem po prostu odkręcam słoiczek, aby tylko go powąchać, a to motywuje do użycia i zadbania o dłonie.

Krem ma treściwą, ale jednocześnie lekką konsystencję. Dość szybko się wchłania pozostawiając na skórze warstwę okluzyjną, jednak skóra po nim nie lepi się. Używany regularnie jest w stanie przywrócić dłonie czy stopy oraz inne suche miejsca, do których jest polecany (np łokcie, kolana) do dobrego stanu. Jedne z przykładów - miałam na tyle przesuszone dłonie, że skóra przy palcach była aż spękana. Po używaniu przez ok 3 dni powróciłam do suchej skóry, a kolejne dni wyrównały ich nawilżenie. W tym czasie wykonywałam te same czynności co wcześniej. Żeby nie pisać jedynie o dłoniach - stopy również jest w stanie szybko zregenerować. Wystarczy tarka na stopy i  regularne nakładanie tego specyfiku, a stópki będą jak u niemowlaka. 


Cena: 29,90 / 100 ml
Skład: Salvia Sclarea Flower Extract (ekstrakt z szałwii muszkatałowej), Aqua (woda), Urea (mocznik), Butyrospermum Parkii Butter (masło shea), Cocos Nucifera Oil (olej kokosowy), Lanolin (lanolina), Lactic Acid (kwas mlekowy), Glycerin (gliceryna), Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Methosulfate, Stearyl Alcohol, Parfum, Cetyl Alcohol, 2-Phenoxyethanol, Allantoin, Benzyl Alcohol, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Limonene, Linalool


Jak Wy dbacie o dłonie i stopy, zwłaszcza o tej porze roku?

• Senkara • Kokosowe mydło do pędzli

• Senkara • Kokosowe mydło do pędzli

Pewne czynności są obowiązkowe, jednak nie zawsze chce się nam je wykonać. Jedną z nich było dotychczas dla mnie mycie pędzli do makijażu. Szlag mnie trafiał jak trzeba było zmoczyć pędzel, namyślić go, pocierać i silikonowe akcesoria (które jeszcze trzeba było odnaleźć), płukać, przy czym kilkukrotnie zmieniać wodę lub końcowo i tak pracować pod bieżącą wodą. Na Instagramie trafiłam na polecenie produktu do czyszczenia pędzli i wiedziałam, że muszę go wypróbować. Zatem przy najbliższej okazji na Ekocudach odszukałam stoisko marki Senkara i kupiłam kokosowe mydło do pędzli.


Naturalny, prosty skład, słuszna idea i coś więcej niż akcesorium do mycia i pielęgnacji pędzli - to musiało skończyć się sukcesem. Mycie pędzli nigdy nie było tak proste i przyjemne. Wystarczy tylko zwilżyć pędzel pod bieżącą wodą i kolistymi ruchami zacząć czyścić pędzel o powierzchnię mydła. W czasie tego zabiegu wytwarza się piana, którą następnie należy wypłukać z pędzla pod bieżąca wodą i odłożyć go do wyschnięcia. Po umyciu wszystkich pędzli należy opłukać mydełko i pozostawić je do wyschnięcia lub osuszyć ręcznikiem - najważniejsze to nie zostawiać stojącej wody w pojemniku. Pędzle po umyciu mydłem kokosowym są delikatnie pachnące, a także miękkie i przyjemne w dotyku, dzięki czemu nie trzeba stosować odżywek.

Oprócz skutecznego działania jestem również zadowolona z formy opakowania. Otwierając plastikowe pudełeczko (szkoda, że nie szklane jak w pozostałych kosmetykach, ale rozumiem to pod kątem użytkowania) widzimy, że wypełnione jest do połowy. Nie bez powodu - dzięki temu właśnie nie musimy angażować więcej do mycia pędzli niż tylko tego pudełeczka. Powstała piana zostaje w środku, więc wystarczy ją wypłukać jak wspomniałam wcześniej, natomiast ranty pilnują, aby pędzel nam się nie omsknął i nie wypadł 'poza burtę'. 


Naturalny, wegański, polski kosmetyk, z autorskiej receptury, który przed wejściem na rynek przechodzi szereg testów i badań. W dodatku właścicielka marki prowadzi współpracę z katedrą biotechnologii środków leczniczych i kosmetyków jednej z najlepszych uczelni w kraju Politechniki Warszawskiej, co gwarantuje unikatowe i wysokiej jakości składy, takie jak tego mydełka:

Skład: Sodium cocoate (zmydlony olej kokosowy), Aqua (woda), Aroma (kompozycja zapachowa), Coumarin (kumaryna)* /*składnik kompozycji zapachowej


A Wy jak i jak często myjecie pędzle?
Jesteście zainteresowani tym produktem?
Podsumowanie roku 2019

Podsumowanie roku 2019

Uwierzycie, że to już koniec roku 2019? Nie wiem kiedy minął, zdecydowanie za szybko zleciał.  Wczoraj świętowaliśmy - jedni huczniej z fajerwerkami, inni w zgodzie z naturą, w gronie najbliższych czy na wystawnych balach. A jak Wy rozpoczęliście nowy rok? Macie już jakieś postanowienia? U mnie jeszcze ich brak, ale jestem dobrej myśli, że 2020 przyniesie wiele dobrego. Cofnijmy się jeszcze na chwilę do 2019.. jak minął mi rok 2019?

Styczeń

Wraz z pierwszym roboczym dniem stycznia awansowałam i choć spędziłam ponad rok w firmie byłoby to niemałe wyzwanie. Prowadziłam drogerię sama bez kierownika w dodatku z niepełnym zespołem. Łatwo nie było, ale mimo wszystko dobrze wspominam ten czas. Sama poznałam się z innej strony, a w dodatku dowiedziałam się jak bardzo mogę liczyć na mój nowy zespół.
Nawet w wirze pracy udało mi się wyrwać z chłopakiem na weekend nad morzem. Styczniowy pobyt w Gdyni kojarzy się z wyjazdami na wybrzeże do Jastarni, festiwalem pizzy w Pizza Hut oraz 'nawiedzonym' domem.

Luty

W lutym było nieco spokoju - głównie spotkania ze znajomymi, wspólne wypady na festiwal pizzy, do escape roomów, impreza urodzinowa..

Marzec

W marcu jak w garncu - i taka pogoda zastała nas we Wrocławiu gdy pojechaliśmy na wrolovescape. Było to darmowe wydarzenie promujące escape roomy, a my odwiedziliśmy pokój Peron 9 i 3/4 w Trap Jungle, który szczerze polecamy zwłaszcza fanom Harrego Pottera. Przed wydarzeniem udało nam się zwiedzić nieco starówki Wrocławia, czyli Ostrowa Tumskiego. Po wyjściu z pokoju niestety  zastała nas ulewa, więc plany o ZOO czy Sky Tower poszły.. Wybraliśmy się do Hydrapolis, w którym dowiecie się niemal wszystkiego o wodzie. Aleee.. zarezerwujcie całą masę czasu. Po wyjściu spróbowaliśmy całkiem dobrego burgera za rogiem sprzedawanego z food trucka, czyli Grill Brothers.
W marcu spędziliśmy również weekend w Jastrzębiej Górze na warsztatach tanecznych z Kamilą Płóciennik i Jędrkiem Kaucem. Pod okiem tancerzy ćwiczyliśmy disco sambę, bachatę oraz tango. Wbrew pozorom tango wychodziło najlepiej, choć z góry było powiedziane, że niby będzie najtrudniejsze. W drodze powrotnej oczywiście odwiedziliśmy Trójmiasto.


Kwiecień

Na samym początku kwietnia korzystając z pięknej pogody wybraliśmy się na jeden dzień do ukochanej Gdyni. Hasłem wyjazdu były pierogi. Pora obiadowa i tłumy w restauracji nieco nas zniechęciły, więc wybraliśmy się na spacer bulwarem nadmorskim od skweru Kościuszki aż do mola w Orłowie. Oczywiście zanim wróciliśmy zamknęli nam pierogarnię...
W tym miesiącu miałam również okazję wzięcia udziału w warsztatach fotograficznych w profesjonalnym studiu. Całe wydarzenie zorganizowała Marta z bloga Bafavenue.pl.

Maj

Długi majowy weekend pracowałam w dni robocze, ale udało się zorganizować grilla ze znajomymi na powitanie sezonu. Trochę ciepła i zaczęły się również pojawiać się zloty foodtrucków - oprócz warszawskich wyrwaliśmy się również kawałek dalej - do Serocka. Przy okazji zwiedziliśmy trochę miasto i pospacerowaliśmy nad zalewem Zegrzyńskim.
Maj dał też nowy rozdział jeśli chodzi o sprawy motoryzacyjne. Druga kolizja naszego pewnego autka zmusiła nas do zmiany samochodu. Zostaliśmy we włoskiej rodzinie w dodatku z identycznym modelem, jednak w sportowej odmianie, która daje więcej frajdy z jazdy.
Kosmetycznie poszerzyłam swoje horyzonty o kilka szkoleń organizowanych przez marki takie jak Eveline czy Tołpa. Zobaczyłam także jak wyglądały kosmetyki i akcesoria np. suszarka do włosów w okresie PRL-u dzięki Nocy Muzeów.
Przed jednym ze spotów motoryzacyjnych wybraliśmy się też z chłopakiem na spontaniczny wypad do Lublina, gdyż tylko tam są salon jednej z jubilerskich marek, której pierścionki mi się podobały. Tam chyba zrodził się komuś w głowie idealny plan..  


Czerwiec

Miesiąc rozpoczęliśmy wypadem na pierogi do Gdyni, trasę skończyliśmy we Władysławowie, a już następnego dnia wylądowałam na kilkudniowym szkoleniu Łodzi. Pożegnanie z chłopakiem wyglądało jakbyśmy mieli rozstać się na kilka tygodni. Nie było łatwo, jak się tak przyzwyczai do codziennej obecności, ale minęło szybko, a gdy mnie odbierał to wybraliśmy się do łódzkiego zoo.
W jeden z mega słonecznych weekendów zrealizowałam swój świąteczny prezent i skoczyłam ze spadochronem - mega przeżycie! Piękna pogoda, przejrzyste niebo i chwila w powietrzu - ciężko to opisać, polecam każdemu spróbować.
Później pozostało już tylko czekanie na urlop. Nad polskim morzem spędziliśmy prawie 20 dni z początkiem lipca włącznie. Spędziliśmy masę czasu na plaży, pozwiedzaliśmy okolicę i sprawdziliśmy wiele pobliskich atrakcji. Największą niespodzianką urlopu.. pff roku były jednak zaręczyny i to na jednej z latarń morskich ❤ Po tym zdarzeniu przyjechali jeszcze do nas znajomi aby uczcić ta chwilę i złapać trochę słońca na plaży.



Lipiec

Po urlopie czas wrócić do pracy, ale już pierwszy weekend po powrocie do rzeczywistości urywamy się - zbiórka we Wrocławiu, zwiedzanie Kłodzka, następnie przejazd do Kudowy Zdrój i ruszamy dalej w świat - odwiedzamy Skalne miasto oraz piwowar w Czechach.
Na koniec miesiąca w urodziny narzeczonego wybraliśmy się wraz z jego siostrą ponownie do Władysławowa i robimy mały rajd po klubach i dyskotekach..

Sierpień

Na początku sierpnia odkryliśmy papugarnię w Warszawie. Spodobało nam się na tyle, że podczas długiego weekendu wybraliśmy się do Łodzi. Tam oczywiście papugarnia i małpiarnia, spacer Piotrkowską, pyszne lody oraz kolejny escape room, z którego się wydostaliśmy.  Wtedy jeszcze mieliśmy konkretną zajawkę na taką rozrywkę, później jednak trochę osłabła.



Wrzesień

Na początku września połączyłam siły z innymi dobrymi ludźmi na rzecz chorej dziewczyny z naczyniakiem mózgu. Aby uzbierać pieniążki na operację zaprzyjaźnione z matką dziewczyny blogerki zorganizowały cała plejadę licytacji, w której udało mi się wylicytować narzeczeńską sesję zdjęciową, która mamy w planie zrealizować na wiosnę. Od połowy września zaczęły się 
Natomiast druga część była aktywna pod kątem podróży. Z narzeczonym zapisaliśmy się na wyjazd z mojej pracy 'Morska przygoda'. Zbiórkę mieliśmy w Szczecinie skąd wyruszyliśmy już autokarem do Miedzyzdrojów, a następnie do Świnoujścia skąd mieliśmy prom do Ystad w Szwecji. Kolejnym punktem wycieczki była Kopenhaga, stolica Danii. Spodobało nam się na tyle, że planujemy powrót - niestety zorganizowana wycieczka nie dała nam tyle czasu by wejść do ogrodów Tivoli, więc w głowie zostaje cel kolejnej podróży.
Po powrocie zostaliśmy jeszcze kilka dni w Międzyzdrojach, które było bazą wypadową do pobliskich miejscowości, w których mieliśmy do odwiedzenia latarnie morskie zachodniego wybrzeża. Zaliczyliśmy wszystkie ze Świnoujściem na czele, skąd wyrwaliśmy się również na chwilę do leżącego tuż za niemiecką granicą Ahlebeck. Powrót do domu obejmował przejazd przez całe wybrzeże aż do Gdyni, która Grzesiek chciał odwiedzić ostatni raz w tym roku.


Październik

Ten miesiąc był skupiony na rodzinnych imprezach. Rozpoczął go huczny ślub mojego kuzyna. Jego wybranka pochodzi z Zamościa, więc cała impreza odbyła się tam. My przy okazji zwiedziliśmy to miasto, a w drodze powrotnej odwiedziliśmy również Lublin. Kolejny weekend skupiony był na mojej mamie i jej imienionym przyjęciu, a sam koniec na chrzcie mojego chrześniaka Tymcia. Jego matka, a moja siostra cioteczna powoli stwierdza, że chyba się zakochałam..

Listopad

W tym miesiącu zainteresowaliśmy się zakupem wspólnego gniazdka. Wciąż czekamy na informację co w tym temacie..

Grudzień

Święta spędziłam z rodziną. Cieszę się, że moi bliscy są zdrowi i mogłam z nimi spędzić ten czas i sprawić odrobinę radości prezentami świątecznymi.

Oczywiście nie obyło się bez przykrych sytuacji - nieporozumień w pracy, kłótni w związku, zderzenia się ze śmiercią najbliższych.. Mam jednak nadzieję, że nowy rok będzie ponownie obfitował w pozytywne doświadczenia i spotka mnie ponownie tyle dobrego.

A Wam jak minął zeszły rok?
Z czego jesteście najbardziej zadowoleni, czym możecie się pochwalić?
❆Blogmas ❆ Świąteczne filmy, które obejrzysz na Netflixie - hity!

❆Blogmas ❆ Świąteczne filmy, które obejrzysz na Netflixie - hity!

Co roku staram się stworzyć wpis dotyczący filmów, które polecam do obejrzenia w świąteczny wieczór. Jest cała masa filmów, które lubię, a one w większości są emitowane w telewizji, jednak trzeba przyznać przed sobą, że godziny emisji nie zawsze nam odpowiadają. Często są to chwile, gdy akurat spędzamy czas przy stole z rodziną lub zbieramy się do powrotu do domu, a film właśnie się rozkręca. Dzisiaj przychodzę do Was zatem z legalnym, płatnym źródłem jakim jest Netflix. Nie jest to wpis sponsorowany, ale wiem, że to wygodne źródło, z którego sama korzystam. Dzisiaj przedstawię Wam świąteczne hity, które za pewne większość z Was zna i chętnie odświeży w świątecznym czasie. Wszystkie znajdziecie na stronie Netflix.

screen pulpitu netflix po zalogowaniu się na własne konto

Jack Frost to film stary jak świat, ale wciąż wzbudza uczucia. Charyzmatyczna historia o powrocie ojca do syna pod postacią bałwana jest chyba znana każdemu, a przynajmniej w mojej opinii. Zostańmy przyjaciółmi to historia miłosna o ponownej walce o ukochaną po latach. Zakochany, otyły licealista przechodzi metamorfozę i wraca do rodzinnego miasta jeszcze raz spróbować swoich szans. Czy magia świąt mu w tym pomoże? Cztery gwiazdki i Święta last minute to dwie różne opowieści o tym jak można było mieć inne plany na święta - obie łączy planowana wycieczka w tropiki zamiast rodzinnych spotkań. Bohaterowie gwiazdek odwiedzają cztery domy swoich rodziców, a fakt, że wszyscy wiedzą o planowanym przez nich wymiganiu się od świąt tylko dokłada problemów i niekomfortowych sytuacji. Z kolei w drugim filmie wieloletnie małżeństwo zmaga się z brakiem akceptacji ich decyzji o egzotycznych wakacji zamiast hojnych świąt, natomiast rozwój akcji wskazuje, że ich plany wywrócą się do góry nogami. Do góry nogami może wywrócić się również całe życie poprzez zmianę otoczenia - taki efekt przyniosła zamiana domów, której dokonały nieszczęśliwie zakochane bohaterki filmu Holiday. Czy w innym miejscu znajdą ukojenie i spokój, a może coś więcej? Na koniec moja wisienka na torcie, czyli pełny angielskiego humoru film To właśnie miłość. Przeplatanka losów różnych ludzi w okolicy świąt Bożego Narodzenia. Samotni, zdradzeni, zakochani, w żałobie - jak potoczy się ich życie? 



Dla młodszych widzów, ale nie tylko bo również jako kino familijne świetnie sprawdzą się mini bajki z bohaterami Shreka czy Kung Fu Pandy odpowiednio pod tytułami Pada Shrek oraz Święta święta i Po. Obydwa należą do lekkich i przyjemnych, które w zabawny sposób przedstawiają świąteczne perypetie w animowanym świecie. Ekspres polarny  to jedna z najdroższych produkcji animowanych na świecie, a zarazem piękna opowieść z morałem, aby nie przestawać wierzyć w magię świąt. Sądzę, że sprawdzi się idealnie, jeśli macie dzieci, które powątpiewają w Mikołaja sugerując, że prezenty kupujecie Wy - rodzice.


Bez jakich świątecznych filmów nie możecie obejść się w święta?
❄ Świąteczna wishlista ❄

❄ Świąteczna wishlista ❄

Co roku tworzę wishlistę - listę produktów, które ucieszyłyby mnie, gdybym znalazła je pod choinką, a te najbardziej mnie interesujące zdarza mi się samej sobie sprawić. Gdybym zaczęła pisać list do św.Mikołaja wcześniej z pewnością znalazłaby się na nich jakaś płyta - może Krzysztofa Zalewskiego lub Darii Zawiałow. Na jej brak wpłynął brak zmieniarki w samochodzie gdzie zwykle korzystam z płyt, a także możliwość łączenia się bluetooth telefonu z radiem - dzięki temu mogę przeglądać setki wykonawców na Spotify i wybierać muzykę jakiej chcę w danym momencie słuchać. Jeśli więc nie płyty, to co znajduje się na mojej wishliście?



  • zestawy kosmetyków - wraz z trendem eko i rozwojem manufaktur kosmetycznych w końcu można kupić jakiś ciekawy zestaw kosmetyków nie wywodzący się spod brandu Nivea, Dove czy Gliss Kur - oczywiście nie żebym coś miała do tych marek, ale odnoszę wrażenie, że zestawy te co roku zmieniają jedynie opakowanie. W pierwszej chwili pomyślałam o markach, które ostatnio mocno mnie kuszą - ucieszyłyby mnie kosmetyki do kąpieli (puder, sól, peeling) Hagi, serum lub mus bananowy Senkara lub zestaw regenerujący z obłędnie pachnącym balsamem orzechowym Fresh&Natural
  • paletka do makijażu - nie jestem jakimś makijażowym freakiem, ale gdy mam więcej czasu chętnie blenduję cienie na powiekach i dodaję więcej koloru niż brąz. Ostatnio zamarzyła mi się jakaś droższa, porządniejsza paletka - chętnie widziałabym w swojej kolekcji jedną z tych marek - Nabla, Affect, Huda lub Too faced. A jak już przy paletkach jesteśmy to równie chętnie co paletę cieni otrzymałabym paletę do konturowania twarzy z bronzerami i rozświetlaczami.
  • świeca zapachowa - sezon jesień/zima to ewidentnie mój czas na palenie wosków i świec. Nie obraziłabym się zatem na jakiś zapach w wersji XL. Szczerze mówiąc najbardziej w tej chwili kusi mnie Kringle Candle - przerobiłam kilka dayligtów 'na wypróbowanie' i ucieszyłoby mnie kilka zapachów, np Storm front, Gold & cashmere czy Fresh lilac
  • biżuteria - nowe kolczyki czy bransoletka to zawsze idealny prezent od mężczyzny dla kobiety. Kiedy dwa lata temu dostałam zegarek Hewitta wiedziałam, że to jeszcze nie koniec. Marzyła mi się do niego bransoleta, jednak ostatnie promocje na tą markę u jednego dystrybutora pokazuje, że korzystniej kupić cały zegarek z bransoletą niż ją samą. Oprócz tego chętnie widziałabym jeszcze bransoletkę z perełkami tej marki, choć nie jest to must have.
  • ciepły koc - długo nie ulegałam trendowi, ale w końcu i ja poczułam zauroczenie w stosunku do kocy z wełny czesankowej. Najchętniej przygarnęłabym taki w neutralnym kolorze np szary. Z tego co widzę to nie tylko ciekawy element dekoracji mieszkania, ale również świetny element do zdjęć na bloga czy instagram.
  • voucher - prezenty przeżycia to także sprawdzony pomysł. Kilka takich już zrealizowałam - jazda sportowym samochodem, nauka jazdy na longboardzie, dream jump, skok na bungee czy ze spadochronem, laserowy paintball, escape room.. a wciąż jest wiele nowych do odkrycia. Chętnie wybrałabym się na spacer z alpakami, weekend za miastem albo może coś z kategorii beauty? 

Od kiedy pamiętam też nieodłącznym elementem prezentów jest zawsze coś słodkiego. Wór złota dla tej osoby, która uszczęśliwi mnie czekoladą lub galaretkami w cukrze, które w dzieciństwie rodzice kupowali mi na wagę - takie wiecie trzy kolory np zielony, biały, czerwony ;)
• Yankee Candle • After sleeding

• Yankee Candle • After sleeding

Czwarty kwartał roku przynosi kolekcję Yankee Candle Q4, w której zapachy nawiązują do okoliczności świąt i zimy. Aromatyczne zapachy zawarte w małych tartach (woskach), samplerach i trzech rozmiarach świec mają w sobie nutę słodyczy i świątecznych wypieków, zapach świerku tak charakterystycznego dla tradycji Bożego Narodzenia.. a czym tym razem zaskoczy nas Yankee w wosku After sleeding?


After sleeding, czyli w tłumaczeniu 'po sankach' kojarzy mi się z czasami dzieciństwa. Kiedy byłam kilkuletnią dziewczynką nie było podobno już zim takich jak za czasów szkolnych moich rodziców, jednak świat w grudniu znajdował się pod śnieżnym puchem. Sanki były moją ulubioną rozrywką. Chadzał ze mną tata, chadzała ze mną i mama, czasem towarzyszył nam nasz pies. Rodzice jednak zawsze mają na głowie dużo więcej spraw - choćby przygotować dom na święta. Gdy ja beztrosko bawiłam się na dworze, w domu przechodziły się zapachy, które po powrocie wyczuwałam dużo intensywniej. Zmarznięty na dworze nos, który dotychczas czuł jedynie zimową świeżość po wejściu czuł zapach palonego w piecu drewna, wanilii w świątecznych wypiekach oraz przypraw korzennych w rozgrzewającej herbacie. Tak właśnie pachnie After sleeding - przyjemnym wnętrzem, ciepłem rodzinnym. Jest wyrazisty, moc dobra by pachniało w całym mieszkaniu.

Dostępność: Goodies, cena 9 zł / 22 g
• Kringle Candle • Spellbound

• Kringle Candle • Spellbound

Prawie zapomniałam jak uwielbiam coloured daylight, czyli małe świeczki Kringle Candle. Przypomniałam sobie o nich podczas porządków w komodzie, gdzie trzymam woski i właśnie te maleństwa. Gdy zbrakło mi podgrzewaczy do kominka sięgnęłam po tą mini świeczkę o niewątpliwie tajemniczej nazwie Spellbound. Jak pachnie zatem zauroczenie?


Pamiętacie swoją pierwszą miłość? A raczej zauroczenie tą osobą? Kiedy wszystko jest idealne, bez wad, kłamstw? Daylkight pachnie wanilią, która jako zapach jest odbierana jako otulająca, tak jak partner daje poczucie bezpieczeństwa. Ma w sobie nutę kwiatową - jak te jako pierwsze otrzymane polne kwiaty, a później kolejne wiosenne tulipany czy czerwone róże. Wyczuwalna słodycz przywodzi na myśl jedzoną na pół watę cukrową w wesołym miasteczku, a także słodycz pierwszych pocałunków. Niewinny, słodki zapach z nutą świeżych owoców, który czuć podczas spaceru za rękę w sadzie po deszczu. 

Przyznam szczerze, że wąchając go na sucho nieszczególnie przypadł mi do gustu, ale nazwa kusiła.. Cieszę się, że go kupiłam, gdyż wiele zyskuje w czasie palenia - wtedy rozkwita jak piękny kwiat, jak miłość.

Dostępność: Goodies, 12 zł / 52 g, ok 12 h palenia


• EcoReceptura by Stara Mydlarnia • Krem do rąk i paznokci Argan

• EcoReceptura by Stara Mydlarnia • Krem do rąk i paznokci Argan

Nigdy nie byłam regularna w stosowaniu kremu do rąk - zawsze drażniło mnie posiadanie lepkich lub tłustych od niego dłoni, co przeszkadzało mi w codziennych czynnościach. Częściej pielęgnację dłoni zostawiałam na wieczór kiedy i tak cała smarowałam się balsamem. Pisanie bloga sprzyja jednak testom produktów, więc co jakiś czas pojawia się coś nowego w mojej kosmetyczce. Bohater dzisiejszego wpisu to arganowy krem do rąk Eco Receptura by Stara Mydlarnia, który bodajże otrzymałam w jakimś pudełku kosmetycznym.


Opakowanie kremu sprawia pozytywne wrażenie aluminiowej tubki, która nie zasysa powietrza, więc kosmetyk dłużej pozostaje świeży. Niestety to tylko wrażenie - jest to jedynie tak wyglądająca plastikowa tubka o pojemności 75 ml, za którą zapłacimy 19 zł. Najbardziej jednak w tym opakowaniu irytuje mnie zakrętka - nie raz miałam z nią przeboje co wpłynęło na moją decyzję o wyrzuceniu tego kremu do śmieci. Krem nie raz sam otworzył mi się w kieszeni czy torebce. Za pierwszym i drugim razem podejrzewałam samą siebie - na pewno przez pośpiech go nie dokręciłam! Niestety nawet zwracając na to większą uwagę sytuacja powtarzała się co było dla mnie nie do przyjęcia.


Gwoździem do trumny było działanie kremu - jak się możecie spodziewać niezbyt szczególne. Krem mimo obietnicy odżywienia skóry dłoni w moim odczuciu był w stanie sprostać jedynie pielęgnacji między jednym a drugim myciem rąk. W moim odczuciu niestety słabo nawilża dłonie i stosunkowo długo się wchłania, a rzekomego odżywienia zupełnie nie czuję. Zapach kremu był dla mnie słabo wyczuwalny, ale nawet on nie zachęcił mnie do użytku.

Przyznam, że jestem zawiedziona jakością tego produktu - zarówno działanie jak i samo opakowanie przyniosło mi sporo rozczarowań. Moje rozczarowanie jest tym większe, gdyż kosmetyki do kąpieli tej marki wspominam pozytywnie i z takim nastawieniem podeszłam do tego kremu. Ostatecznie krem wylądował w samochodzie, gdyż tam nie było czynników wpływających na samoistne otwieranie.. jednak zapomniałam o nim latem, kiedy wnętrze samochodu mocno nagrzewało się od słońca, więc to były jego ostatnie podrygi.

☛ EKOCUDA 16-17.11.2019 WARSZAWA CENTRUM PRASKIE KONESER - czemu warto się wybrać i co warto kupić ‽ + moja targowa wishlista ✮

☛ EKOCUDA 16-17.11.2019 WARSZAWA CENTRUM PRASKIE KONESER - czemu warto się wybrać i co warto kupić ‽ + moja targowa wishlista ✮

W najbliższy weekend w praskim centrum Koneser odbędzie się 7 warszawska edycja targów kosmetyków naturalnych EKOCUDA. Z roku na rok cieszą się one coraz większym zainteresowaniem nie tylko ze względu na obniżki cenowe i rabaty, ale rośnie również świadomość konsumentów na tematy ekologiczne, a wielu osobom służą właśnie takie kosmetyki. Z roku na rok przybywa nie tylko odwiedzających targi, ale również i wystawców. Pojawia się więcej marek tworzących kosmetyki dla mężczyzn i dzieci od niemowląt poczynając, ale także świece czy produkty czyszczące do domu. Targi są możliwością poznania kosmetyków - obecność testerów ułatwia wybór, a sprzedawca, który tworzy manufakturę jest najbardziej odpowiednią osobą do tego, by opowiedzieć o produkcie czy nam doradzić.


Jakie kosmetyki chciałabym Wam polecić, których sama używałam i możecie kupić je na zbliżających się targach?

  • Annabelle Minerals - polecam Wam z całego serca ich podkłady - moim konikiem są te kryjące, ale z rozświetlających również byłam zadowolona. Jeśli mówimy o podkładach to nieodłącznym ich elementem są pędzle - używam zamiennie flat top i short top - tym drugim łatwiej uzyskać mocne krycie. Marka ma również świetne cienie, róże i nowości, czyli rozświetlacze.
  • Bosphaera - markę znam póki co jedynie z babeczek/kul do kąpieli, które mają ciekawe zapachy - kwiatowe, owocowe, świeże, a same są niczym małe dzieła sztuki. Ogórek i melon to mój faworyt - więcej przeczytacie o nim tutaj:
    Bosphaera - babeczka do kąpieli Melon i ogórek
  • Felicea - kolejna marka tworząca kosmetyki do naturalnego makijażu. W mojej kosmetyczce znajduje się ich kredka do oczu - fantastycznie mi się z nią pracuje - cenię sobie jej miękkość i pigmentację, chyba jeszcze nigdy nie byłam tak zadowolona z kredki do oczu!
  • Fresh and natural - moim hitem tej marki jest zdecydowanie orzechowy balsam do ciała, który w moim odczuciu pachnie kinder bueno, a poza zapachem również świetnie nawilża ciało. W ofercie widziałam również interesujące peelingi do ciała, którym z pewnością warto się przyjrzeć.
  • Glov - demakijaż jedynie przy pomocy wody jest możliwy z rękawicą tej marki. Dotychczas używałam wersji na palec, która świetnie sprawdza się przy poprawkach w makijażu, jak również do demakijażu samych oczu np w podróży. Zdecydowanie polecam wypróbować, a taka rękawica nie raz uratuje życie, gdy skończy się płyn do demakijażu lub płatki kosmetyczne.
  • Manufaktura Mewa -  uwielbiam morze, więc sama nazwa mnie skusiła, ale owocowe zapachy jakie oferują w peelingach i balsamach to sztos! Moim hitem jest peeling ananasowy, o którym powstał post:
    Manufaktura Mewa - peeling ananasowy do ciała
  • Mokosh - to marka, która tworzy kosmetyki nieopodal mnie - naprawdę mieszkam niedaleko ;) Uwielbiałam ich olej lniany (chyba obecnie został wycofany) - świetnie pielęgnował moją skórę podobnie jak eliksiry do ciała - miałam je z boxów kosmetycznych - była to wtedy pomarańcza i żurawina i przyznam szczerze, że chętnie do nich wrócę. Zapachy idealnie będą pasowały do zbliżających się świąt.
  • O!Figa - to marka bazująca na oleju z opuncji figowej stworzona przez jedną z blogerek z dbałością o każdy szczegół. Miałam okazję wypróbować flagowy produkt, który teraz mogę Wam śmiało polecić serum olejowe dzika figa.
    Serum olejowe dzika figa marki O!Figa
  • Sylveco - marka rozrasta się niesamowicie - rozwija również swoje dzieci takie jak Vianek, Biolaven, Zielko czy Aloesove. Sama miałam okazję używać kilku kosmetyków Sylveco, Vianek i Biolaven i byłam zadowolona z jednym małym wyjątkiem, aczkolwiek czytałam ostatnio ciekawy artykuł o tym jak zmieniają się potrzeby włosów, więc nie skreślam tego duetu od razu.
    Lipowy płyn micelarny Sylveco - skończyłam już 2 butelki
    Nawilżający krem pod oczy Vianek
    Szampon i odżywka do włosów suchych Vianek - niestety u mnie się nie sprawdziły, ale słyszałam wiele pochlebnych opinii
  • Yope - markę poznałam jeszcze za czasów pracy w salonie Home&you, w którym są dostępne te produkty. Ciągła praca z kartonami w czasie dostaw przesuszała mi dłonie, więc skusiłam się na używanie ich mydeł i kremów do rąk, dzięki czemu sytuacja się polepszyła
  • Your natural side - to moje kosmetyczne odkrycie tego roku! Przez lato ratowały mnie ich wody roślinne, które na stałe weszły do mojej pielęgnacji - nie tylko twarzy. Świetnie sprawdzają się solo do odświeżenia twarzy, jak również do maseczek czy jako baza pod serum. Chętnie wypróbuję również ich peelingi.

Moja wishlista na nadchodzące targi

Nie jest to ścisła lista, którą kupię - są to produkty, które mnie ciekawią, nad którymi się zastanawiam, ale wiadomo, że może być tak, że pójdę na targi kupię zupełnie coś innego. Ciekawi mnie odkrycie marek takich jak Senkara, 4szpaki, Hagi czy Anwen. Pewniakiem jest, że uzupełnię zapas podkładu mineralnego Annabelle a przy okazji może skuszę się na nowość jaką jest paletka do brwi lub dokupię kolejny pędzel. Przydałby mi się również nowy bronzer, krem do rąk i kwas hialuronowy do twarzy. Zwykle kupuję też jakiś peeling, masło lub balsam do ciała, coś do kąpieli oraz jakieś akcesoria. A Wy - czynicie jakieś plany zakupowe czy dajecie porwać się instynktowi zakupowemu?
• Garnier Fructis • odżywcza maska Banana Hair food

• Garnier Fructis • odżywcza maska Banana Hair food

Maski do włosów stosuję zdecydowanie chętniej niż zwykłe odżywki. Po ich użyciu widzę lepszy efekt, a i w zabieganym życiu preferuję stosować ją raz na 2-3 mycia. Chętnie testuję maski różnych marek, choć mam również takie, do których zawsze wracam. Seria Garnier Fructis hair food należy właśnie do moich ulubieńców. Po kolei testuję kolejne warianty, a wszystko zaczęło się od wersji bananowej, której słoiczek mam już po raz kolejny. Także przedstawiam Wam odżywiającą maskę do włosów Garnier  Fructis banana hair food. 


Myślę, że nie popełnię błędu kiedy powiem, że maska zrobiła sporo szumu. Od kiedy weszła do sprzedaży od razu stała się pożądana. Kusiła naturalnym składem, niską ceną i dobrą dostępnością. Do tego doszła cała masa pochlebnych pierwszych wrażeń i opinii, łany zapach i skuteczne działanie. Garnier idąc za ciosem stworzył kilka wariantów: goji, papaya, macadamia i aloes. Dzisiaj jednak zatrzymajmy się przy bananie.

Maskę kupimy w drogeriach np Rossmann do 26 zł / 390 ml w plastikowym słoiczku. Znaczącym minusem dla mnie jest brak zabezpieczenia sreberkiem czy folią przed wścibskimi rączkami. Choć nie widziałam, żeby ktoś pchał tam palce, to jednak owocowa etykieta kusi do powąchania i takie przypadki widziałam w drogeriach. Zapach jest delikatny i przyjemny, jednak dla mnie to taki kremowy jogurt bananowy niż stricte świeży owoc, choć z drugiej strony można pochwalić, że nie jest  mocno perfumowany. Zapach kosmetyku faktycznie uprzyjemnia jego użytkowanie, ale bez skutecznego działania cały zabieg jest bezsensowny.


Maska ma konsystencję kremowego jogurtu i z łatwością rozprowadza się na włosach. Można stosować ją na trzy sposoby: jako odżywkę, jako maskę i jako pielęgnację bez spłukiwania. Najczęściej korzystam z dwóch pierwszych opcji - widzę po nic najlepszy efekt. Kremowa maska nałożona bez spłukiwania podobnie jak oleo-kremy z Biovaxa do końca mnie nie przekonują - na końce wolę zdecydowanie serum olejowe albo jedwab, ale o tym innym razem.
Działanie maski zapewnia mi sypkie włosy, które łatwo się rozczesują. Są nawilżone i odżywione, a także nie puszą się, dzięki odpowiedniemu dociążeniu. Towarzyszy temu przyjemna miękkość i brak plątania się w ciągu dnia przy regularnym stosowaniu.


Chciałabym również bardzo pochwalić producenta za ukłon w stronę czytaczy składów. Pomysłowe wykorzystanie powierzchni opakowania na ciekawe rozpisanie składu - teraz wszyscy wiedzą co znajdziemy w środku. Oby więcej takich pomysłów!

Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger