• EFEKTIMA • Mus myjący do ciała limonka & awokado

• EFEKTIMA • Mus myjący do ciała limonka & awokado

Można powiedzieć, że jestem takim trochę pracoholikiem. Lubię się angażować w to co robię, jeśli moja praca przynosi mi satysfakcję. Od ponad roku pracuję w drogerii i choć na początku zupełnie inaczej wyobrażałam sobie tą fuchę cenię sobie wyzwania jakie przede mną stawia, a także cieszę się z niesamowitego rozwoju firmy, w której się zatrudniłam. Jakkolwiek nie lubiłabym swojej pracy dochodzi w pewnym momencie do tej chwili wytchnienia w zmęczeniu, kiedy mogę zrelaksować się podczas gorącej kąpieli, a wtedy w ruch idą odprężające mnie kosmetyki. Ostatnio dzięki marce Efektima mam przyjemność wypróbować mus myjący do ciała limonka & awokado. I uwaga - po raz kolejny jestem zadowolona z kosmetyku. Aż wstyd, że do ostatniego Meet Beauty markę znałam głównie z nawilżających płatków pod oczy ;)


Mus mocno mnie zaskoczył - zarówno konsystencją jak i zapachem. Zapach należy do tych przyjemnych, aczkolwiek niezidentyfikowanych. Nie pachnie ani limonką, ani awokado, natomiast można w nim wyczuć nutę owocowych słodkości. Aż szkoda, że nie utrzymuje się na ciele po myciu. Kosmetyk pod wpływem ciepła dłoni zmienia się z musu, takiej pianki wręcz w lekki płyn i gładko sunie po ciele delikatnie je oczyszczając. Kosmetyk nie wywołuje u mnie żadnych podrażnień, choć ostatnio jestem na nie zdecydowanie bardziej narażona. Pozostaje więc kwestia jego działania. Dobrze oczyszcza, a robi to w przyjemny sposób, więc strasznie żałuję, że kosmetyk nie jest wydajniejszy albo nie mieści się chociaż w jakiejś buteleczce pod ciśnieniem - może wtedy cieszyłby dłużej? ;) Dobrze się spłukuje i nie pozostawia żadnych tłustych warstewek. Choć nie przesusza skóry, to w moim przypadku po kąpieli wciąż potrzebuję nawilżenia, więc stosuję jakiś balsam czy masełko. Trafia do moich kąpielowych ulubieńców, chętnie wypróbuję również jego siostrę - z ekstraktem z malin i olejem ryżowym.

☑ Warsztaty fotograficzne dla blogerek i influencerek

☑ Warsztaty fotograficzne dla blogerek i influencerek

Głupim jest ten, który nie korzysta z możliwości rozwoju. Nie powinien więc zdziwić Was fakt, że gdy tylko pojawiła się możliwość wzięcia udziału w warsztatach fotograficznych organizowanych przez Martę z bloga Bafavenue w profesjonalnym studiu fotograficznym MarszalStudio nie zastanawiałam się ani chwili. No może czy nie będę zmęczona na warsztatach ciągłą pracą zawodową ;) Szybko zgłosiłam się do Marty, opłaciłam warsztaty i cierpliwie wyczekiwałam terminu. A gdy już nastał 13 kwietnia...


WARSZTATY

W Marszalstudio pojawiła się grupka osób, które były przygotowane by chłonąć wiedzę. Zgrany team fotografów udostępnił nam swoje miejsce pracy.


MarszalStudio - jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc fotografii produktowej w Polsce, które od 7 lat buduje silną pozycję na rynku tworząc lookbooki, packshooty (zdjęcia na białym tle), zdjęcia kompozycyjne oraz zdjęcia reklamowe. Współpracuje z klientami z Polski i z Europy; tworzy zdjęcia dla marek takich jak Make Me Bio, Fitomed, La Mania, Tuszyte, Mennica Polska, Dajar, Timex

Z racji, że były to pierwsze warsztaty w tym miejscu, taki debiut nie do końca wiadomo czego można było się spodziewać. Pewne było jedno - czekała nas teoria i praktyka w zakresie trzech bloków tematycznych: oświetlenie, autoportret i kompozycja. Szybko okazało się, że zespół fotografów był otwarty na różny stopień zaawansowania uczestników szkolenia. Dzielił się z nami cenną wiedzą, kompetentnie i szczegółowo odpowiadał na zadawane przez nas pytania i nawet w chwilach przerwy był do naszej dyspozycji. Na różnych etapach warsztatów pokazywał nam, że każdy może wypracować swój własny styl i poczucie estetyki - nie negował naszych prac, a jedynie doradzał co możemy zrobić, aby wykonać swoją pracę jeszcze lepiej. Praca w naszym przypadku była połączona z zamiłowaniem do kosmetyków - wszak blogerki i influencerki, które pojawiły się na szkoleniu zajmują się szeroko pojętym tematem urody. Stąd też tematy kompozycji zdjęć (np paczek pr) na instagram czy bloga oraz zdjęć makjażu.


ŚWIATŁO I NARZĘDZIA

Pierwszym i najważniejszym blokiem, gdyż spajającym wszystkie inne tematy było ŚWIATŁO oraz NARZĘDZIA. Marta krótko skwitowała temat, że sprawy techniczne powierza w męskie ręce. Zaszczytu dostąpił Marcin Stańczak www.marcinstanczak.pl.


Marcin - fotografuje od ponad 7 lat, specjalizuje się w fotografii ślubnej, która jest jego konikiem, ale ponadto wykonuje również zdjęcia z zakresu fotografii biznesowej, eventowej, sesjach indywidualnych, plenerowych oraz sesjach w studio; prawdziwy pasjonat, który pragnie zatrzymać każdą chwilę na zdjęciu, które pokaże emocje, piękno i naturalność

Marcin omówił z nami temat światła w fotografii. Temat rzeka - zaczęliśmy od najbardziej popularnego i w dodatku darmowego, czyli światła słonecznego. Marcin dawał wskazówki jak osiągnąć  satysfakcjonujące nas cienie na zdjęciach dzięki rozpraszaniu światła np firanką oraz odbijaniu go przy pomocy blendy, którą w domowych warunkach można zastąpić białą kartką, kawałkiem styropianu lub owiniętym folią aluminiową kartonem. Zdradzę Wam malutki fakt z mojej fotografii, że ja wykorzystuję w tym celu białe torebki z długimi uszami z paczek pr - gdybyście odwiedzili mnie w czasie robienia zdjęć na bloga zobaczylibyście mnie z taką torebką założoną na szyję ;) Poruszony został również temat softboxów, lamp błyskowych i innych tematów pokrewnych, które z pewnością są wybawieniem w porze zimowej, kiedy ilość światła jest zbyt mała do wykonania wielu zdjęć potrzebnych na użytek blogowy. Z wykładu Marcina można było wyciągnąć wnioski dotyczące nie tylko zdjęć produktowych, jakie najczęściej pojawiają się na blogach, ale również smaczek dotyczący portretów. Nasz wykładowca zdradził nam sekrety i zalety golden hour czyli czasu kiedy zdjęcia tuż przed zachodem słońca pada idealne, ciepłe światło podkreślające kolor skóry. Pięknie w takim świetle wyglądają sesje ślubne - jestem ich ogromną fanką, a także niektóre krajobrazy. Uważam, że Marcin wykorzystał poświęcony mu czas na tą prelekcję maksymalnie, jednakże sądzę, że zostawił jeszcze wiele smaczków na kolejny raz. Swoją drogą spójrzcie tylko na jego zdjęcia, które udostępnił nam do relacji z warsztatów - rozpoznacie je dzięki świetnemu wykorzystaniu światła - są jasne, czyste, niczym bez skazy. Pozostałe to dzieło Ani, która robiła fotorelację z warsztatów. Moje kadry znajdziecie zapisane w stories na moim instagramie @malenkabloguje.


IDEALNY MAKIJAŻ DO SELFIE

W branży beauty bardzo ważne jest również fotografowanie makijażu. Marta zadbała o odpowiednią prelegentkę, która zdradziła nam wiele wskazówek dotyczących makijażu, który dobrze będzie prezentował się w obiektywie. Naszą prelegentką była Mariola @_wake_up__make_up_.


MARIOLA - wizażystka z pasją, która nie tylko wykonuje makijaże okazjonalne, ale również pracuje przy sesjach zdjęciowych, więc jest prawdziwym geekiem jeśli chodzi o perfekcyjny makijaż w obiektywie

Mariola wykonała przy nas na modelce makijaż demonstracyjny. Podczas swojej pracy omawiała każdą czynność, którą wykonuje, a także  zwracała uwagę na inne aspekty - np problemy cery, któe nie występowały u modelki. Spodobało mi się to podejście - zarówno ona, jak i cały zespół prowadzący warsztaty nie skupiali się na tym co jest tu i teraz - czy to chodzi o modelkę czy o zdjęcie i nie omawiali jak uzyskać taki efekt na konkretnym przykładzie, ale faktycznie dzielili się wiedzą, abyśmy nawet w domowym zaciszu mogły osiągnąć cieszący oko efekt. Mariola dała nam wskazówki dotyczące m.in. mocniejszego konturowania, aby aparat nie 'zjadł' kolorów oraz pokazała jak sprawić by skóra wyglądała na muśniętą słońcem, ale również przedstawiła klasyczne faile takie jak wybielona twarz na zdjęciu (źle dobrany puder), odcinający się podkład (warto by kolor pokrywał się z dekoltem), błyszcząca skóra (zbyt dużo rozświetlacza). Musicie przyznać, że zrobienie dobrego zdjęcia makijażu wymaga sporo pracy, prawda? Z takimi radami już jesteśmy o krok bliżej idealnego kadru.


MAKIJAŻ MINERALNY W FOTOGRAFII

Wiele dziewcząt obecnych na warsztatach jest zafascynowanych kosmetykami naturalnymi, więc Marta sprawiła nam niesamowitą niespodziankę zapraszając wizażystkę marki Annabelle Minerals Annę Strzemecką @anna.maria.makeup.


ANNA - wizażystka marki Annabelle Minerals; kobieta z dużą wiedzą, otwarta na nowe - to ona jako jedna z niewielu osób wybierała dla nas kolory rozświetlaczy, które AM właśnie wypuściło na rynek; możecie spotkać ją w salonie firmowym, a także na targach kosmetycznych czy eventach

Ania nie miała przygotowanej modelki, więc bardzo chętnie się do niej zgłosiłam - ba, nawet pamiętała jaki kolor podkładu używam :D Wykonując mój makijaż zdradzała wiele przydatnych trików dotyczących choćby aplikowania kosmetyków oraz możliwości ich wykorzystania na wielu gruntach. Od Ani dowiedzieć się można było o rodzajach wykończeń podkładów (rozświetlający/matujący/kryjący), a także porównała rodzaje pędzli, od których zależny jest uzyskiwany poziom krycia. Uczuliła nas na to, że lepiej nie aplikować ich korektorów pod oczy ze względu na mocne działanie wysuszające, które sprawdzi się na punktowe zmiany i przyśpieszy ich gojenie, a także podpowiedziała, że brak bronzera w ofercie można zniwelować stosując ciemniejszy podkład, który również sprawdzi się wyśmienicie. Przedstawiła wielofunkcyjność kosmetyków - możliwość wykorzystania cienia Vanilla do ukrycia cieni pod oczami, możliwość zmieszania cienia z wodą, aby uzyskać eyeliner w wybranym kolorze lub podkładu z kremem w celu uzyskania kremu BB, a róż w połączeniu z wazeliną/balsamem do ust da błyszczyk. Masa wskazówek prawda? A w tym czasie powstawał mój makijaż, który nie dość, że świetnie wyglądał na zdjęciach to jeszcze odznaczał się świetną trwałością.


ĆWICZENIA

Nawet najwspanialsze wykłady i prelekcje potrafią nieco znużyć, a żeby tego uniknąć przewidziano czas na ćwiczenia z wykorzystaniem blend, lamp oraz produktów kosmetycznych, które otrzymaliśmy od sponsorów. W tej chwili udostępniono nam akcesoria i potrzebne sprzęty, abyśmy dały popis fotograficzny. Dzięki blendom w różnych kolorach mogłyśmy nauczyć się modelować twarz światłem, przy lampie pierścieniowej uzyskać piękny efekt angel eyes, a kolejna lampa.. a to za chwilę ;)


KOMPOZYCJA

Kompozycja zdjęcia to temat bardzo indywidualny, mocno związany z poczuciem estetyki, które każdy ma inne. Tego tematu podjęła się organizatorka warsztatów, czyli Marta bafavenue.pl.


Marta - fotograf, blogerka, matka; szalenie zaangażowana w swoją pracę, pozytywna osoba, która podjęła się trudu zorganizowania warsztatów w topowym studiu dla blogerek i influencerek w swojej kategorii

Organizatorka warsztatów, która podjęła się tego bloku nie chciała ingerować w nasz zamysł, więc przedstawiła nam kilka zasad, które sama wypracowała i jest przekonana, że ułatwią nam eksponowanie głównego tematu zdjęcia. Omówiła z nami w jaki sposób uzyskała pewne efekty na zdjęciach zdradzając nam kulisy świetnego kadru. Podkreślała, aby bawić się fotografią - korzystać z różnych kolorów teł, rozmaitych faktur - przedstawiła nam, że idealnym tłem może być choćby ściereczka kuchenna, a wszystko przecież zależy od nas. Na koniec przygotowała dla nas kolejną aktywną część, czyli ćwiczenia w tworzeniu kompozycji z kosmetykami od partnerów wydarzenia oraz fotografowaniu ich w trudnym, ostrym świetle, które ma pewną zaletę - pozwala nadać zdjęciu efektu 3D.


Kończąc mój wywód warto było wziąć udział w warsztatach - powtórzyłam i utrwaliłam swoją wiedzę, miałam czas na wykonanie kilku, kilkunastu zdjęć, spotkałam znajome twarze, ale również poznałam kilka nowych osób. Ponadto Marta zadbała o produkty kosmetyczne do zdjęć, a więc i nowości do testowania dla nas wszystkich. Partnerami warsztatów zostało: Wydawnictwo Helion, Annabelle Minerals, Tołpa, Vita Liberata, Nuev, Sampure Minerals, Jardin, O!Figa i L'biotica.
PS. W tym wpisie nie ma moich zdjęć - fotografie wykonał Marcin Stańczak - te jasne, wspominałam Wam o tym na początku wpisu oraz @hania_smir.

Na koniec wrzucam zdjęcie grupowe (od lewej): Marta - organizatorka, Marcin Stańczak, Weronika (MaliNaila), Agata (Freewolność), Ula (Kosmetyczny Świat Uli), Ewelina (Revelkove Love), Ola (@ja_ola), Gosia (Blond Hair Affair), Aneta (CosmetiCosmos), Sabina (Okiem Marzycielki), Sylwia (Czokomorena), ja, Diana (Naturale), Marta (Marta Sielska) oraz Magda (Racja Pielęgnacja).


• Bielenda •  Cloud mask - maska zamieniająca się w chmurkę HIT!

• Bielenda • Cloud mask - maska zamieniająca się w chmurkę HIT!

Wiosna budzi nas do życia. Zaczynają otaczać nas kwitnące kwiaty, zieleniąca się trawa i kolory. Kolory stają się bardziej nasycone, a skoro już przy nich jesteśmy to spójrzcie tylko na Cloud mask z Bielendy - jak one przykuwają wzrok kolorem! Śliczne pastelowe, nawet nieco skierowane w stronę neonowych kolorów saszetki w kształcie bajkowych chmurek. Z pewnością zwróciły Waszą uwagę w drogeriach, jeśli już je spotkaliście, jednak za pewne zastanawia Was jedno - czy ładny wygląd to nie wszystko? Dzisiaj postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Bielenda ma w swojej ofercie cztery rodzaje Cloud mask, czyli maseczek zamieniających się w chmurkę lub jak kto woli bąblujących. Są to:
  • Banana Cabana - nawilżająca
  • Mohito Despacito - rozświetlająca
  • Mango Balango - energetyzująca
  • Merry Berry - detoksykująca
Mnie osobiście skusiły wszystkie - może nawet nie samym działaniem, a ciekawością zapachów - na ogół podobają mi się zapachy kosmetyków tej marki i nigdy mnie nie rozczarowały. Jak się okazuje wszystkie z nich są słodkie, owocowe, niestety nie są stricte naturalne, ale nie trącą chemicznymi. Najbardziej przypadł mi do gustu zapach mango oraz mohito, najmniej jagódki, a w kwestii banana.. cóż jak widać jest to ciężki zapach do opracowania w kosmetykach..


Maseczki bąblujące zrobiły niemały szum w internecie, na polski rynek jednak standardowo weszły z opóźnieniem. Pierwszą maseczkę tego typu miałam z AA i nie byłam z niej do końca zadowolona.. W przypadku Cloud mask sprawa jest o tyle łatwiejsza, że nakładamy ją na suchą, oczyszczoną twarz w przeciwieństwie do AA gdzie było wymagane, aby cera była zwilżona. Tutaj od razu w trakcie rozprowadzania na twarzy maseczka zaczyna bąblować, tworzyć na twarzy lekki obłoczek. Efekt jest dużo większy, na twarzy tworzy się kawał piany niczym w wannie podczas gorącej kąpieli. Uwaga - musująca piana potrafi nieco załaskotać ;)

Według mnie efekt każdej z czterech maseczek jest identyczny, niczym się między sobą nie wyróżniały przynajmniej w moim przypadku. Po zmyciu maseczki samą wodą zostaje na twarzy lepka warstwa, ale przy dodatkowym zastosowaniu żelu do mycia twarzy wszystko wraca do normy. Cera jest dotleniona i przyjemnie miękka.

Przeczytaj także: AA Bubble mask nawilżenie i świeżość
• Mewa • Peeling do ciała ananas

• Mewa • Peeling do ciała ananas

Co Was rozczarowuje w kosmetykach? Zapewne najczęstszą odpowiedzią będzie zapach oraz działanie - wszak jak kupujemy krem to ma dobrze nawilżać, a gdy producent obiecuje zapach cytrynowy to ostatnie o czym marzymy to zapach odświeżacza powietrza do łazienki. Tym razem nie było to nic tego typu.
Manufakturę Mewa spotkałam jako jednego z wystawców na poprzednich targach Ekocuda w Warszawie. Niewątpliwie przyciągnęła mnie nazwa, a i kilka kosmetyków zrobiło mi małe zamieszanie w głowie. Testując kosmetyk i przymierzając się do wystawienia opinii poszperałam w sieci i odkryłam prawdę... Rozczarowało, a raczej zaskoczyło mnie to, że Manufaktura Mewa niewiele ma wspólnego z wybrzeżem, gdzie można spotkać te osobliwe ptaki, gdyż pochodzi z małopolski, a konkretniej Brzeska. Ot błahostka, ale utożsamiałam ją właśnie z jakimś nadmorskim miastem.. Jednakże nie ma co dalej się nad tym rozwodzić, a raczej skupić się na świetnym kosmetyku, jaki trafił dzięki nim w moje ręce.


Zaintrygowana nazwą manufaktury podeszłam do stoiska, a tam zapachami kusiło mnie mnóstwo kosmetyków. Słodki ananas - czego skutkiem jest zakupiony peeling, masło mango, świeże mydełko mięta i eukaliptus czy też peeling do twarzy cytryna & zielona herbata. Istny raj dla czyściochów i miłośników zapachów. Sporo produktów oczyszczających, do kąpieli wraz z solami i kulami do kąpieli (!). Szeroki wybór naturalnych, wegańskich i ręcznie robionych kosmetyków, w dodatku nie testowanych na zwierzętach. Producent nie ma nic do ukrycia przed nami i na swojej stronie prezentuje skład również po polsku. Wielkie brawa!


Peeling do ciała ANANAS
INGREDIENTS: Sucrose, Butyrospermum Parkii Butter, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopherol, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Citrus Lantaus Seed Oil, Theobroma Cacao Seed Butter, Magnifera Indica Seed Butter, Prunus Amygdalus Oil, Corylus Avelana Seed Oil, Leconostoc/Radish Root Ferment Filtrate, Parfum, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Helianthus Annuus Seed Oil.
SKŁAD: Cukier Trzcinowy Nierafinowany, Masło Shea, Olej Szafranowy, Witamina E, Olej z Pestek Moreli, Olej Arbuzowy, Masło Kakaowe, Masło Mango, Olej ze Słodkich Migdałów, Olej z Orzechów Laskowych, Ferment z Rzodkwi, Aromat Kosmetyczny, Ekstrakt z Rozmarynu.


Peeling do ciała ANANAS pachniał dla mnie najładniej na całym stoisku - świeżo, soczyście - było to dla mnie istne wspomnienie lata i jedzonych garściami świeżych owoców. Choć w tamtej chwili zdecydowałam się jedynie na niego, to wiem, że przy najbliższej okazji poszerzę swoją kosmetyczkę o kolejne produkty tej marki.
Peeling otrzymujemy w ciężkim, szklanym słoiczku o pojemności 300 g / 40 zł. Peeling jest mocno zbity, widać, że to porządnie wypełniony słoiczek pełen cukru, odżywczych maseł i olejów. Kosmetyk działa dwuetapowo - przede wszystkim dzięki ziarnom cukru peelinguje skórę - robi to porządnie, ale z wyczuciem - nie podrapiemy się ostrymi ziarnami, a obecne masła i oleje od razu regenerują i odżywiają skórę. Producent ostrzega, że taka dawka może być niebezpieczna pod prysznicem - łatwo o poślizgnięcie, jednak wystarczy odrobina uwagi. Dla mnie bardziej zachęcająca jest obietnica porządnego nawilżenia - przyznaję, że po użyciu tego kosmetyku w kąpieli spokojnie mogę sobie odpuścić dodatkowe balsamowanie ciała. Skóra jest napięta, gładka i miękka. Będzie też pięknie prezentowała się w sukience czy szortach, gdy już za chwilę prosto po kąpieli będzie można wyjść na dwór na gołe nogi ;)


Świat blogerek beauty jest ogromny - mimo posiadania sprawdzonych kosmetyków, do których wracamy, wciąż interesują nas kolejne, jesteśmy otwarte na nowości. Niech nie zdziwi Was też babska ciekawość - jakiego peelingu obecnie Ty używasz?
• EOS • Organic stick Pomegranate raspberry | Porównanie klasycznego jajeczka EOSa z wersją stick

• EOS • Organic stick Pomegranate raspberry | Porównanie klasycznego jajeczka EOSa z wersją stick

Już niedługo rusza promocja na kolorówkę w Rossmannie. Dla niektórych temat jest oklepany, a wpisy na temat polecanych produktów wręcz działają drażniąco. Są jednak osoby, które korzystają z promocji jedynie w celu uzupełnieniu zapasów, a nie wykupieniu połowy sklepu. Sama z pewnością kupię ponownie balsam do ust EOS organic stick, czyli krótko mówiąc balsam do ust EOS w sztyfcie, który w ostatnich dniach zgubiłam... Obecnie używałam wersji Pomegranate raspberry i zapewne do takiej powrócę, gdyż inne w gamie mnie nie kuszą - ta wydaje mi się najciekawsza.


EOS w sztyfcie możecie dostać w drogeriach, przykładowo w Rossmannie w czterech wersjach smakowo-zapachowych: pomegranate raspberry, strwaberry sorbet, sweet mint oraz wanilla bean. Wcześniej miałam klasyczne jajeczko EOSa w miętowym wydaniu, a potem zamarzył mi się owoc, stąd taka decyzja. Decyzja była słuszna, gdyż zarówno smak i zapach jest słodki, taki nieco landrynkowy, w każdym bądź razie dla mnie przyjemny. Malinowy smak występuje zarówno w wersji, o której właśnie opowiadam, jak również w charakterystycznej dla marki formie jajeczka. Czym się zatem różnią?

Gramatura, cena i opakowanie

Oprócz posmaku na ustach i zapachu bez wątpienia przekonująca jest również cena - w regularnej stick kosztuje niespełna 14 zł, gdzie klasyczne jajeczko to wydatek ok 11 zł większy. Co prawda ma to nieco związek z gramaturą - jajeczko 7 g, stick 4 g. Zaokrąglony kształt zrobił swego rodzaju furorę, jednak przyznam szczerze, że na co dzień wygodniej mi się używa sticka - łatwiej go zmieścić w małej, kobiecej torebce czy upchnąć w kieszeni płaszcza.

Zajrzyjmy w głąb, czyli skład

Różnica w gramaturze z pewnością ma wpływ na to, że szybciej widać zużycie produktu. Z pewnością odgadliście, że to stick szybciej znika, ale na jego obronę mam również informację, że łatwiej rozprowadza się na ustach. Oprócz niego mam klasyczne miętowe jajeczko oraz wersję crystal i żadna z nich nie sunęła tak miękko po ustach, stawiały raczej opór. Poniżej krótkie porównanie składów klasycznego jajeczka i sticka. Pogrubiłam po jednym składniku - one się nie powtarzają. Pozostałe składniki oznaczyłam takimi samymi kolorami obecne w obydwu produktach - z pewnością zauważycie, że różnią się kolejnością w składzie, a więc zarazem ich ilością. Niby produkt składa się w głównej mierze z tego samego, a jednak jego działanie może być zupełnie inne.

EOS stick do ust malina
Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil*, Beeswax/Cera Alba (Cire d’abeille)*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil*, Flavor (Aroma), Copernicia Cerifera (Carnauba) Wax/Cire de carnauba*, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Punica Granatum Seed Oil*, Rubus Idaeus (Raspberry) Leaf Extract *, Tocopherol, Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract*, Beta-Sitosterol, Squalene, Linalool**

EOS balsam do ust malina
Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Beeswax/Cera Alba (Cire d’abeille)*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil*, Natural Flavor (Aroma), Butyrospermum Parkii (Shea) Butter*, Rubus Idaeus (Raspberry) Leaf Extract*, Punica Granatum Seed Oil*, Tocopherol, Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract*, Helianthus Annus (Sunflower) Seed Oil *, Linalool**

*składniki organiczne, **składniki naturalne

Działanie

Wcześniej wspomniałam, że stick łatwiej sunie po ustach. Odnoszę również wrażenie, że ma lepszy wpływ na usta. Usta są wygładzone, otulone ochronną warstewką. Nie widać na nich żadnych suchych skórek, więc świetnie prezentują się w szmince. Niestety klasyczne jajeczko aż tak mnie nie zadowalało.. Ponadto balsam ładnie pachnie i całkiem nieźle smakuje przy tym nie nadaje żadnego koloru ustom.

Tak jak wcześniej wspomniałam, chętnie powrócę do mojej zguby i kupię ten produkt ponownie. Swoją drogą wiem, że nie wszyscy są fanami ten marki, więc śmiało Was zapytam jakie pomadki ochronne mi polecicie - więc? :)
• Pantene PRO-V • Linia Aqua light - szampon, klasyczna odżywka do włosów, odżywka 3 minute miracle oraz spray do włosów

• Pantene PRO-V • Linia Aqua light - szampon, klasyczna odżywka do włosów, odżywka 3 minute miracle oraz spray do włosów

Zapewne wiecie, że od 8 marca, czyli od Dnia Kobiet obowiązywała w Rossmannie promocja na kosmetyki do pielęgnacji, stylizacji i koloryzacji włosów. Promocja miała zakończyć się z dniem 19, jednak zarząd zdecydował się przedłużyć akcję. Dzisiaj ostatni dzień promocji, a jeśli wciąż z niej nie skorzystaliście to polecę Wam czwórkę produktów, które regularnie pojawiają się w mojej łazience - czasem zaszaleję i zmienię jedynie linię kosmetyków. Obecnie do włosów używam szamponu, sprayu i odżywki klasycznej zamiennie z 3 minute miracle z serii Aqua light, ale równie chętnie poleciłabym Wam również serię Intensive repair z maską w słoiczku na czele. 


Kosmetyki Pantene PRO-V mają zgraną szatę graficzną i w przypadku serii Aqua light delikatne, świeże zapachy. Nie są to kosmetyki, które przypadną do gustu każdemu - mają typowo drogeryjne składy, jednak moim włosom odpowiadają. Seria Aqua light przeznaczona jest do włosów cienkich ze skłonnością do przetłuszczania się. Cała seria ma lekką formułę, aby spełnić się w oczyszczaniu i odświeżaniu włosów bez ich nadmiernego obciążania. 

Szampon sprawdza się u mnie w codziennej pielęgnacji - delikatnie oczyszcza i odświeża włosy, choć raz na 2-3 dni potrzebuję czegoś mocniej myjącego. Włosy po tym szamponie nie są przyklapnięte, a raczej lekko opadają na ramiona. Aby dodatkowo były lśniące, wygładzone i miękkie stosuję odżywkę z tej samej serii - gdy biorę dłuższą kąpiel nakładam klasyczną odżywkę do włosów od ucha w dół, na całą długość włosów. Zamiennie stosuję odżywkę 3 minute miracle, która daje jeszcze bardziej spektakularne efekty. Wszystko dzięki obecności histydyny w składzie. Histydyna naturalnie występuje w strukturze włókna włosa, a obecna w odżywce dogłębnie w niego wnika. Efektem jest wygładzona fryzura bez efektu puszenia wykazująca się większą odpornością na uszkodzenia. Marka nawet reklamuje się, że odżywka ta w 3 minuty regeneruje uszkodzenia włosa powstałe w ostatnich 3 miesiącach. Efekt po umyciu włosów i nałożeniu odżywki faktycznie jest WOW, jednak pamiętajmy, że samo nic się nie naprawi, więc efekt jest taki wyłącznie w okresie stosowania kosmetyku. Na koniec mój hit, czyli spray do włosów. Używam go po każdym myciu włosów, gdyż znacząco ułatwia rozczesywanie włosów, dodatkowo nawilża a przy tym nie obciąża. Same plusy!


Pantene PRO-V jest przygotowana chyba na każdą ewentualność - powstały serie:
  • aqua light - do włosów cienkich z tendencją do przetłuszczania się
  • moisture - do włosów suchych, pozbawionych witalności
  • lively color - do włosów farbowanych
  • intensive repair - do włosów słabych lub zniszczonych
  • micellar water - szampon micelarny
  • strenght & shine - szampon wzmacniający i dodający blasku
  • extra volume - do włosów cienkich pozbawionych objętości
  • superfood - do włosów słabych i cienkich dodający objętości i wzmacniający
  • hair fall defence - ochrona przed wypadaniem włosów

Wśród kosmetyków Pantene znajdziemy dopasowane do powyżej wymienionych serii produkty takie jak: szampony, szampony 3w1 (z odżywką), klasyczne odżywki, odżywki 3 minute miracle, odżywki w sprayu, spraye do włosów, odżywki w piance, 1-minutowe ampułki regenerujące, maski do włosów, olejki do włosów, suche szampony, lakiery oraz pianki do włosów.


• Balea • Żel pod prysznic Ocean Girl

• Balea • Żel pod prysznic Ocean Girl

Dawno nic nie miałam z kosmetyków Balea, a lubię do nich wracać. To taka tania marka, DMowska Isana można by rzec. Niby niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale w związku z tym, że jest trudno dostępna w Polsce (sklepy internetowe, sklepy z chemią niemiecką) jest również pożądana i cieszy. Ot, kolorowe opakowanie, niska cena i trudna dostępność i mamy blogowy hit. A czym dzisiaj się zachwycamy?


Zobacz także inne kosmetyki Balea na moim blogu

'Połyskujący żel do mycia z limitowanej serii 'Ocean Girl'. Zawiera pielęgnacyjny kompleks, który nawilża skórę, pozostawiają ją miękką i gładką. Orzeźwia i pobudza zmysły przepięknym zapachem słodkich, czerwonych owoców. Przebadany dermatologicznie.Neutralne pH. Produkt wegański, nie testowany na zwierzętach.'



Z okazji Mikołajek, które na instagramie znajdziecie pod hashtagiem #cosmosanta od mojej Mikołajki w większości kosmetycznej paczuszce znalazłam między innymi ten właśnie oto żel Balea Ocean girl (cena ok 8 zł). Mnie zachwycił grafiką - jest nieco baśniowa i choć syrena zdecydowanie odbiega od Disneyowskiej Arielki, to wyobraźnia działa. Kolor żelu jest różowy z widocznymi, lśniącymi drobinkami, jednak nie widać ich później w wannie, ani po umyciu nie ma efektu glow. Mi osobiście taka forma kojarzy się nieco z żelami do kąpieli dla małych dziewczynek, jednak nie przeszkadza mi to. Trzeba mieć w sobie odrobinę z dziecka i brać życie pół żartem. Zapach żelu jest przyjemny, słodki. Sam żel jako kosmetyk delikatnie się pieni, dobrze oczyszcza skórę i nie przesusza. W sumie więcej od tego typu produktów nie wymagam, więc jestem zadowolona. Ponadto tuba (250 ml), w której znajduje się produkt jest miękka, więc bez problemu można dozować produkt i wydobyć go do ostatniej kropli, dzięki temu, że ten grawitacyjnie ścieka do otworu dozującego.


A Wy chętnie sięgacie po produkty marki Balea?

• Yankee Candle • Fresh cut roses

• Yankee Candle • Fresh cut roses

Zakładam, że nigdy byście nie zgadli w jaki sposób trafiła do mnie ta świeca - no chyba, że obserwujecie mnie na instagramie, gdzie już wcześniej zdradziłam tą informację. Aby wszyscy byli w temacie: świecę Fresh cut roses Yankee Candle otrzymałam na Walentynki od mojego G. Kilka dni przed tym świętem zażartowałam na temat serduszek i kwiatków dookoła, a ja tam nawet ucieszyłabym się ze świecy o zapachu kwiaciarni. I voila! Mój ukochany przeszukał internety, a konkretniej blogi żeby znaleźć informację, która świeca tak pachnie. Znalazł ją i zamówił, a ja teraz mogę cieszyć się nowym zapachem w kolekcji.


Dawno już Wam nie pisałam o zapachach - regularnie robiłam to w 2017 roku. Miałam do tego wrócić jesienią 2018, jednakże wiecznie na zakupach zapominałam o kupieniu podgrzewaczy - moja kolekcja to głównie woski do kominka. Trzeba jednak powrócić do tematu, gdyż to estetyczny i aromatyczny wynalazek jest, który uprzyjemnia wieczory.

Zapach Fresh cut roses o dziwo spodobał mi się od pierwszego powąchania. Nigdy nie przepadałam za kwiatowymi zapachami (z małymi wyjątkami), a tym bardziej różanymi. Ten jednak od razu skojarzył mi się przyjemnie z zapachem ciętych róż w zadbanej kwiaciarni. Identyczny zapach emanuje ze świecy w czasie palenia. Moim zdaniem odświeży mieszkanie lub podkreśli zapach kwiatów w wazonie. Zapach pochodzi z serii Classic z linii kwiatowej i jest dostępny w każdej formie (wosk, sampler, świeca) na Goodies.


• Efektima • Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek

• Efektima • Konopne masło do ciała z oliwą z oliwek

Coraz częściej okazuje się, że nie lubiany przeze mnie temat smarowania ciała przeistacza się w potrzebę robienia tego. Moja normalna niegdyś skóra po przebytej chorobie potrafi czasem skierować się w kierunku nawet AZS, więc omijanie pielęgnacji ciała może skutkować u mnie nieprzyjemnościami. Staram się sobie uprzyjemnić tą czynność wybierając różne formuły - olejki, balsamy, masła czy musy, stosuję je zamiennie i wciąż testuję nowości czy też polecane mi specyfiki. W ostatnim czasie w ramach współpracy z marką Efektima miałam przyjemność wypróbować konopne masło do ciała z oliwą z oliwek. Wcześniej miałam już do czynienia z innym produktem tej marki z tej linii i byłam zadowolona. A jak jest tym razem?

Przeczytaj także: Efektima - olejek konopny


Masło do ciała mieści się w zakręcanym, zabezpieczonym folią aluminium plastikowym słoiczku o pojemności 200 ml/ ok. 20 zł. Rozwiązanie wygodne, gdyż można wydobyć kosmetyk do samego końca, choć ze względu na wydajność kosmetyku będzie to trudne. Podobnie jak olejek z tej serii masło jest szalenie wydajne. Aksamitna, kremowa konsystencja delikatnie otula nasze ciało i przy pomocy niewielkiej ilości kosmetyku mamy posmarowane całe ciało. W dodatku w momencie, gdy nałożymy za dużo masła próbując je wmasować będzie ono bieliło skórę niczym na znak, że nie potrzeba aż tyle.

Skóra po posmarowaniu tym kosmetykiem jest miękka, delikatna i pachnąca. Zapach jest dla mnie nie małym zaskoczeniem - przyjemny dla nosa, nieco słodki, złamany roślinną wonią. Dość rozwodzenia się nad zapachem - on tylko uprzyjemnia zabieg pielęgnacyjny, a najważniejsze jest działanie. Masło jest bogate w substancje nawilżające - oprócz tytułowego oleju konopnego i oliwy z oliwek znajdziemy w składzie również glicerynę czy olej kokosowy. W moim przypadku ten produkt działa na tyle dobrze, że mogę stosować go co drugi dzień i będzie to wystarczające. Produkt dość szybko się wchłania, więc bez problemu można go użyć nawet z rana przed założeniem ubrań. Pozostawia na ciele delikatny płaszczyk ochronny, który nie jest w żaden sposób lepki ani nieprzyjemny.



Fakt, że otrzymałam kosmetyk do przetestowania nie wpłynął na moją opinię.
☄ OPENBOX - LUTOWY SHINYBOX Loveliness

☄ OPENBOX - LUTOWY SHINYBOX Loveliness

Miniony weekend nie był dla mnie lekki, choć zakończył się bardzo przyjemnie. Na sam początek weekendu w piątek dopadły mnie problemy żołądkowe, więc musiałam wcześniej się zwolnić z pracy z powodu samopoczucia. Następnego dnia było już lepiej, ale niejedzenie dało się we znaki i objawiło osłabieniem. Niedziela na szczęście wypadła o niebo lepiej - wróciłam do regularnego spożywania posiłków - ba, nawet wyrwaliśmy się z G. na festiwal pizzy* do Pizza Hut, a następnie do kina na drugą część filmu Kobiety Mafii. Pełna sala jest chyba dowodem na to, że film zaciekawił polską publiczność. A Wy jak spędziliście weekend? Wybraliście się na premierowy film czy zarwaliście noc w celu obejrzenia relacji z Oscarów?
Dzisiaj znowu moje samopoczucie spadło w związku z kobiecymi dniami, ale z samego rana humor poprawił mi listonosz. Dostarczył on pod me drzwi paczkę zawierającą lutowy shinybox. Czy zawartość sprawiła mi radość czy słusznie zrezygnowałam z subskrypcji?

Blogerkę posiadającą całą masę kosmetyków z czasem coraz trudniej zadowolić. Shinybox zawsze kojarzył mi się z nowościami, ciekawymi kosmetykami oraz oszczędnością. Oszczędności nie można było mu nigdy odmówić, gdyż zamawiając pudełeczko zawsze otrzymywało się zawartość przekraczającą wartość. Niestety coraz częściej w pudełeczkach pojawiały się produkty, które bez problemu można zakupić w drogeriach, więc w moich oczach spadał prestiż marki. Tym razem jest podobnie - sprawdźmy razem co znalazłam w pudełeczku.


Otwierając pudełeczko zobaczyłam dużo saszetek. Próbki, maseczki - pokręciłam nosem. Przyglądając się bliżej mamy tutaj maseczkę 2w1 Biotanique (produkt drogeryjny) oraz miesięczny program pielęgnacyjny skóry twarzy 7th Heaven (8szt). Znalazłam również zestaw ratunkowy w awaryjnych sytuacjach Masmi zawierający wkładkę, podpaskę i tampon - widziałam te produkty jako nowość w drogeriach. Podobnie dostępne w drogeriach czy marketach są kosmetyki marki Bell, z której w tym miesiącu otrzymałam puder brązujący. Do tego próbki szamponu i mydła z Nutki z serii konopie polskie - dobrze wspominam inny ich produkt mus pod prysznic. W tym miesiącu pojawiły się aż dwa produkty wymienne 1 z 3. Do mnie trafiło nierafinowane masło shea Natur Planet z informacją w ulotce, że testuję je jako pierwsza w Polsce, czyli mamy premierę! Mała rzecz, a cieszy. Dosłownie mała, gdyż jest to produkt travel size (20 ml) - chętnie zabrałabym go ze sobą na urlop, ale wtedy chyba jako ostatnia go poznam.. Zamiast masłą mogła trafić do mnie odżywka w piance Biovax lub puder rozświetlający Revers. Ostatnim produktem, który znalazłam w pudełeczku był tusz do rzęs Affect. Losowo mogło trafić do mnie zamiast niego serum liftingujące Biotanique (produkt drogeryjny) lub maska do twarzy Biały Jeleń.

Wariant mojego pudełeczka chyba najbardziej przypadł mi do gustu, choć żałuję, że umknęła mi jedna informacja. Shinybox przeprowadzał ankietę dotyczącą dołączenia produktu dla mężczyzn (antyperspirujący, odżywczy krem do stóp ManFoot), jednak mail z linkiem prawdopodobnie przepadł mi, gdy oznaczałam sporą ilość maili od Shiny jako spam. Uważam, że za bardzo atakują maila promocjami, informacjami o pudełeczkach, więc w tym momencie czuję się zawiedziona. Póki co przesyt kosmetyków i chęć wybierania ich samodzielnie sprawia, że tymczasowo rezygnuję z subskrypcji. Niewykluczone, że do niej powrócę lub będę zamawiać pudełeczka okazjonalnie po ujawnieniu zawartości.



Subskrybujecie jakieś pudełeczka czy zamawiacie okazyjnie?
Co sądzicie o zawartości pudełeczka Loveliness by Shinybox?

* To nie jest żadna reklama, ale jeśli chcecie poznać menu Pizza Hut to festiwal pizzy jest doskonałą okazją na wypróbowanie różnych smaków. Dzięki tej promocji wytypowałam swoich ulubieńców. 
Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger