• Sephora Collection • odżywczo-kojąca maska w płachcie z kokosem

• Sephora Collection • odżywczo-kojąca maska w płachcie z kokosem

Dwa dni temu mając wolne popołudnie spędziłam iście jesienny wieczór. Odpaliłam ulubioną świecę, nałożyłam maseczkę na twarz, nakryłam się ciepłym kocykiem i włączyłam ckliwy film. Brakowało tylko ciepłej herbaty lub mlecznej czekolady, ale już nie chciało mi się ruszać z łóżka. Dzisiaj przychodzę do Was z opinią o tej maseczce - czy kokosowa maska w płachcie Sephora jest warta polecenia na jesienne dni?


Sephora opisuje serię maseczek jako nową generację. Maseczki są jednorazowe, w podróżnym formacie, a swoje działanie uaktywniają w ciągu 15 minut. Są na płachcie wykonanej z tkaniny pochodzenia roślinnego, dają efekt drugiej skóry - odpowiednio skrojone idealnie przylegają do twarzy. Marka przygotowała całą serię maseczek, a każda z nich w orzeźwiającej gamie składników odpowiadających różnym potrzebom skóry. Do mnie trafiła maseczka z kokosem, jednak w perfumerii znajdziemy również ananasa, liczi, winogrono, granat, algi, aloes i zieloną herbatę, a każda z nich kosztuje 20 zł, choć Sephora raz na jakiś czas organizuje promocje na te produkty.

Maseczka z kokosem była dla mnie powrotem do ciepłych dni - wyrazisty zapach kokosa zdecydowanie kojarzył mi się z latem. Maseczka nawilżyła i ukoiła moją cerę, która do niedawna była non stop narażona na wentylatory i klimatyzację, a kilka dni temu zaczęła obrywać chłodnym wiatrem. Jak zwykle podkreślam, że maseczka to zabieg jednorazowy, więc nie spodziewam się długofalowych efektów. Aby utrzymać odpowiedni poziom nawilżenia cery należałoby regularnie stosować tego rodzaju maski. Jednorazowe doświadczenie mimo wszystko oceniam na bardzo dobre - swoją drogą chyba pierwszy raz spotkałam się z tym, aby z płachty zdjąć kolorowy film przed nałożeniem jej na twarz. Podejrzewam, że chodziło o to, aby maseczka się ze sobą nie posklejała, co czasem się zdarza..
• Venus • olejek do ciała w sprayu i w piance

• Venus • olejek do ciała w sprayu i w piance

Zawsze liczę się z tym, że nie wszystko złoto co się świeci, więc zdaję sobie sprawę z tego, że wspaniale zareklamowany produkt może okazać się kompletną klapą. Lubię jednak testować nowości, ciekawe rozwiązania, po prostu wypróbowywać coś innego. Tym razem na tapetę wzięłam dwa kosmetyki marki Venus, a mianowicie nawilżający olejek do pielęgnacji ciała w sprayu oraz odżywczy olejek w piance do ciała. Ten w piance otrzymałam w paczce pracowniczej do przetestowania, natomiast drugi wzięłam pod wpływem chwili z myślą, że mogę je zestawić ze sobą i porównać te dwa nowatorskie rozwiązania. Jak się zatem sprawdzają? Czy są warte zakupu?

Inne kosmetyki marki Venus: Balsam po goleniu i depilacji 

Dotąd kosmetyki marki Venus najbardziej kojarzyły mi się z produktami do i po goleniu. Tym razem biorę pod lupę produkty przeznaczone do pielęgnacji ciała. Pamiętam, że już jakiś czas temu pojawiły się balsamy w sprayu Vaseline. Było to dla mnie ciekawe rozwiązanie, więc z dozą optymizmu podeszłam do tych kosmetyków. Na pozór podobne metalowe buteleczki (150 ml), które można skojarzyć z dezodorantami mają zupełnie inną zawartość.

Jako pierwszy do użycia wybrałam odżywczy olejek w piance do ciała z olejem z pestek malin. Wybór był podyktowany jedynie kwestią czasu, który otrzymałam na przetestowanie i wydanie opinii. Przyznam, że pierwsze spotkanie z kosmetykiem okazało się małą katastrofą. Brak wyczucia kosmetyku spowodował, że nałożyłam na ciało piankę bogatą w glicerynę, olej kokosowy, olej z pestek malin i witaminę E w ilość podobnej do pianki do golenia ciała. Nie sposób było wmasować taką ilość w ciało, skóra była mocno natłuszczona, nie chciała już pić olejów. To doświadczenie, które skierowało mnie wręcz na kolejny prysznic, spowodowało, że zaczynałam aplikację od niewielkich ilości kosmetyku. Dzięki temu odkryłam, że jest to wydajny kosmetyk, który dobrze nawilża i odżywia skórę, uelastycznia naskórek, łagodzi uczucie ściągnięcia skóry i przyśpiesza regenerację naskórka. Mam co do niego jedną uwagę - potrafi szczypać, gdy nałożymy go świeżo po goleniu lub depilacji, albo w inny sposób uszkodzony naskórek.


Ostatnio wzięłam się za testy na mojej skórze drugiego produktu, czyli nawilżającego olejku do pielęgnacji ciała w sprayu. Przyznam, że w przypadku tego kosmetyku liczyłam na podobieństwo do balsamów w sprayu Vaseline, jednak nieco się pomyliłam. Pierwsza aplikacja na ciało wywołała u mnie  zaskoczenie - zapach, który wydziela się w czasie psiknięć ewidentnie kojarzy się z perfumowanym dezodorantem, robi również podobną do nich duszącą otoczkę. Kosmetyk, który ląduje na ciele wystarczy delikatnie wmasować w ciało. Na pierwszy rzut oka wydaje się jakbyśmy spryskały się miksem olejków, które znajdują się w składzie, czyli monoi, winogoronowy, makadami, oliwa z oliwek oraz awokado, jednak.. dłoń dość tępo sunie po skórze. Ten fakt spowodował, że zajrzałam do składu, gdzie na drugim miejscu znajduje się parafina. Działanie kosmetyku nie jest zadowalające - owszem skóra po aplikacji wydaje się promienna, lśniąca, odżywiona i nie taka napięta, jednak jest to działanie chwilowe. Ładny wygląd to niestety nie wszystko. Przyznam szczerze, że korzystałam z niego w czasie wyjazdu, gdyż nie wzięłam innego kosmetyku do ciała, jednak po powrocie do domu nasz romans został zerwany. Olejek w sprayu Venus nadaje się dla mnie jedynie do uzyskania atrakcyjnego wyglądu nóg. Spryskane tym produktem gładkie i opalone nogi prezentują się wyśmienicie zarówno do weselnych sukienek jak i szortów, a efekt ten uzyskuje się w przysłowiowe pięć minut. Niestety nie widzę innego zastosowania dla tego produktu.


Używacie takich wymyślnych produktów czy dla Was produkt do nawilżania ciała to klasyczny balsam?
• Kneipp • Pielęgnujący żel pod prysznic Egzotyczna pokusa i Nawilżająca świeżość

• Kneipp • Pielęgnujący żel pod prysznic Egzotyczna pokusa i Nawilżająca świeżość

Zawsze w zanadrzu mam dla Was jakieś opinie o żelach pod prysznic - wszak to produkt, który najczęściej się zmienia w mojej łazience. Wszystko dlatego, że jest bardzo uniwersalny - do mycia się w wannie i pod prysznicem, do golenia nóg gdy zabraknie pianki czy do produkcji większej ilości piany gdy mam taki kaprys. Dzisiaj przychodzę do Was z opinią o dwóch wersjach zapachowych pielęgnującego żelu pod prysznic Kneipp, które kupiłam jakiś czas temu w cenie na do widzenia w Rossmannie. Jesteście ciekawi jak się sprawdziły?


Marka Kneipp opiera się na filozofii bawarskiego księdza katolickiego Sebastiana Kneippa, który obserwując swoją chorobę rozwinął metody leczenia wodą. Głęboko wierzył, że osiągnięcie równowagi ciała i ducha pozwolą cieszyć się życiem. Swoje metody oparł na wodzie, która podtrzymuje życie, roślinach wykorzystywanych w ziołolecznictwie, regularnych ćwiczeniach i ruchu, oraz zbilansowanej diecie opartej o owoce i warzywa.

W kosmetykach, które dzisiaj Wam przedstawię zostały zastosowane różne olejki i ekstrakty roślinne, jednak pierwsze skrzypce grają składniki takie jak olejek ylang ylang oraz sok z aloesu. Ylang ylag, czyli kwiat kwiatów to olejek eteryczny pozyskiwany z jagodlina wonnego. Olejek o fenomenalnym zapachu odpowiada nie tylko za aromaterapię, ale również reguluje ciśnienie krwi, przyśpiesza gojenie się ran, pomaga przy bólu głowy, a także ma pozytywny wpływ na włosy (regulowanie produkcji łoju, pomaganie przy łysieniu). Aloes znany jest natomiast z bogactwa witamin i dobroczynnych na skórę pierwiastków takich jak A, C, F, śladowe ilości B12, sód, potas, wapń, magnez, mangan, miedź, chrom, cynk i żelazo. Ponadto działa przeciwzapalnie i antybakteryjnie oraz zapobiega utracie wody.

Obydwa żele dobrze oczyszczają ciało, nie przesuszają skóry, ani nie wywołują podrażnień. Choć działanie mają podobne to jednak moje serce skradła Nawilżająca świeżość, czyli wersja z aloesem. Jest to delikatny, lekki i świeży zapach. Niestety olejki eteryczne zawarte w Egzotycznej pokusie są na tyle silne, że zdarza im się podrażnić moje wrażliwe oczy, gdy używam produktu pod prysznicem, czyli w ograniczonej przestrzeni. Egzotyczna pokusa rządzi się wyczuwalnym, naprawdę mocnym zapachem.

• Natura Siberica • Szampon i odżywka do włosów Wild Siberica Saarema

• Natura Siberica • Szampon i odżywka do włosów Wild Siberica Saarema

Szampony do włosów to jeden z tych produktów, które zużywam w zauważalnie większych ilościach. Myję włosy codziennie, a gdy pominę choć jeden dzień to boję się spojrzeć w lustro. Moje włosy od kiedy pamiętam przetłuszczają się u nasady, więc potrzebuję dobrego oczyszczania. Od niedawna natomiast zmagam się z suchością włosów na długości, co w połączeniu z rozdwajającymi się końcówkami daje efekt w postaci poplątanych, skołtunionych włosów. Jutro wybieram się do fryzjerki na zabieg odżywiający włosy, a dzisiaj zapraszam Was na wpis na temat szamponu i odżywki do włosów marki Natura Siberica z serii Wild Siberica Saarema przeznaczonej do włosów farbowanych i suchych. 


Kosmetyki trafiły do mnie jako nagroda w konkursie organizowanym przez markę, który towarzyszył wydarzeniu Meet Beauty. Moja praca została wyróżniona, co było dla mnie bardzo miłą wiadomością, a w podziękowaniu otrzymałam zestaw produktów do włosów, który niedawno można było zauważyć w drogeriach Rossmann oznaczony mianem wyjątkowego produktu. Wracając do moich włosów i samych produktów, to choć się nie farbuję (pomijając małe eksperymenty z szamponetkami) bardzo mnie zaciekawiły ze względu na przeznaczenie do włosów suchych. Jak się ma wyobrażenie o kosmetykach do rzeczywistości?

Identyczne opakowania, czyli bordowo-złote butelki o pojemności 400 ml są wygodnym rozwiązaniem czy to w wannie czy pod prysznicem. Zamknięcia typu press pozwalają bezkolizyjnie korzystać z opakowań oraz odpowiednio dozować produkt. Oko cieszy zarówno połączenie kolorystyczne jak i etykieta, które sprawiają wrażenie, że produkt jest drogi, luksusowy. Tylko, że w tym przypadku luksus płynie prosto z natury. Produkty nie kosztują fortuny - ich cena za sztukę nie sięga nawet 30 zł, a są wzbogacone składnikami, których na próżno szukać na drogeryjnych półkach. Malina moroszka odpowiadająca za odżywienie włosów, cytryniec chiński, który przywraca naturalny blask, tonizuje skórę głowy i reguluje pracę gruczołów łojowych, kocimiętka syberyjska, która relaksuje i uspokaja podczas mycia włosów, a także ma działanie przeciwgrzybiczne oraz przeciwzapalne, a także geranium - źródło witaminy C i olejków eterycznych. Niespotykane składniki z pewnością przykuwają wzrok, jednak czy oryginalne składniki przekładają się na działanie produktów?

Nie zawsze sięgam po spójną pielęgnację włosów, co oczywiście ma znaczyć, że nie zawsze wybieram produkty z tej samej gamy. Szukam i testuję produkty, sprawdzam, które najlepiej sprawdzą się u mnie. Tak było i w tym przypadku. Najpierw zaczęłam używać szamponu. Okazało się, że całkiem nieźle się pieni, dzięki czemu szybko i łatwo umyć nim włosy, choć to od razu znak nawet dla nie czytających składów, że zawiera silną substancję myjącą (zawiera SCS - czyli łagodniejszą formę SLS), nie do końca zgodną z poglądami niektórych na temat naturalności i delikatności produktu. Zaznaczam, że mi to nie przeszkadza, gdyż moje włosy wymagają mocniejszego oczyszczania, a łagodniejsze preparaty niestety działają nieskutecznie. Odświeżenie włosów i skóry głowy jest dla mnie w porządku. Po wyschnięciu/wysuszeniu są sypkie, pełne blasku, choć nie ukrywam, że bez użycia odżywki niestety ciężko mi je rozczesać, choć tak jest w przypadku praktycznie każdego szamponu. Po kilku myciach do zestawu wprowadziłam odżywkę do włosów. Stosowałam ją według zaleceń, czyli nakładałam na umyte włosy i pozostawiałam na kilka minut. Niestety czy był to krótszy czy dłuższy czas odżywka nie robiła z moimi włosami praktycznie nic. Włosy czy z jej udziałem czy jedynie po użyciu szamponu z tej serii zachowywały się tak samo - były sypkie, jednak pojawiał się problem z rozczesywaniem. Zupełnie nie widziałam oznak nawilżenia czy odżywienia włosów.


Podsumowując moją przygodę z serią Saarema niestety nie jestem zadowolona z produktów, które zagościły w łazience. Było mi miło wypróbować kolejną dla mnie nowość, która niestety się u mnie nie sprawdziła. O ile szampon spełniał swoje obowiązki, to jednak odżywka mnie zdecydowanie rozczarowała. Nie zniechęcam nikogo do wypróbowania produktu, bo jak zawsze podkreślam, że wszyscy jesteśmy różni i u każdego każdy kosmetyk może sprawdzić się zupełnie inaczej, jednak czasem przy zakupie warto zasugerować się opiniami innych.

• Selfie Project • brokatowe maseczki do twarzy peel off

• Selfie Project • brokatowe maseczki do twarzy peel off

Promocja goni promocję w Rossmannie. Podczas jednej z minionych akcji można było kupić z rabatem maseczki do twarzy, produkty do pielęgnacji paznokci i ciała lub odżywki do włosów. Do ostatniej chwili wahałam się z zakupem, aż w końcu nic nie kupiłam.. Obecne na zdjęciu maseczki, choć pokazywałam w okresie promocyjnym na instagramie nabyłam dużo wcześniej, jednak czasu na ich używanie mi trochę brakowało, ale teraz mogę podzielić się z Wami opinią na ich temat. Proszę Państwa, dziś na tapetę bierzemy cztery rodzaje glitterowych maseczek Selfie Project: nawilżającą, wygładzającą, oczyszczającą i rozświetlającą.


Maseczki cieszą się dużym powodzeniem w sprzedaży - bardzo często w Rossmannie można ujrzeć pustą półkę w ich miejscu. Na zakup decydują się osoby w młodym wieku, głównie nastolatki. Nic dziwnego - stały się popularne dzięki efektowi jaki dają na twarzy po nałożeniu - lśnią brokatem z pojedynczymi gwiazdkami świetnie prezentuje się w maseczkowych selfie. Wiem po sobie, że kiedyś wszystko co z brokatem lub innego rodzaju glitterem działało na mnie jak magnes. A jak jest teraz?


Na zakup maseczek zdecydowałam się z czystej ciekawości. Zastanawiało mnie co jest w nich takiego, że rozchodzą się jak świeże bułeczki. Słyszałam kiedyś stwierdzenie jakoby miały być tańszą wersją maseczek Glamglow Glittermask (Selfie Project 5 zł, Glamglow 229 zł). Działania niestety nie porównam, gdyż nie używałam Glamglow, jednak muszę przyznać, że maseczki Selfie Project niestety szału u mnie nie zrobiły.
Efekt po nałożeniu na twarzy - ładnie, jednak równie dobrze poprawia mi humor maska w płachcie z wzorem czy tradycyjna maseczka o atrakcyjnym zapachu. Przy tradycyjnych maseczkach wygrywają jednak tym, że są w wersji peel off. To jedna z wygodniejszych form maseczek jak dla mnie. Zmycie, a w zasadzie zdjęcie maseczki odbywa się bez żadnego brudzenia łazienki, szybko i bez problemowo. W ich przypadku nawet bardzo nie ciągnęły skóry twarzy. Działanie jakie u siebie zauważyłam to wygładzenie i napięcie cery, czyli takie jak praktycznie przy każdej maseczce peel off. Brak spektakularnego efektu, choć przy tej cenie i składzie nie oczekiwałam wiele. Mogę śmiało zwrócić uwagę, że odczułam brak różnic w działaniu czterech różnych maseczek, co niestety mnie trochę zawiodło. Może u nastolatek sprawdza się lepiej, jednak na tą chwilę sądzę, że maseczki można spokojnie wybierać pod względem koloru, aniżeli obiecywanego działania. Ten produkt niestety się u mnie nie sprawdził, choć inne tej marki goszczą w mojej kosmetyczce i jestem z nich zadowolona. 


Używaliście tych maseczek? Jakie jest Wasze zdanie o niech?
• Nivea • Soft mix me! w trzech zapachach

• Nivea • Soft mix me! w trzech zapachach

Większość marek ma taki produkt w swojej ofercie, który można uznać za kultowy, ponadczasowy, rozpoznawalny i kojarzony z marką. Jakiekolwiek modyfikacje składu czy opakowania zwykle budzą kontrowersje, choć producent zawsze celuje w ulepszenie produktu. Tego roku takiego wyzwania podjęła się marka Nivea, która na nowo zaprezentowała krem Nivea Soft w trzech różnych odsłonach. Nivea przygotowała dla nas trzy iście wakacyjne zapachy kremów - Berry Charming, Chilled Oasis oraz Happy Exotic. Czy gra była warta świeczki?


Można by rzecz, że od wieków nie używałam kremów Nivea. Takie życie blogerki, że wciąż pojawiają się nowe produkty, które chcę przetestować. Pamiętam jednak, że od zawsze w moim domu był obecny krem Nivea, więc tym bardziej byłam ciekawa nowości, jakimi są trzy zapachy kremów Nivea Soft Mix me. PR marki podsycał ciekawość produktów reklamami oraz pudełeczkiem, w którym otrzymałam kremy do przetestowania z klubu przyjaciółek Nivea. Pudełeczko po otwarciu pozwala na zakręcenie kremami, zmiksowanie niczym na konsoli u dj. Genialny pomysł! Aż żałuję, że nie znalazłam zastosowania na to pudełeczko, bo naprawdę cieszyło wzrok.


W opakowaniu znajdujemy trzy kremy o konsystencji i działaniu podstawowego, uniwersalnego kremu Nivea Soft. Kremy dobrze nawilżają i zmiękczają skórę. Są lekkie, szybko się wchłaniają pozostawiając jedynie satynową powłoczkę, dzięki której skóra wydaje się jeszcze bardziej gładka. Lubię używać ich latem, ponieważ nie czuję dyskomfortu obciążenia skóry czy ich spływania. Mix me oferuje trzy wersje zapachowe, które możemy ze sobą do woli łączyć i uzyskiwać wręcz indywidualne wersje zapachowe w zależności od proporcji w jakich zmieszamy kremy. Fantastyczne rozwiązanie, choć jak dla mnie kremy nawet bez mieszania robią spore wrażenie. Wracając jeszcze na chwilę do uniwersalności kremu.. choć są przeznaczone do ciała, rąk i buzi, to u mnie lądowały jedynie na ciele czy dłoniach - mała pojemność jeździła ze mną na wakacyjne wyjazdy. Jeśli chodzi o twarz, to wolę produkty bezpośrednio do niej przeznaczone.

Na początku otworzyłam każdy z kremów, aby ocenić, który z zapachów zamkniętych w owocowo-kolorowych szatach graficznych najbardziej mi się spodoba. Ocena po powąchaniu ze słoiczka układała ranking zupełnie inaczej, niż po naniesieniu produktów na skórę, kiedy zwątpiłam, że będę mogła tak po prostu ocenić trzy zupełnie inne zapachy. Jako faworyta wyłoniłam zapach Berry Charming, który zachwyca świeżymi owocami takimi jak truskawki czy maliny, ogólnie czerwone owoce i sorbet z nich zrobiony. Chilled Oasis zachwyca cytrusowym orzeźwieniem z dodatkiem mięty. To najświeższy zapach w całej kolekcji, który mi zdecydowanie kojarzy się z drinkiem mojito - limonka, mięta to jest to! Happy Exotic najmniej wzbudził moje zaufanie, gdyż obawiałam się kokosowo-ananasowy zapach będzie męczący po nałożeniu latem na ciało. Na szczęście.. nic bardziej mylnego! Kremowa pina colada okazuje się zapachem, który emanuje owocami, a kombinacja w żaden sposób nie jest mdląca. Żyć, nie umierać :)


Lubicie, gdy marki zmieniają coś w swoich kultowych produktach?
Jakie owocowe kosmetyki obecnie goszczą w Waszych kosmetyczkach?
• Barnangen • Midsommar glow żel pod prysznic i do kąpieli | Szwedzkie święto Midsommar

• Barnangen • Midsommar glow żel pod prysznic i do kąpieli | Szwedzkie święto Midsommar

Jeśli mam oszczędzać na jakichś kosmetykach są to żele pod prysznic. Zwykle wybieram produkty z niskiej półki cenowej (10-15 zł), które spełnią moje oczekiwania co do oczyszczania i nie przesuszania skóry. Większą sumkę pieniędzy wolę wydać na kosmetyki nawilżające czy te do pielęgnacji cery, choć w kategorii żeli do mycia ciała również zdarzają mi się odstępstwa. Tym razem skusiłam się na produkt marki Barnangen, które miały swoje pięć minut jakiś czas w kosmetycznych pudełeczkach, gdzie regularnie się pojawiały. Akurat nie miałam na nie subskrypcji, a marka w jakiś sposób zaczęła mnie ciekawić, więc.. w mojej łazience pojawił się żel pod prysznic Barnangen Midsomman glow. Jesteście ciekawi opinii o nim?


Zacznijmy od inspiracji jakim do stworzenia tego produktu jest szwedzkie święto Midsommar. Midsommar to nic innego jak szwedzki odpowiednik naszych wianków. Przypada na końcówkę czerwca, kiedy to świętuje się początek lata, choć nazwa midsommar rzeczywiście oznacza jego środek. Na noc przesilenia letniego Szwedzi dekorują samochody, domy i pozostałe budynki girlandami ze świeżych kwiatów i zielonych gałązek. W miejscach, gdzie hucznie obchodzi się rozpoczęcie lata, które w Szwecji jest dość krótkie ustawia się ukwiecone pale, gdzie w ich towarzystwie się świętuje. Wydaje mi się, że podobnego typu święto było przedstawione w książce Dzieci z Bullerbyn, choć pamięć może mnie nieco zawodzić ;) Ze świętem tym związane są też pewne ludowe tradycje takie jak kwiatowe wróżby (zbieranie kwiatów przez panny, aby włożone nocą pod poduszkę pozwoliły wyśnić twarz przyszłego wybranka), wierzenie w magiczną moc natury (zbieranie rosy do dzbanków, która miała mieć właściwości uzdrawiające), tańce wokół ukwieconego drzewka mające dawać energię na całą jesień i zimę.


Opakowanie produktu różni się od innych na sklepowej półce, gdzie co drugie ma przepchaną informacjami i grafikami etykietę. Żel mieści się w wygodnej, plastikowej, przejrzystej butli, która pozwala śledzić zużycie o pojemności 400 ml i zamknięciu typu disc-top. Cena za żel nieco wykracza powyżej mój budżet zakupu żeli, gdyż bez promocji w drogerii kosztuje prawie 25 zł. Skąd bierze się taka cena?
Żel rewelacyjnie się pieni, dobrze oczyszcza ciało bez przesuszania go dzięki zawartym w składzie olejom kwiatowym, które płyną z inspiracji świętem Midsommar. W składzie znajdziemy bowiem olej rycynowy, z nasion słonecznika, żurawiny, z kwiatów pelargonii, jagodlina wonnego, rumianku, a wszystko to wzbogacone jest o alantoinę, glicerynę i kwas mlekowy dla dodatkowego nawilżenia i złagodzenia skóry. Ma delikatny zapach, którego nie wyczuwałam w momencie wąchania z butelki, natomiast w czasie kąpieli rozpieszcza moje zmysły. Okazał się dla mnie niemałym, ale pozytywnym zaskoczeniem.


Czujecie się zainteresowani szwedzką kulturą w przełożeniu na kosmetyki?
Co sądzicie o inspiracji koncernu Schwarzkopf?
☄ OPENBOX - lipcowy Shinybox Summer vibes

☄ OPENBOX - lipcowy Shinybox Summer vibes

Wkrótce światło dzienne ujrzy nowy, sierpniowy Shinybox, więc należałoby w końcu zrobić przegląd zawartości edycji lipcowej. Edycja lipcowa ukazała się pod wdzięcznym hasłem Summer vibes. Zestaw o dziwo bardzo przypadł mi do gustu - a przede wszystkim bardzo cieszę się, że mimo, iż jest to 'letnie' pudełeczko, to nie zawiera ono żadnych filtrów do opalania. Czemu? Gdyż jestem już po urlopie i szczerze mówiąc nie miałabym kiedy tego zużyć, musiałoby czekać do przyszłych wakacji. Tym razem Shiny zaskoczył różnorodnością produktów, gdzie każdy wpisuje się w sens pudełeczka, a przede wszystkim cieszy. Ciekawi zawartości?


Lato i wakacje są bardzo wyczekiwane - czekamy na piękną, słoneczną pogodę, kąpiele w morzu czy opalanie się na plaży. Słońce o ile działa kojąco na poprawę humoru, to niestety ma również działanie negatywne - przesusza skórę podobnie jak klimatyzatory czy ogrzewanie zimą. Akcja regeneracja i odżywienie skóry wymagane są również i teraz. W moim pudełeczku znalazły się zatem 4 produkty pielęgnacyjne: dwa do twarzy, jeden do ciała i jeden do rąk. Przyjrzyjmy im się bliżej.
Krem do twarzy regenerujący na noc Tria cosmetics z ekstraktem z imbiru brzmi ciekawie, nie spotkałam się jeszcze z takim połączeniem, a o marce słyszałam sporo dobrych rzeczy, więc z chęcią wypróbuję. Kolejny produkt do twarzy, czyli maseczka Biotanique - ostatnio jakoś wszędzie jej pełno - były dodawane jako gratisy do zakupu innej maseczki w Rossmannie, sama też podczas jakiejś promocji się na nią skusiłam, ale tą wersję mam pierwszy raz i jestem jej ciekawa - takie 2 w 1, ponieważ saszetka zawiera maseczkę liftingująco-odmładzającą i oczyszczającą.
Dalej, w moim wariancie pudełeczka mamy produkt do ciała Hello Nature, czyli masło do ciała z olejkiem konopnym. Produkt bazuje na nowych trendach związanych z popularyzacją olejku konopnego w kosmetykach. Masło ładnie pachnie i po jednym użyciu jestem ciekawa co będzie dalej, jednak wrócę do niego w chłodniejsze dni, kiedy bardziej lubię stosować masła do ciała. Ten produkt był wymienny w pudełeczkach i zamiast produktu do ciała można było trafić np odżywkę do włosów z olejkiem z jagód acai.
Na sam koniec pielęgnacyjnej sfery krem do rąk Stara Mydlarnia. Markę tą znam głównie z produktów kąpielowych - żele, płyny, sole, jednak z chęcią wypróbuję i ten, bardzo przydatny produkt.


Pielęgnację od wewnątrz zapewnił drink kolagenowy Collibre. Cieszę się z możliwości wypróbowania produktu, jednak okazuje się, że niezbyt mi smakuje - pijąc go nie raz się skrzywiłam, ale jak wiadomo znajdzie się ktoś, kto będzie zadowolony :)


Miłym dodatkiem w pudełku był również zestaw naklejek wodnych na paznokcie Raisin. Latem można zaszaleć z manicurem, a naklejki zdecydowanie to ułatwiają. Dzięki nim w kilka chwil można wykonać zachwycające paznokcie bez trudów malowania pędzelkiem.


Zdecydowanie letni akcent do pudełeczka wniósł antyperspirant Fa - w moim był to zapach Bali kiss (mango i kwitnąca wanilia) w sprayu. Tutaj pomimo intrygującego zapachu nie jestem do końca przekonana, bowiem produkt kojarzy mi się z dolną, typowo drogeryjną półką i nie wspominam go zbyt dobrze. 


Na sam koniec bardzo miły gest, czyli garść rabatów na produkty oraz możliwość wykupienia diety i planów treningowych. Można skorzystać samemu lub się podzielić, niektóre rabaty widać są wielorazowe, ponieważ mają uniwersalny kod. Jeśli się ich dopatrzycie śmiało korzystajcie :)


Co sądzicie o zawartości lipcowego shinyboxa?
• Efektima • Olejek konopny

• Efektima • Olejek konopny

Półmetek wakacji już za nami i choć ten termin już mnie nie dotyczy, gdyż korzystam z urlopu, to wciąż on pozostanie dla mnie miarą ciepłych miesięcy. Właśnie ciepłe miesiące i olejki do opalania przekonały mnie do korzystania z olejków w mojej pielęgnacji. Chętnie sięgam po nowości, a taką ostatnio zaskoczyła mnie marka Efektima, która wypuściła na rynek olejek konopny. Ten składnik staje się coraz popularniejszy, ale czy jest wart uwagi?


Olejek konopny Efektimy jest dostępny na wyłączność w drogeriach Rossmann, gdzie kosztuje 24,99 zł / 150 ml (obecnie do 09/08/2018 jest w promocji 19,99 zł). Mieści się w ciemnej, smukłej, plastikowej buteleczce z atomizerem, który dozuje niewielką ilość produktu. Choć początkowo uważałam, że atomizer powinien wypuszczać więcej kosmetyku szybko doszłam do wniosku, że dobrze, że jest inaczej. Dzięki temu łatwiej nauczyć się ile produktu jest nam potrzeba, a ponadto gdy potrzebujemy posmarować mniejszą powierzchnię ciała (np same łokcie) nie marnujemy kosmetyku. 


Kosmetyk jest bardzo wydajny - niewielka ilość wystarcza na posmarowanie całego ciała. Olejek szybko się wchłania nie pozostawiając tłustego filmu. Skóra po jego użyciu jest jedwabiście gładka, zdrowo wyglądająca. Dobrze nawilża skórę zwłaszcza w tym czasie upałów, opalania i pomieszczeń klimatyzowanych, kiedy czasem nawet nieświadomie wystawiamy ją na przesuszenie, a także łagodzi podrażnienia po goleniu czy depilacji. Zabiegi nawilżania i odżywiania skóry uprzyjemnia nam miły zapach produktu - jest on słodki i choć nieco przebija się przez niego oleista nuta to uważam go za ładny i cieszę się, że utrzymuje się na skórze.
Producent kieruje kosmetyk również do używania na włosy - w moim wypadku używałam go do zabezpieczania końcówek po umyciu, choć czytałam również pochlebne opinie na temat olejowania włosów. Końcówki, na które nałożyłam kosmetyk nie rozchodziły się na boki, były ujarzmione, choć ze względu na liczne rozdwojenia kwalifikują się już do podcięcia. Dodatkowo dużo łatwiej się je rozczesywało. Cieszę się, że kosmetyk jest wielofunkcyjny (ciało/włosy), gdyż dzięki temu można zminimalizować ilość kosmetyków lub też zabrać go na wyjazd zamiast dwóch osobnych.


Stosujecie olejki do ciała? Po jakie najchętniej sięgacie?
Testujemy marzenia: nauka windsurfingu dla dwojga

Testujemy marzenia: nauka windsurfingu dla dwojga

Niedawno pisałam Wam, że wzięłam udział w pierwszym etapie tegorocznej akcji #ChcęToPrzeżyć, a już lada chwila kończy się drugi etap, w którym tym razem wybrałam sporty wodne. Lato w pełni, a mnie wtedy niesamowicie ciągnie do odpoczynku i aktywności nad wodą - spacery brzegiem plaży, wbieganie do morza, jazda rowerem po Półwyspie Helskim... Tam zawsze obserwowałam całą masę ludzi, którzy czerpali frajdę z uprawiania sportów wodnych. Nie raz przechodziło mi to przez myśl, ale nie wiedziałam, czy się sprawdzę i w tym momencie z pomocą przyszedł mi Katalog marzeń, dzięki któremu odkryłam, że pod Warszawą istnieje szkoła windsurfingu LSurf! Jesteście ciekawi jak to było?


Szkoła LSurf ma motto, którego sens prosto przełożyć na to, że nauczą windsurfingu każdego. I choć aby to polubić i chcieć się nauczyć przyda się zamiłowanie do wiatru w żaglach, wody i aktywności fizycznej to całą resztą zajmą się już oni. I to jest prawda! Gdy zawitaliśmy do szkoły, otrzymaliśmy pianki i kapoki dla bezpieczeństwa nie spodziewaliśmy się, że nic nie wiemy o windusrfingu. Doświadczona instruktorka objaśniła nam budowę deski i żagla, jak również zaznajomiła z pojęciami, których używała w czasie nauki. Później nadszedł czas na naukę na trenażerze, utrzymywanie równowagi na desce na wodzie i w końcu pływanie z żaglem w rękach. Uczucie niesamowite, jednak całość wymaga zarówno odpowiedniej koordynacji, nieco siły i doświadczenia. Sądzę, że fun jaki dała mi ta lekcja z pewnością przełoży się na powrót do tego typu aktywności i spróbowania czegoś nowego.


Może zauważyliście, ale jeśli nie to powiem Wam, że w obydwu etapach tegorocznej akcji Chcę to przeżyć wybierałam atrakcje przeznaczone dla dwójki, aby pokazać, że wspólne wyjście z przyjaciółmi czy partnerem może być czymś innym niż kinem, shoppingiem czy jazdą na rowerze. Wspólne lekcje jazdy na longboardzie czy nauka windurfingu zncznie różnią się od tych zapamiętanych ze szkoły. Tu liczy się dobra zabawa, a nabyte umiejętności to dodatkowy plus całej sytuacji. Takie oryginalne pomysły na spędzanie wolnego czasu z pewnością dają szansę lepiej poznać drugiego człowieka, jak również pozwalają żyć na całego. A Ty chcesz to przeżyć?


Lubicie sporty wodne?
Z jakimi macie doświadczenie?
Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger