Testujemy marzenia: Rajdowa jazda Peugeot 106 S16 po torze

Testujemy marzenia: Rajdowa jazda Peugeot 106 S16 po torze

Dzisiaj przychodzę do Was z nowym postem, który powstaje dzięki temu, że uczestniczę w akcji Chcę to przeżyć organizowanej przez Katalog marzeń. Dzięki Waszej aktywności pod postem oraz w social mediach udało mi się dostać do drugiego etapu, w którym tym razem zmierzyłam się z wyzwaniem motoryzacyjnym, a mianowicie z rajdową jazdą Peugeotem 106 S16 po torze w Izabelinie/k.Warszawy. Jak było, dla kogo jest stworzona ta atrakcja i czy warto się na nią wybrać?


Co, jak i dla kogo?

W moim pakiecie było 5 okrążeń sportowym samochodem po torze - pierwsze zapoznawcze, na kolejnych można było pobawić się i wyżywać się na samochodzie. Fajna sprawa, zwłaszcza dla kogoś, kto pasjonuje się motoryzacją lub patrząc na wszelkie rajdy czy wyścigi chciałby się znaleźć na miejscu kierowcy. Taka forma aktywności trafi również w serce każdego faceta, ale i dziewczyny, która lubi sobie pośmigać. Nie zapominajmy o osobach, które potrzebują odreagować stres czy frustruje ich codzienny dojazd do pracy w korkach - odrobina rozrywki, dla niektórych byś może adrenaliny dobrze zrobi każdemu. Dużym plusem jest fakt, że od marzyciela nie jest wymagane prawo jazdy - przejazd odbywa się pod czujnym okiem instruktora, który sprawuje nad wszystkim kontrolę, a samo auto jak i tor jest dobrze przygotowane do tego typu jazdy.
Jazda odbywa się w Rally drive a terenie STW Center w Izabelinie, kilka kilometrów od lotniska Warszawa Babice (Bemowo) - dojeżdżają tu autobusy komunikacji miejskiej oraz jest parking jeśli zdecydujesz się przyjechać samochodem. Rally drive ma w ofercie zarówno samodzielną jazdę za kierownicą jak również a miejscu pasażera w tzw. drift taxi czy szybkiej jeździe po torze oraz możliwość wynajęcia toru czy jazdę po nim własnym autem. Szeroka oferta na pewno zaciekawi nie jedną osobę.


Moje wrażenia

Zdecydowanie stwierdzam, że żałuję, że Was tam nie było. Żadne zdjęcia czy filmik nie oddaje tego co tam się działo - pisk opon, palona guma czy mijanie się na torze z innym autem. To stanowczo trzeba przeżyć samemu. Sprawdzenie siebie za kierownicą podczas mijania zakrętów w prędkości to świetna sprawa, a zarazem oryginalny pomysł na prezent. Sami przyznajcie - ile nietrafionych prezentów dostaliście, ile się z nich kurzy? Jazda samochodem po torze to prezent dla każdego w każdym wieku. Psst, nie musicie się przejmować nierównościami na torze tak jak byście jechali własnym autem - skupiacie się na samej przyjemności ;)


Braliście udział w podobnych atrakcjach? Mamy tu motoryzacyjnych fanów? :)
#chcętoprzeżyć
• LUMENE • arktyczne piękno w miniaturowych kremach do twarzy i maseczce

• LUMENE • arktyczne piękno w miniaturowych kremach do twarzy i maseczce

O kosmetykach marki Lumene pierwszy raz usłyszałam, kiedy wypuściły kosmetyki pielęgnacyjne - linię inspirowaną ptakami z gry Angry Birds. Tym razem marka wykonała wielki krok w kategorii makijażu - stworzyła pierwsze kosmetyki do makijażu hybrydowego, którymi pochwaliła się na festiwalu See bloggers. Niestety nie udało mi się dostać na warsztaty prowadzone przez markę, ale na ich stoisku udało mi się poznać nowości oraz porozmawiać z ekspertami. Na koniec rozmowy otrzymałam kilka miniatur, o których teraz chciałabym teraz Wam opowiedzieć.

Miniatury kosmetyków to świetna forma na wyjazd, ale również do poznania nowych produktów. Szczególnie często decyduję się na zakup miniatur w przypadku kremów do twarzy. Moja buźka jest kapryśna, więc zawsze wolę się upewnić, czy kosmetyk nie stworzy więcej problemu niż pożytku. Tym razem poprzez miniatury miałam okazję poznać fińską markę Lumene oraz jej trzy serie kosmetyków opartych o wodę arktyczną w składzie. Czy jesteście ciekawi jak się sprawdziły?


Holistyczne podejście marki, naturalne składy, wspaniałe działanie sprawiają, że ta selektywna marka jest pożądana przez kobiety. Na plus również fakt, że kosmetyki nie są dostępne w każdym sklepie czy drogerii, a także idea, że piękne pochodzi ze światła. Piękną, promienistą cerę uzyskiwałam przy użyciu każdego kosmetyku, o którym dzisiaj piszę, ale zacznijmy od początku.

Pierwszą miniaturą, po którą sięgnęłam był Lahde Intense Hydration 24H Moisturizer, czyli krem nawadniający do każdego rodzaju skóry. Zrobiłam zdjęcia na bloga i odpakowałam produkt - zerwałam sreberko z wierzchu i zobaczyłam dość treściwy krem. Nie napawałam się nadzieją, że krem będzie współgrał z moją cerą. Był ciepły dzień, więc podejrzewałam, że krem spłynie mi z twarzy, co dopiero mówiąc by nałożyć na niego jeszcze makijaż. Jak przemiłe było moje zaskoczenie, kiedy moja mieszana cera wręcz piła nakładany na nią krem. Kosmetyk nałożony na twarz szybko się wchłaniał, a przy tym nie zostawiała nieprzyjemnej warstwy. Kolejny dzień oznaczał testy z makijażem. Kosmetyk nie zawiódł również na tym polu - stanowił świetne przygotowanie pod dalsze upiększanie, a makijaż trzymał się tak długo jak zawsze. Kosmetyk podczas prawie miesięcznego używania nie sprawił mi żadnych niespodzianek na twarzy, ani nie podrażnił. Należy jednak zauważyć, że intensywnie regenerował moją cerę odpowiednio ją nawilżając po słonecznych kąpielach na plaży. Zdrowy blask, nawilżenie i regeneracja , a przy tym brak nadmiernego błyszczenia się mojej cery to najlepsza jego rekomendacja. 


Treściwy krem na noc to coś co uwielbiam - w tej roli świetnie sprawdza się Valo Overnight Bright vitamin C Sleeping cream, czyli krem na noc z witaminą C do każdego rodzaju skóry. Po przyjemnych doświadczeniach z kremem na dzień bardzo chętnie sięgnęłam po krem na noc. Przyznam szczerze, że sama nie wiem, którego bardziej pokochałam. Obydwa pięknie pachną, a używanie ich to sama przyjemność. Każdy dzień przynosi inny scenariusz, jednak w moim obowiązkowo musi znaleźć się czas na użycie tego kremu wieczorem. Po zmyciu makijażu, przed położeniem się do łóżka jest chwila dla mnie i dla niego - kremu oczywiście. Nie boję się, że krem wytrę w poduszkę, a rano wstanę z wypryskiem na czole - ten krem jest absolutnie bezpieczny dla mojej cery - przetestowane w gorące noce, kiedy zasypiałam przy wentylatorze, jak również w chłodniejsze wieczory. Przez noc krem odżywia moją cerę, regeneruje ją po całym dniu, abym rano mogła wstać nie tylko pełna energii, ale również piękna i wypoczęta. Rozświetlona cera pełna blasku - to właśnie widzę rano w lustrze, kiedy powracam do kremu nawadniającego, o którym była mowa przed chwilą.


Na koniec zostawiłam maseczkę Sisu Deep clean Purifying mask, czyli maskę oczyszczająco-detoksykującą. Wiem jak ciężko kobietom przełamać się, aby wypróbować nową markę kosmetyczną, zmienić swoją pielęgnację. Myślę, że sama nawet daję takie znaki właśnie tym, że najchętniej eksperymentuję z nowymi kosmetykami w postaci maseczek do twarzy. To jedna z tych, które mnie nie zawiodły. Mała pojemność mimo wszystko starczyła na kilka użyć, czyli więcej niż jedna saszetka. Maseczka wygładziła moją cerę, sprawiła że stała się miękka i delikatna, a także nieco ją oczyściła i odświeżyła tym samym przygotowując ją do dalszych zabiegów kosmetycznych. Jednym razem zrobiłam ją gdy miałam w pracy zmianę popołudniową - następnie po niej nałożyłam makijaż, innym razem sprawiłam sobie w domu małe wieczorne SPA. W obu przypadkach byłam zadowolona z jej działania. Maseczka to dla mnie chwila na relaks, chwilę odstresowania, a wraz ze swoim działaniem zasłużyła sobie na to, by Wam ją polecić.


Czy znacie już kosmetyki marki Lumene? 
• Alma K • Ochronny krem do rąk z minerałami z morza martwego

• Alma K • Ochronny krem do rąk z minerałami z morza martwego

Pogoda ostatnio nas nie rozpieszcza - wczoraj z rana w mojej okolicy grasowała porządna burza, która niestety zamiast świeżego powietrza przyniosła zaduch. Bardzo nie lubię takiego stanu rzeczy, ponieważ nie mam wtedy najmniejszej ochoty na pielęgnację. Nie widzę sensu nakładania balsamu po kąpieli, ponieważ chwilę po wyjściu spod prysznica cała płynę, a krem do rąk sprawia, że wszystko mi się z nich wyślizguje. Trzeba jednak o siebie dbać, więc na okres letni szukam delikatnych formuł, które szybko się wchłaniają  i pozostawiają na skórze świeżość. Takie zalety znalazłam w ochronnym kremie do rąk Alma K, który przywiozłam ze sobą z Meet Beauty.

 

Krem dostępny jest w wybranych drogeriach Hebe w pojemności 100 ml, jednak sama posiadam wersję podróżną 40 ml. Idealnie mieści się do mojej kosmetyczki, którą na codzień noszę w torebce. Mały, poręczny, jedyne co bym zmieniła w tubce to zakrętkę - zdecydowanie bardziej wolę otwarcia na klik, choć w tym wypadku nie jest to aż tak problematyczne.

Krem jest bardzo wydajny - używam go już kilka tygodni - czasem kilka razy dziennie, a czasem dzień przeoczę, a mimo wszystko jeszcze się nie skończył. Pachnie przyjemnie, świeżo, tak jakby luksusowo. Jeśli chodzi o działanie, to określę je jako dobre. W składzie znajdziemy wiele dobroczynnych substancji takich jak olej ze słodkich migdałów, oliwek oraz słonecznika, masło kakaowe, wosk pszczeli, witaminę E, ekstrakt z zielonej i białej herbaty, sok z aloesu oraz minerały z morza martwego, którymi szczyci się izraelski producent. Warto jednak zaznaczyć, że składniki są w różnych proporcjach - niektóre pojawiają się w składzie za substancją zapachową, a inne już na początku składu. Pomijając ten fakt krem ma dobre działanie - nawilża, pozostawia delikatną, ochronną warstewkę, której nie należy mylić z parafinową, lepką otoczką. Krem polecam do używania na codzień, ponadto na duży plus zasługuje fakt, że nie wywołuje żadnych podrażnień.

Szczerze przyznam, że dobre działanie kremu sprawiło, że przyjrzałam się bliżej innym kosmetykom marki Alma K. Szczególnie zainteresowała mnie naturalna gąbka z kremem myjącym - nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką formą produktu. Myślę, że poszukam jej przy następnej wizycie w drogerii.


Jakiego kremu do rąk aktualnie używacie?
Novaclear Atopis, czyli kosmetyki na problemy skórne (sucha, atopowa skóra)

Novaclear Atopis, czyli kosmetyki na problemy skórne (sucha, atopowa skóra)

Od pewnego czasu borykam się z bardzo suchą skórą, która wręcz swędzi. U mnie jest to skutek zarówno przebytej choroby, nieregularne balsamowanie ciała spowodowane wiecznym pośpiechem, a także uczęszczanie na basen, czyli chlorowana woda. Na me męki pomaga użycie kremu do ciała, jednak chwilowe zaniedbanie powoduje przywrócenie sytuacji. Czy jest na to jakaś rada? Kończę właśnie zużywać kosmetyki, które otrzymałam do przetestowania. Pod lupę brałam żel do mycia twarzy i ciała oraz intensywny krem NovaClear ATOPIS stworzony z myślą o suchej, atopowej skórze. Jak sobie radzi z takim wyzwaniem?


Kosmetyki ATOPIS są dostępne w wybranych aptekach w dwóch różnych pojemnościach 100, 200 i 500 ml. Najczęściej spotykana forma opakowania to tubka, choć występuje również słoiczek i butelka z pompką. Używanie tubek jest wygodne - cały produkt zbiera się przy otworze, więc nie ma ryzyka, że kosmetyk utknie w środku i się zmarnuje. W tym przypadku również nie spotkałam się z problemem, aby wydobywało się więcej kosmetyku niż potrzeba.
Zapachy kosmetyków do najprzyjemniejszych nie należą, jednakże nie zaliczają się także do tych, których używamy dla przyjemności, lecz aby zapobiec uczuciu suchej skóry. Jeśli chodzi o żel pod prysznic to dla mnie pachnie on neutralnie, a zapach szybko się ulatnia. Szczerze przyznam jednak, że bliżej mu do męskiego kosmetyku pod względem zapachu. Co do kremu tutaj chyba najlepsze będzie porównanie, którego użył mój facet. Krem pachnie.. asfaltem. Jest to dość specyficzny zapach, jednak czego się nie znosi, aby było dobrze?


Kosmetyki w moim odczuciu spełniają się w swojej roli - skóra po ich użyciu nie jest przesuszona, a po kilku użyciach wręcz odzyskuje pożądane nawilżenie. Efekt jest zarówno wyczuwalny jak i zauważalny. Oprócz newralgicznych suchych punktów takich jak łokcie czy kolana, najbardziej męczę się z łydkami. Widać na nich białe ślady po zadrapaniu, a czasem nieposmarowane po kąpieli uwidaczniają. Balsam pozbywał się problemu suchości skóry czy jej swędzenia, jednak jak wspominałam wcześniej pod względem zapachu niestety nie jest da mnie - używanie go męczy mnie. Co innego w przypadku żelu pod prysznic - neutralny zapach, wygodne opakowanie i dobre działanie. Używałam tego produktu głównie pod prysznicem i jedynie do ciała, ale mogę powiedzieć, że nawilżał moją skórę. Sprawdzał się świetnie również zamiast pianki do golenia - podczas golenia maszynka zwinnie sunęła po żelu, obywało się bez zacięć, a po wyjściu spod prysznica niekoniecznie musiałam używać kremu do ciała, gdzie w innych wypadkach jest to obligatoryjna czynność. Żel Atopis mogę zatem polecić z całego serca. Jedyne na co uczulam to fakt, żeby nie napalać się na rajskie zapachy, lecz typowo aptecznego glutka.
Kosmetyki są bogate w składniki aktywne takie jak olej konopny, pantenol, alantoina, glicerynę, ekstrakt z korzenia lukrecji czy witaminę e. Każdy składnik troszczy się o kondycję skóry, jej odpowiedni poziom nawilżenia, gładkość, regenerację czy działanie przeciwzapalne. Trzeba przyznać, że jest to kompozycja udana i oby jak najwięcej kosmetyków z takimi dobrociami w składzie. 


Kto z Was boryka się z suchą/atopową skórą? Jakich kosmetyków używacie?
Jaki jest Wasz przepis na komfort Waszej skóry?

zBLOGowani.pl
Testujemy marzenia: Dream jump

Testujemy marzenia: Dream jump

Dzisiaj mam dla Was kolejny post dotyczący moich zajawek, który zarazem będzie przedstawieniem akcji #chcętoprzeżyć. To inicjatywa Katalogu marzeń, do której udało mi się dostać jakiś czas temu. Akcja już na pierwszy rzut oka wydaje się fantastyczna - kilka atrakcji do wyboru, możliwość przetestowania ich za darmo, niesamowite przeżycia i liczne wspomnienia. Największy minus to fakt, że nie wszyscy mogą przejść do kolejnego etapu, więc liczę na Was i Wasze wsparcie. Dzięki Wam mam szansę spełniać swoje marzenia i zdawać z nich relację. 



W minioną środę miałam okazję zrealizować swoje pierwsze wybrane marzenie, którym był dream jump z 2 wież - Centrum sportów w Warszawie. Taką atrakcję wybrałam spośród kilku propozycji - m.in. wakeboardingu, gokartów czy spływu kajakowego. Jestem zadowolona z wyboru i wiem, że jeszcze nie raz odwiedzę warszawskie 2 wieże. Organizatorzy skoków mają w ofercie jeszcze kilka innych, interesujących form aktywności. Ale do rzeczy..
Jedyne na co bezwzględnie liczyłam to pogoda, ponieważ przy złej pogodzie niestety skoki się nie odbywają. Pogoda w kratkę i dwuzmianowa praca niestety nie jest do końca przychylna w trakcie ekspresowego planowania i rezerwacji jak w tym przypadku. Na szczęście mimo różnych przeciwności udało mi się oddać skok w pierwszym zarezerwowanym terminie. Zapytacie jak było? Świetnie!


Skok odbywa się z 30 m wysokości, a ja nie mam lęku wysokości. Rok temu skakałam na bungee we Władysławowie z dwukrotnie wyższego punktu. Mogę zatem porównać te dwa skoki i stwierdzić różnicę. Bungee standardowo kojarzy się ze skokiem na linie i dyndaniem do góry nogami. Dream jump został zaprojektowany tak, aby skok był komfortowy, więc uprzęż, która daje nam bezpieczeństwo utrzymuje nas w naturalnej pozycji jaką widać na zdjęciach. Oczywiście należy zaznaczyć, że kupując voucher na taką atrakcję mamy możliwość wykonania skoku. Powtórzę możliwość. Skok należy oddać samodzielnie, nikt nikogo nie popchnie. Motywujące jest odliczanie, które jest zarazem wyznaczniem momentu skoku. Jeśli już zdecydujemy się zrobić krok do przodu, czeka nas 2 sekundy swobodnego spadania, które podobno każdy odczuwa inaczej. Po spadku lina przeciąga nas ponad plażą w geście delikatnego hamowania, więc jeszcze chwilę unosimy się nad ziemią, co jest porównywalne do karuzeli łańcuchowej.


Czy się bałam? Strach siedzi w głowie, zawsze jest jakaś obawa (zwłaszcza, że podpisujemy się na oświadczeniu, że bierzemy pod uwagę ryzyko sportów ekstremalnych). Najtrudniejsze jest się przełamać i wykonać krok do przodu, jednak potem, gdy wiesz, że lecisz i tego nie cofniesz pozostaje adrenalina i radość płynąca z tego, co się dzieje. Skok, spadanie, lot.. sky is the limit!*

*Eee no i po zejściu może trochę nogi są jak z waty ;)

Poniżej zamieszczam jeszcze dla Was gifa zrobionego ze zdjęć okiem mojego faceta - zobaczcie jak skok wyglądał dla obserwatorów na dole, a także nagranie z kamery sportowej przedstawiające co widzi skoczek.


Domowa mikrodermabrazja - przeciwtrądzikowy peeling do twarzy Nacomi

Domowa mikrodermabrazja - przeciwtrądzikowy peeling do twarzy Nacomi

Markę Nacomi poniekąd znałam - wiedziałam jakie produkty mają w asortymencie, czym się cechują, a także dużo słyszałam o jej produktach - oczywiście głównie w superlatywach, jednak do pewnego czasu tak naprawdę sama żadnego z nich nie używałam. Któregoś dnia wpadłam do Hebe po krem pod oczy i trafiłam na promocję peelingów do twarzy Nacomi - wybrałam najbardziej odpowiadający mojej cerze według opisu i już wieczorem zrobiłam mu pierwszy test. Jak się sprawdził?


Peeling znajduje się w przejrzystym opakowaniu, więc od samego początku można kontrolować stan zużycia kosmetyku. Tubka ma 75 ml pojemności, a cena waha się w granicach 20 złotych, a mi udało się kupić go mniej więcej za połowę ceny. Czytałam opinie, że połowie opakowania kosmetyk potrafi się rozdzielić i nie daje się go używać, jednak w moim przypadku taka sytuacja na szczęście nie zaistniała. Mogę powiedzieć, że używam go już od kilku miesięcy, a kosmetyk jest bardzo wydajny. Naprawę niewiele kosmetyku potrzeba, aby starczyło go na całą twarz.

Jeśli chodzi o samo działanie kosmetyku to jestem zadowolona, ponieważ drobniutkie ziarenka korundu sprawiają, że jest to dobry peeling mechaniczny, mały zdzierak. Konsystencja kosmetyku jest drobinowo-olejowa. Spójrzmy na skład, prawie idealny, naturalny, pełen olejów oraz  korund. Używając peelingu odnoszę wrażenie jakbym smarowała twarz tłustym kremem z drobinkami, Niestety nie stałam się fanką konsystencji, bo choć resztki nawilżających olejów mogę zmyć żelem, tonikiem lub micelem, po prostu irytuje mnie ten fakt. Druga rzecz, które nie do końca przekonuje mnie do peelingu to jego specyficzny, nieco ziołowy zapach zapach.

Podsumowując ciężko jednoznacznie ocenić mi ten kosmetyki - o ile działanie ma bardzo dobre, to przeszkadzają mi w nim dwie rzeczy. Niezaprzeczalnie kosmetyk usuwa suche skórki, nawilża i nie pozostawia ściągniętej cery, jednakże dla mnie na minus jest jego konsystencja i zapach. Nie zniechęcajcie się tym, ponieważ są osoby, które bardzo go lubią i cenią.




Skład: Vitis Vinifera Seed Oil, Alumina, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Ricinus Communis Seed Oil, Glycerine, Simmondsia Chinensis Oil, Tocopheryl Acetate, Aqua, Sucrose Laurate, Equisetum Arvense Extract, Urtica Dioica Extract, Parfum, CI 47005, CI 42090, CI 73015


Jakie peelingi lubicie?
Jakie macie doświadczenia z kosmetykami Nacomi?
#nowestopyNivelazione, czyli pielęgnacja nie tylko latem

#nowestopyNivelazione, czyli pielęgnacja nie tylko latem

Niejedna osoba przyznaje się do tego, że pielęgnację stóp traktuje po macoszemu. Wszyscy nagle budzą się z nią, kiedy zaczyna się sezon letni, a wraz z nim odkryte buty, które prezentują stopy w pełnej okazałości. Żadna kobieta zakładając sandałki na koturnie nie chce, żeby jej pięta była popękana, ani by japonki odsłoniły zrogowaciałe paznokcie i suche skórki wokół nich. Wtedy włącza się czerwona lampka i podejmowanie prób walki o piękne stopy - pumeks, maska złuszczająca i za kilka dni stopy będą wyglądały jak nowe. Nie neguję takich zachowań, ponieważ lepiej późno niż wcale, jednakże regularność w pielęgnacji przynosi o wiele lepsze efekty. Z doświadczenia wiem, że dobrze dobrane kosmetyki znacznie ułatwiają i zachęcają do dbania o siebie. Ale do rzeczy - dzisiaj przedstawię Wam 3 produkty do pielęgnacji stóp Nivelazione, które pochodzą spod skrzydeł Farmony.


Pierwszy kosmetyk z paczki od ekipy Meet Beauty i sponsorów, który przykuł moją uwagę to krem w sprayu do stóp (cena poniżej 10 zł / 100 ml). Musicie przyznać, że jest to dość innowacyjna forma jeśli chodzi o pielęgnacje stóp. Wszędzie spotyka się kremy to w tubce, to w słoiczku, jednak spray jest kojarzony wyłączenie z dezodorantami. Odmienna forma kusi również pod względem używania produktu. Lekka, napowietrzona pianka pozwala na szybką i bezproblemową aplikację, a w dodatku nie ma potrzeby czekać aż produkt się wchłania, ponieważ dzieje się to wręcz natychmiastowo - dosłownie w momencie, gdy rozcieramy kosmetyk na ciele. Produkt nie pozostawia uczucia lepkości czy poślizgu, natomiast wyróżnia się choćby przyjemnym zapachem. Krem pachnie uniwersalnie - nie jest przypisany ani do płci ani nawet do konkretnej części ciała. Czytałam, że niektóre osoby smarują nim nawet ręce! Osobiście używam go póki co jedynie do nóg, a do wspólnej pielęgnacji wciągnęłam również chłopaka. Oboje oprócz ekspresowego nawilżenia zaobserwowaliśmy mniejszą potliwość stóp, czyli temat przeznaczony dla kolejnego kosmetyku.

 

Dezodorant do stóp - niby tak naturalna rzecz jak ten pod pachy, a jednak niewiele osób po niego sięga. Osobiście nie mogę się bez niego obejść - zwłaszcza w porze letniej, kiedy upały dają się we znaki jeśli chodzi o potliwość oraz zimą, kiedy cały dzień spędzam w ciepłych kozakach. Służy do spryskiwania zarówno samych stóp jak i noszonego obuwia. Używam go w nadziei, że odświeży i zapobiegnie wydzielaniu się nieprzyjemnego zapachu po zdjęciu butów po ciężkim dniu. Nie ma nic gorszego, kiedy wraca się do domu po całym dniu i czuje się własne stopy. Cieszę się, ponieważ sprawdza się w tej roli znakomicie. Taki kosmetyk jest w stanie zniwelować nieprzyjemny zapach lub całkowicie go wyeliminować. Jak cała seria pachnie łagodnie, świeżo, więc polecę go zarówno paniom jak i panom. Warto się zastanowić nad zakupem, ponieważ nie kosztuje wiele (ok 12 zł / 180 ml), a nie oszukujmy się, większość butów w popularnych sieciówkach w przystępnej cenie ma co najwyżej wkładkę z naturalnej skóry, a reszta to sztuczny materiał, który nie przepuszcza powietrza.


Ostatnim kosmetykiem z serii Nivelazione, jaki otrzymałam po spotkaniu Meet Bueaty jest kuracja S.O.S. dla stóp, czyli natychmiastowy ratunek. To krem, który ma silniejsze działanie nawilżające niż przedstawiony powyżej spray. W moim przypadku sięgam po niego na noc - ma treściwszą formę i zostawia po sobie lekką, ale przyjemną warstewkę. W składzie nie znajdziecie parafiny, za to wysoko w składzie znajdziemy dobrze nawilżający mocznik. Krem mimo wszystko jest lekki i szybko się wchłania. Osoby borykające się z suchymi stopami, pękającą skórą na piętach mogą go spokojnie używać również w ciągu dnia.


Na koniec chciałabym Was zachęcić do komentowania wpisu - zadawania pytań - może o czymś istotnym nie napisałam, dzielenia się doświadczeniami - dajcie znać jakie produkty znacie i lubicie, podajcie swoje sprawdzone sposoby na zadbane stopy latem. Chętnie się dowiem jak sprawiacie, że Wasze nogi wyglądają kusząco nawet w trakcie upału.
Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger