• Skin 79 • Natural 98 yum yum cleanser adlay (oczyszczający mus do twarzy)

• Skin 79 • Natural 98 yum yum cleanser adlay (oczyszczający mus do twarzy)

Mój urlop trwa od poniedziałku w najlepsze - oczywiście przebywam nad polskim morzem. Uwielbiam je pomimo chłodnej wody, cenię je za spokój jaki dla mnie niesie, sporą dawkę jodu oraz witaminę D, którą przyjmuję leżąc na plaży. Choć na taki wypoczynek czekam całym rokiem, to jednak muszę w tym momencie wrócić myślami do pracy. Pracując w Rossmannie, myślę, że można tak powiedzieć, mam pierwsza dostęp do kosmetyków w obowiązujących promocjach, nowych cen na do widzenia, a czasem się zdarzy okazja by kupić taniej produkty np ze względu na uszkodzone opakowanie. Nie pamiętam już dokładnie z jakiej okazji skorzystałam w tym przypadku, jednak dzięki mojemu miejscu pracy kupiłam połowę taniej gwiazdę dzisiejszego wpisu, czyli Natural 98 Yum yum cleanser adlay marki Skin 79 znanej z kremów BB oraz masek w płachcie. Kosmetyk wzbudził moje zainteresowanie, ale czy jest wart swojej wysokiej ceny?


Natural 98 Yum yum cleanser adlay to mus oczyszczający do twarzy. Produkt zamknięty jest w niewielkim słoiczku z wieczkiem,  a do niego otrzymujemy w zestawie szpatułkę do higienicznej aplikacji  produktu na twarz. Zestaw mieści się w niefoliowanym kartoniku, na którym niewiele jest informacji w naszym ojczystym języku. Przyznam szczerze, że po otwarciu opakowania nieco zwątpiłam widząc niewielką ilość (100 g) kosmetyku - od razu stwierdziłam, że wystarczy raptem na kilka użyć. Jakże się wtedy myliłam! Mus, który jest nieco bardziej zbity niż zwykła pianka do golenia w kontakcie z twarzą rozprowadza się jak gruba warstwa kremu Nivea, który pamiętam jeszcze z dzieciństwa - tyle, że bardziej napowietrzona. A w dodatku bardzo wydajny - za pierwszym razem nabrałam całą szpatułkę widoczną na zdjęciu - taka porcyjka kosmetyku starczyłaby mi na 2-3 użycia (!).



Oczyszczanie twarzy tym produktem należy do przyjemnych - jest delikatny dla twarzy, nie pozostawia jej ściągniętej, a przyjemnie miękką. Ponadto przy regularnym używaniu zauważyłam, że przebarwienia po trądziku i cera jest delikatnie rozjaśniona. Producent zapewnia, że produkt ma silne działanie antyoksydacyjne i zawiera substancję o działaniu przeciwzapalnym. Co do pierwszego to ciężko jest mi się wypowiedzieć, jednak gdy mowa o drugim to faktycznie, gdy na mojej cerze pojawiły się jakieś krostki czy inni nieprzyjaciele, to produkt dbał o to, aby nie stały się to zaognione zmiany, spokojnie i szybko znikały. Jedyne z czym się nie zgadzam to opis producenta w stosunku do zapachu. Na opakowaniu znalazłam informację, że mus ma energetyzujący, owocowy zapach. W moim odczuciu zapach jest raczej uspokajający i kojący, delikatnie cytrusowy. Dla zainteresowanych wrzucam również zdjęcie składu bogatego w oleje i ekstrakty z owoców.


Czy produkt jest warty swojej regularnej ceny bliskiej 80 zł?
I tak i nie - wszystko zależy od zasobności portfela - mnie trochę by bolało, dla innej osoby to jak splunąć. Kosmetyk z pewnością jest wart wypróbowania ze względu na ciekawą konsystencję, dobre i łagodne działanie oczyszczające, a także kojenie zmian na cerze.
Testujemy marzenia: nauka jazdy na longboardzie

Testujemy marzenia: nauka jazdy na longboardzie

Jestem osobą, która nie usiedzi w miejscu. Nie powinno Was to zdziwić, że w tym roku również wzięłam udział w akcji #CHCĘTOPRZEŻYĆ organizowanej przez Katalog marzeń. Ideą tej akcji jest testowanie atrakcji w formie przeżyć, czyli świetna alternatywa dla namacalnych prezentów. Obecnie zbliża się koniec pierwszego etapu, w którym każdy z uczestników miał do wyboru jedno z kilku zaproponowanych aktywności. W zależności od lokalizacji dostępne były m.in. jazda sportowym autem, monster truckiem lub tandemem, dream jump, spływ kajakowy, wirtualna rzeczywistość lub nauka jazdy na longboardzie, na którą się zdecydowałam. 


Inne atrakcje oferowane przez Katalog Marzeń, które testowałam w ramach akcji #CHCĘTOPRZEŻYĆ: rajdowa jazda Peugeot 106 s16 po torze | dream jump
Nauka jazdy na longboardzie została poprowadzona przez instruktora ze szkoły jazdy na longboardach Longboardmania. Szkołę prowadzą instruktorzy, którzy stworzyli własny sposób na życie, który zrodził się z nastoletniej pasji do deski. Nic więc dziwnego, że instruktor, któremu trafiła się grupa amatorów, wykazywał się dużą wiedzą i doświadczeniem, łatwo przychodziło mu również diagnozowanie problemów z jazdą i korygowanie ich. Musicie mi wierzyć na słowo: byłam gwiazdą grupy, która za szybko przebierała nogami i planowa jazda prosto kończyła się łukiem w lewo! Na szczęście proste i rzeczowe tłumaczenie oraz wskazówki dały mi szansę na naukę. Mi i mojemu facetowi, ponieważ wejściówka obejmowała godzinne zajęcia z nauki jazdy dla dwóch osób
Przyznam, że te zajęcia to była spora dawka świetnej zabawy, wiedzy i nauki, a także niezły trening! Nauka jazdy wymagała koordynacji wzrokowo-ruchowej, ale również i energii. To świetny pomysł na prezent dla osób, które żyją aktywnie i nie boją się sportowych eksperymentów. Ponadto z takich zajęć ucieszy się każdy fan longboardu, ponieważ zajęcia są organizowane na różnych poziomach zaawansowania. Warto również wybrać się na nie w przypadku chęci zakupu lub posiadania longboarda, aby sprawdzić czy to sport dla nas. Na koniec zaznaczę, że zwykle jeżdżę na rowerze lub rolkach, a mimo to przed zajęciami obawiałam się wybitych zębów, pościeranych kolan i całej masy siniaków. Instruktor Longboardmanii zadbał o nasze bezpieczeństwo, a wiedza i szkolenie było przekazywane w taki sposób, że dałam sobie radę, a mój facet jest nawet chętny, aby wybrać się na kolejne zajęcia. Myślę, że to najlepsza rekomendacja!


Jeździcie na deskach?
Wybralibyście się na takie zajęcia?
• Dermacol • antystresowy żel pod prysznic i olejek do ciała winogrono i limetka

• Dermacol • antystresowy żel pod prysznic i olejek do ciała winogrono i limetka

Ostatnie dni sprawiły, że zupełnie oderwałam się od rzeczywistości. Upały i ciągła praca nie pozostawiały sił na życie prywatne, w tym moje małe miejsce w sieci. Na szczęście urlop już coraz bliżej - mam nadzieję, że wypocznę, nabiorę sił i wrócę pełna energii na pozostałą część lata. Pozostał niecały tydzień - jeszcze tylko dwie zmiany w pracy, realizacja atrakcji z akcji #chcętoprzeżyćII oraz bieg i już w najbliższy poniedziałek będę wylegiwać się na plaży. A tymczasem chciałabym Wam opowiedzieć o kosmetykach Dermacol z zapachem kojarzącym się z latem, który ja zużyłam.. zimą. Jesteście go ciekawi?

Inne kosmetyki marki Dermacol: Płyn micelarny do cery wrażliwej Sensitive 


Markę Dermacol, której produkty dzisiaj Wam przedstawię, miałam okazję poznać bliżej podczas prezentacji pani Lucyny podczas spotkania blogerek w Ostrowcu Świętokrzyskim. Przyznam, że choć większość dziewczyn przepadła podczas testów pomadek, to mnie o dziwo w tamtej chwili bardziej kusiło wąchanie kosmetyków do ciała. Moją uwagę skupił na sobie żel pod prysznic, który trafił do użycia chyba jeszcze tego samego dnia po powrocie do domu ze spotkania. Nie powinno Was to dziwić, zwłaszcza, że jednym z moich wymagań co do żelu pod prysznic oprócz dobrego oczyszczania i nie wysuszania skóry jest zapach.

Antystresowy żel pod prysznic winogrono z limetką (pojemność 250 ml, cena do 10 zł) ma wyrazisty, lecz jednocześnie świeży zapach owoców. Zapach jest trwały i podczas kąpieli czy prysznica wypełnia zapachem całą łazienkę słodką wonią winogron przegryzioną kwaskiem limetki. Producent obiecuje, że taka kompozycja zapachowa uwolni nagromadzony w ciągu dnia stres oraz uspokoi ciało i zmysły. Muszę przyznać, że tak właśnie jest. Zapach produktu pozwala oderwać się od rzeczywistości, przenieść w czas słonecznego i beztroskiego lata pachnącego świeżymi kiśćmi winogrona zrywanego prosto z krzaka w ogrodzie. Skoro kwestie zapachu mamy omówione, warto zwrócić uwagę, że żel znajduje się w miękkiej tubie, z której z łatwością można go wydobyć do ostatniej kropli. Produkt ma żelową konsystencję i dobrze oczyszcza ciało bez podrażnień czy przesuszenia skóry, choć moja po kąpieli jednak wymaga dodatkowego nawilżenia, ale przecież nie tego oczekuję od żelu pod prysznic. Myślę, że zachwyty nad kompozycją zapachową upewniają Was w założeniu, że chętnie wypróbuję inne wersje zapachowe - może znów coś świeżego i owocowego jak np arbuz, sorbet mandarynkowy czy gruszka? Zimą z pewnością sięgnę po kawę, belgijską czekoladę lub jabłko z cynamonem. A chciałabym zauważyć, że w gamie produktów jest jeszcze kilka innych zapachów..



Wraz z żelem pod prysznic otrzymałam antystresowy olejek do ciała (pojemność 50 ml, cena do 25 zł) z tej samej linii zapachowej, czyli winogrono z limetką. W kwestii zapachu nic się nie zmienia - świeży, odprężający aromat winogrona i limetki, który długo utrzymuje się na ciele. Mój facet twierdzi, że ma zbyt mocny zapach - faktycznie użyty w ciągu dnia mógłby kłócić się z perfumami, jednak bólu głowy nigdy od niego nie miałam. Produkt mieści się w małej buteleczce z pompką, która ułatwia aplikację - nie trzeba odkręcać całej buteleczki, a jedynie zdjąć zatyczkę i nacisnąć. Nie zdarzyło mi się nigdy, aby rozbryznął wokół niż miejsce docelowe. Przechodząc do samego działania - ładnie nawilża ciało, po depilacji również zauważyłam, że delikatnie usuwa podrażnienia, nie powoduje szczypania przy nieciągłościach naskórka jak niektóre produkty. Wystarczy kilka pompek aby posmarować całe ciało, jednak muszę przyznać, że smarując nim najczęściej same nogi widzę jak szybko znika z buteleczki. Kosmetyk ma dość gęstą konsystencję w swym bogactwie olejków (oliwa z oliwek, oleje z awokado, z pestek winogron, z orzechów makadamia, z pestek moreli, olej sojowy, wyciąg z kwiatków nagietka), jednakże dobrze rozprowadza się po ciele. Czytałam, że również dobrze działa na włosy, jednak nie testowałam go w ten sposób, a końcówkę pozostawiłam sobie na suche miejsca, czyli kolana i łokcie :)



Znacie kosmetyki marki Dermacol?
Lubicie wyraziste zapachy w kosmetykach?
3 powody dla których musisz odwiedzić targi kosmetyków naturalnych ☆ Ekocuda kwiecień 2018 ☆

3 powody dla których musisz odwiedzić targi kosmetyków naturalnych ☆ Ekocuda kwiecień 2018 ☆

Targi kosmetyczne to zawsze wielkie przeżycie - zarówno dla wystawców, którzy zazwyczaj w ciągu weekendu zostają odwiedzeni przez całą masę klientów zwykle wahającą się w granicach kilku tysięcy, jak również dla samych klientów. Wiele marek kosmetycznych w jednym miejscu na raz robi swoje - dostępne pod ręką marki, które na co dzień są dostępne jedynie w sklepie internetowym, testery, próbki, gratisy i inne okazyjne ceny połączone z całą targową gorączką sprawiają, że dużo chętniej i szybciej sięgamy po portfel i robimy zakupy. Podobnie wyglądają zwykłe targi kosmetyczne, jak i te dotyczące kosmetyków naturalnych, jak na przykład Ekocuda, w których wzięłam udział w jeden z kwietniowych weekendów w Warszawie. Co zatem wyróżnia targi kosmetyków naturalnych i dlaczego warto wziąć w nich udział?


Zwiększanie świadomości

W dzisiejszych czasach, kiedy kosmetyki naturalne stały się modne ciężko czasem je rozróżnić - oddzielić ziarno od plew. Wielu producentów obiecuje cuda, wianki, natomiast często okazuje się, że rzeczywistość jest zupełnie inna. Podczas targów przedstawiciele marek na stoiskach z przyjemnością opowiedzą Ci więcej o swoich produktach, filozofii marki, a także surowcach wykorzystywanych przy produkcji. Nawet krótka rozmowa da Ci do myślenia skąd bierze się taka a nie inna cena, zrozumiesz zaangażowanie i pasję właściciela i szybko zorientujesz się, że nie wszystko złoto co się świeci - wszak wystawcy przechodzą selekcję.

Nowe odkrycia nieznanych marek

Ty i ja znamy z pewnością wiele kosmetycznych marek - te najpopularniejsze z dobrymi marketingowcami, polecane przez znajomych lub te, które co dzień widzimy na półce w drogerii. Targi to okazja do odkrycia nowości, takich które nie są dostępne w miejscach, gdzie robimy zakupy, premiery, czyli nowości na rynku, a także produkty, które wcześniej nie zwróciły naszej uwagi z różnych przyczyn. Sama podczas targów kupiłam produkty ze stoiska, które dziwnym trafem ominęłam, natomiast koleżanki akurat się przy nim zatrzymały - okazało się, że mieli w ofercie prawdziwe perełki dla uwielbiających kąpiele tak jak ja, ale o tym pod koniec wpisu.

Atrakcyjne ceny i promocje

Kilkunastoprocentowe zniżki czy promocje 3 w cenie 2 to z pewnością nie najważniejszy aspekt targów kosmetyków naturalnych, ale zaoszczędzenie kilku złotych to zawsze świetny pomysł. Dzięki temu można kupić coś lepszej jakości lub pozwolić sobie na więcej. 

Ponadto każde targi kosmetyczne kuszą rozmaitymi warsztatami, możliwościami porozmawiania na temat współpracy czy możliwości przetestowania kosmetyków lub dobrania właściwego na podstawie doświadczenia sprzedających.







Moje zakupy podczas kwietniowych targów Ekocuda

Przyznam szczerze, że nie przygotowałam się na uczestnictwo w targach - wyszło dość spontanicznie, kiedy prosto po Meet Beauty wraz z czterema innymi dziewczynami po prostu zebrałyśmy się i pojechałyśmy na targi do Domu Towarowego Braci Jabłkowskich. Po drodze zdążyłam na szybko przejrzeć plan targów i listę wystawców, dzięki czemu udało mi się wyznaczyć jeden cel - zakup podkładu na stoisku Anabelle Minerals. Nie było mi w tamtym czasie po drodze jechać do sklepu firmowego, natomiast na wiosennym przełomie wolałam się upewnić czy kolor, którego ostatnio używałam wciąż mi pasuje. Do podkładu, który z całego serca Wam polecam dobrałam nowy pędzel - alternatywę dla zabrudzonych lub świeżo umytych i jeszcze wilgotnych pędzli. Skusił mnie również orzechowy balsam do ciała Fresh & Natural, o którym kiedyś czytałam na jednym z blogów. Szczerze przyznam, że żałuję, iż skusiłam się na mniejszą pojemność, gdyż jest naprawdę świetny - z pewnością napiszę Wam o nim kilka słów. Na sam koniec zdecydowałam się na dwie babeczki do kąpieli Bosphaera - gdy czas gonił (byłyśmy na targach przed samym zamknięciem), a stoisk do odwiedzenia nie ubywało prawie udało mi się przegapić tą markę, jednak ocaliły mnie dziewczyny, które akurat przy nim się zatrzymały. Tak pięknie pachnących kul już dawno nie miałam - z pewnością nie będą ostatnimi, jakie u nich kupiłam ;)



• Missha • maseczka w płachcie z ekstraktem z mango

• Missha • maseczka w płachcie z ekstraktem z mango

Wszelkiego rodzaju maski i maseczki to forma kosmetyków po które od zawsze lubiłam sięgać, ponieważ to świetna forma na natychmiastowe nawilżenie czy odżywienie skóry, a także forma relaksu w domowym zaciszu. Muszę przyznać, że ostatnio zaniedbałam ten temat, co widać po ciszy na blogu - dawno już nie pojawił się żaden wpis z opinią na temat maseczek, ale teraz uwaga: przeżywam mały renesans i powracam z nowymi recenzjami. Dzisiaj na pierwszy rzut leci maseczka w płachcie Missha Mango.


Maseczkę Missha Mango otrzymałam w prezencie od mojej przyjaciółki. Przyznam szczerze, że ta koreańska marka zwróciła moją uwagę, jednak jakoś tak się wcześniej nie składało, aby ją kupić, bowiem główna jej dostępność to drogerie internetowe. Cena co prawda mieści się w granicach rozsądku (poniżej 10 zł, w promocji nieco powyżej 5 zł), jednak składanie zamówienia na siłę lub płatność za wysyłkę w kwocie maseczki - sami rozumiecie.. Gdy już trafiła w moje ręce od razu się nią zainteresowałam.
Prosta szata graficzna przedstawia idealne odzwierciedlenie zapachu maski - po otwarciu saszetki do nozdrzy dociera zapach świeżo obranego dojrzałego mango - nic dodać, nic ująć. Zapach jest wyraźny, jednak nie męczący, a jedynie uprzyjemnia czas, w którym mamy maskę na twarz. Nasączona płachta jest dobrze skrojona i delikatnie przylega do twarzy nie przemieszczając się po niej. Efekt po zastosowaniu maski? Nawilżona i promienna cera. Nie będę również ukrywać, że zastosowałam ją po peelingu enzymatycznym, który delikatnie podrażnił moją twarz, natomiast maska ukoiła ją i zniwelowała zaczerwienienia. Niestety po raz kolejny w przypadku maseczek w płachcie nie do końca cieszy mnie fakt, że emulsja pozostawia wrażenie lepkiej cery. I tym sposobem nadmiar z saszetki, który należy wklepać w skórę dosłownie chwilę po wchłonięciu zmywam z twarzy..


Chyba poczułam nagłe przebudzenie w kwestii używania maseczek do twarzy - mam co prawda jeszcze spore zapasy, jednakże kusi mnie zakup kilku kolejnych w obecnie trwającej promocji w Rossmannie na pielęgnację twarzy 2+2. A więc pytanie moje..

jakie maseczki polecacie?
• Dr Irena Eris • Sypki puder transparentny Provoke

• Dr Irena Eris • Sypki puder transparentny Provoke

Nasz makijaż zmienia się w stosunku do pory roku czy czasu jakim dysponujemy na jego wykonanie. Patrząc nawet na instagramowe zdjęcia, w których oznaczacie produkty, którymi wykonujecie make up widać zmiany - czasem pojawi się eyeliner, czasem paletka cieni, niekiedy łączycie to w całość. Jednak w każdym makijażu znajdą się tak obowiązkowe produkty jak podkład, korektor, tusz czy puder. I o tym ostatnim chciałabym Wam napisać kilka słów. 


Puder to dla mnie forma obowiązkowego utrwalenia i zmatowienia podkładu. Nigdy nie pomijam go w makijażu. Od kilku lat regularnie wybieram pudry transparentne, najczęściej w formie sypkiej. Pamiętam, że początki nie były łatwe - puder osypywał mi się na bluzkę w czasie robienia makijażu, natomiast brak oswojenia się z jego aplikacją powodował szybsze jego zużycie, jednak dość szybko nauczyłam się go używać. Od teraz sypki puder to dla mnie bardzo wygodne i wydajne rozwiązanie, które ciężko jest mi zamienić na inne.

Przy jednej z akcji promocyjnych na kolorówkę skusiłam się na jeden z droższych pudrów dostępnych wtedy w szafach z kolorówką Rossmanna. Mój wybór padł na sypki puder transparentny Provoke marki Dr Irena Eris, który kosztował w graniach 80-90 zł za 18 g. Wprawdzie perfumerie oferują droższe marki, jednak czy puder dostępny w drogerii jest warty tej ceny?
Warto zaznaczyć, że kosmetyki kolorowe Provoke od pewnego czasu nie są dostępne w Rossmannie, a w perfumerii Douglas. To spore podniesienie poprzeczki jeśli chodzi o grono odbiorców, natomiast na pierwszy rzut oka ceny raczej się nie zmieniły. Zmiana lokalizacji dostępności to z pewnością dodatkowe info dla klientów świadczące o jakości produktów jakie oferuje dr Irena Eris w linii Provoke. 


Puder Provoke otrzymujemy w lustrzanym pudełeczku. W środku mieści się otwierane i zarazem odkręcane lustrzano-srebrne pudełeczko z plastikowym przejrzystym dołem. Opakowanie pudru przez cały okres użytkowania zachowało się w nienagannym stanie - jedynie gdyby się tak dokładnie przyjrzeć to na dnie znajdują się delikatne rysy. W środku znajduje się lusterko i puszek do nakładania pudru. Klasyczne otwieranie produktu służy do regularnej aplikacji pudru, a zamknięcie stanowi mały zatrzask. W moim przypadku z przyzwyczajenia korzystałam z pędzla, jednakże nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała puszka - również świetnie sprawdza się w tej roli, ponieważ równomiernie aplikuje puder. Puszek to dla mnie świetne rozwiązanie do torebki czy na wyjazd jako oszczędność miejsca. Wspomniałam również o możliwości odkręcenia opakowania - to wspaniała alternatywa dla dostania się do produktu w przypadku zbliżania się do denka - nie trzeba niepotrzebnie stukać ani trzepać, lecz otworzyć pudełeczko w inny sposób.

Sam puder bardzo dobrze się aplikuje, w momencie zetknięcia z twarzą idealnie stapia się ze skórą czy podkładem. Daje naturalny efekt zdrowej cery, nie podkreśla żadnych suchych skórek ani nie wchodzi w załamania. Doskonale matuje, jak również wygładza cerę oraz utrwala makijaż. Idealnie sprawdza się o każdej porze roku, nadaje się do każdego rodzaju cery. W swoim składzie zawiera również aloes, który ma działanie pielęgnacyjne, a także zabezpiecza skórę przed działaniem czynników zewnętrznych, których jeśli chodzi o te szkodliwe niestety mamy coraz więcej. Ten puder jest również bardzo wydajny - na jego zużycie mamy 12 miesięcy od otwarcia i przyznam szczerze, że przy nauczeniu się używania go w optymalnych ilościach można się nie wyrobić w tym czasie. Ponadto nadmienię, że rzadko kiedy zdarzało mi się poprawiać nim makijaż w ciągu dnia, ponieważ nie było takiej potrzeby.


Podsumowując: kupując puder transparentny Provoke otrzymujemy wysokiej jakości produkt , który możemy używać całym rokiem (brak koloru = dopasowanie do aktualnego kolorytu skóry). Cena jest adekwatna do jakości, a patrząc na jego wydajność warto zapłacić raz więcej i mieć produkt na dłużej.

A Ty jakiego pudru używasz? Czy utrwalasz dodatkowo makijaż?

• Bourjois • Rouge edition: Velvet vs. Souffle de velvet

• Bourjois • Rouge edition: Velvet vs. Souffle de velvet

Wiosna ostatnio serwuje mi iście letnią pogodę - wczorajszy dzień dzięki słońcu wysoko na niebie spędziłam w bikini na rowerku wodnym pływając po Zalewie Zegrzyńskim. Słońce przygrzewało, pierwsza opalenizna została złapana, teraz należy ją jedynie podkreślać i pielęgnować. Taka pogoda sprawia, że dużo chętniej sięgam po energiczne kolory na usta - róże są zdecydowanie wśród moich ulubieńców. Dzisiaj przedstawię Wam porównanie dwóch szminek w płynie marki Bourjois. W moich zbiorach kosmetycznych gości Bourjois Rouge edition Velvet w kolorze 05 Ole flamingo! oraz Bourjois Rouge edition Souffle de velvet w kolorze 05 Fuchsiamallow. Czym różnią się te siostrzane pomadki i która jest lepsza? Odpowiedź z pewnością znajdziecie w tym wpisie.


Obydwie szminki z rodziny Rouge edition udało mi się kupić w popularnej drogerii w szafie Bourjois. Jedną z nich kupiłam podczas promocji na kolorówkę, drugą w innym terminie w okazyjnej cenie na do widzenia. Te płynne pomadki są zamknięte w przejrzystym opakowaniu typowym dla błyszczyków, jednak o kanciastej formie. Aplikator stanowi wyprofilowana gąbeczka, która świetnie się sprawdza - łatwo i precyzyjnie nakłada się na usta dając możliwość podkreślenia naturalnego kształtu ust. Mówiąc o wrażeniach wizualnych opakowania tych dwóch serii różnią się jedynie tym, że jedno jest błyszczące, natomiast drugie matowe. No i kolorem nadruków. Jako ciekawostkę dodam też, że pomadki z tej serii mają specyficzny zapach jakby farbek dla dzieci, który po nałożeniu nie jest już wyczuwalny.


Prawdziwe różnice rozpoczynają się w przypadku efektu jakie dają pomadki. Choć po otwarciu opakowania obydwie szminki na aplikatorze wydają się w pełni kryjące to rzeczywistość jest zupełnie inna.
Rouge Edition Velvet w kolorze 05 Ole flamingo! daje piękny, kryjący i mocny kolor na ustach. Zastyga na ustach w efekcie satyny/matu, nie czuć jej na ustach, a podczas jedzenia czy picia ściera się delikatnie od środka w kierunku krawędzi ust. Na ustach bez spożywania pokarmów utrzymuje się około 5 godzin. Nie jest to zupełny mat, a więc nie wysusza nadmiernie ust.
Rouge edition Souffle de velvet w kolorze 05 Fuchsiamallow to już zupełnie inna bajka. Przede wszystkim pomadka nie daje matu na ustach, a kolor jaki uzyskujemy jest pół transparentny - podkreśla kolorem naturalną barwę ust, choć na swatchu sprawia wrażenie bardziej intensywnego. Czytałam w siecie porównania, że efekt na ustach daje wrażenie ust posmarowanych barwiącym masełkiem do ust - jest w tym trochę prawdy - uczucie jedwabistości i miękkich ust daje występujący w składzie wosk z nasion słonecznika. Pomadka niestety utrzymuje się na ustach zdecydowanie krócej (do 3h), jednak jej zjadanie jest również bardziej dyskretne.


Jaki efekt wolicie na ustach - natural look czy wyraźne podkreślenie?

☄ Openbox - Create your style by Schwarzkopf (Shinybox)

☄ Openbox - Create your style by Schwarzkopf (Shinybox)

Dzisiaj przychodzę do Was z obiecanym postem na temat zawartości boxa Create your style by Schwarzkopf, który wypuścił Shinybox. Przy kwietniowym openboxie wspominałam Wam, że trafiłam na promocję, w której dzięki zamówieniu subskrypcji wraz z drugim pudełeczkiem z rzędu zyskałam dodatkową kosmetyczną niespodziankę jaką było dodatkowe pudełeczko - tym wypadku Create your style by Schwarzkopf. Choć sądzę, że mogliście już trafić na openbox tego pudełeczka, to nie byłabym sobą, gdybym sama też Wam go nie pokazała.


Szczerze przyznam, że gdy pudełeczko pojawiło się jako extrabox na stronie Shinyboxa niekoniecznie byłam nim zainteresowana, ponieważ nastawiłam się, że w środku znajdę same produkty do stylizacji włosów, których nie używam za wiele. W momencie, gdy zawartość została ujawniona trochę żałowałam, że go nie zamówiłam, zwłaszcza, że był moment, kiedy było w atrakcyjnej cenie 19 zł. Na szczęście przewrotny los sprawił, że nieco później trafiło do mnie samo.

Z wyjątkiem jednego produktu (suchy szampon do włosów) wszystkie kosmetyki stanowią produkty pełnowymiarowe. Szampon Schauma Nature moments i odżywka do włosów Gliss Kur Supreme lenght to podstawowe kosmetyki do pielęgnacji włosów, więc z pewnością trafią do użytku. Nie gardzę również suchymi szamponami, które potrafią uratować fryzurę w parę chwil, więc chętnie wypróbuję ten z got2be Fresh it Extra fresh, ponieważ jeszcze nie miałam z nimi do czynienia.


Nieco mniejszym entuzjazmem przywitałam lakier do włosów Taft 7 days, ponieważ po produkty tego typu sięgam okazjonalnie, a w zasadzie to najczęściej robi to fryzjerka utrwalająca moją fryzurę. Schwarzkopf Live color spray to kolor do pierwszego mycia. Miałam już do czynienia z podobnymi produktami tego typu i niekonicznie były widoczne na moich ciemnych włosach, ale nie skreślam go. Dam mu szansę i z pewnością go wypróbuję. Niestety tego samego zaszczytu nie doczeka się farba do włosów - Schwarzkopf żelowa trwała koloryzacja #PURECOLOR. Póki co nie planuję zmieniać koloru włosów ;)


Przed nami już pojawiło się w sprzedaży pudełeczko majowe, a zespół Shinybox już zapowiada, że pakiety oraz subskrypcje zamówione od maja gwarantują czerwcowe, czyli urodzinowe pudełeczko w wersji premium. Jeśli chcesz zagwarantować sobie wypasiony zestaw wystarczy kliknąć w ten link i zamówić subskrypcję:

• Le Petit Marseillais • żel pod prysznic dla niej granat, dla niego czerwona pomarańcza i szafran

• Le Petit Marseillais • żel pod prysznic dla niej granat, dla niego czerwona pomarańcza i szafran

Witajcie po raz pierwszy na blogu w nowym miesiącu - maju. Maj to dla mnie zapach bzu, konwalii i nadchodzącego lata. Tym razem jednak zostaje on wzbogacony o nowe zapachy żeli pod prysznic Le Petit Marseillais, które otrzymałam do przetestowania z moim mężczyzną w ramach kolejnej akcji ambasadorskiej tej francuskiej marki. Czym tym razem produkty trafiły w mój gust?


Paczka zawierała dwie najnowsze wersje żeli pod prysznic. Dla kobiet powstał zapach inspirowany trudnym do odgadnięcia granatem. Muszę przyznać, że w stosunku do niego zgadzam się z opisem producenta - zapach jest subtelny, ale zarazem wyrazisty. Połączenie świeżości z kojącym zmysły owocowym zapachem. Dla mężczyzn stworzono równie nieoczywisty zapach jakim jest połączenie czerwonej pomarańczy z szafranem. Wraz z partnerem zgadzamy się, że jego żel jest odświeżający, o niezbyt mocnym, choć męskim zapachu. Oryginalne połączenie gwarantuje niepowtarzalność na rynku tych kosmetyków - nie spotkaliśmy podobnych zapachów na tle popularnych produktów. Jeśli chodzi o te, to są łatwo dostępne w drogeriach, więc pewnie zaraz i te zapachy będą dostępne. Ceny tych żeli wahają się w granicach 12-15 zł za 400 ml, czyli pojemność jaką widzicie na zdjęciu. Niektóre zapachy dorwiecie również w mniejszej (250 ml) lub większej (650 ml) pojemności.
Żele oprócz pieszczot zmysłu węchu spełniają również swoje zadanie, czyli oczyszczanie skóry, z którym radzą sobie bez przesuszania skóry, co w naszym przypadku jest dość istotne. Dobrze się pienią, a ich konsystencja ma wpływ na dużą wydajność. Kosmetyki otrzymane do testów sprawdzają się dobrze, nie wyrządzają krzywdy, dla nas są godne polecenia.


Jesteście ciekawi tych produktów na własnej skórze?

☄ OPENBOX - Kwietniowy Shinybox & Drogeria Natura Spring time

☄ OPENBOX - Kwietniowy Shinybox & Drogeria Natura Spring time

Wiosna chyba już na dobre się u nas rozgościła. Ba, w ostatnich dniach pogoda nawet bardziej przypomina upalne lato! W wiosenne barwy idealnie wpisuje się najnowsze, kwietniowe pudełeczko Shinybox we współpracy z Drogerią Naturą o wdzięcznej nazwie Spring time. Dzięki mojemu wcześniejszemu zamówieniu subskrypcji wraz z boxem otrzymałam dodatkowe pudełeczko Create your style, ale o tym innym razem oraz dodatkowy kosmetyk dostępny dla klientek, dla których kwietniowe pudełeczko było przynajmniej drugim z aktywnej subskrypcji lub pakietu. Gotowi na poznanie zawartości?


Przyznam, że w tym miesiącu bardzo długo naczekała się na pudełeczko i takich ceregieli z pocztą to dawno nie miałam. Pudełeczko zostało wysłane w zeszły poniedziałek i przy dobrych wiatrach dochodziło jeszcze tego samego lub następnego dnia, natomiast tym razem trafiło do mnie dopiero w piątek. Listonosz/kurier, który dostarczał mi przesyłkę 3 razy podejmował próbę doręczenia.. Ehh szkoda gadać, zwłaszcza, że panie na poczcie nie były w stanie udzielić mi więcej informacji, niż te, które sama widziałam na monitorowaniu przesyłki. Ale skoro paczka dotarła i mamy już to za sobą, to zajmijmy się zawartością, która była w tym miesiącu... nadzwyczaj lekka.

Co ja zamówiłam? To pytanie siedziało mi w głowie, gdy wyciągałam pudełeczko z folii i kartonika ochronnego. Dawno nie otrzymałam tak lekkiego pudełeczka i już czarne myśli krążyły mi po głowie jak bardzo będę zawiedziona zawartością opakowania. Po otwarciu ujrzałam jednak, że dla pudełeczka jest nadzieja.


Miniaturki wody różanej Beaute Marrakech oraz szamponu Naobay z pewnością się przydadzą. Orzeźwienie dla cery w formacie torebkowym to dobry produkt na wiosenne i letnie upały. Szampony to produkty, których nigdy mało, więc z chęcią go wypróbuję, zwłaszcza, że sama raczej nie kwapiłabym się do zakupu.


Kolejna część to spora dawka kolorówki. Lakier hybrydowy Silcare z pewnością wzbudzi sporo kontrowersji - panie, które robią hybrydy z pewnością się ucieszą, jednak ta druga grupa będzie mocno rozczarowana - ale sami wiecie, że nie wszystkim można dogodzić. Osobiście się cieszę, gdyż akurat hybryd tej marki nie znam, natomiast kolor mógłby być bardziej wiosenny aniżeli zgniła zieleń, ale poczeka na jesień i tyle. Tusz do rzęs marki So chic! chętnie wypróbuję, takich produktów również nigdy nie za wiele, a markę akurat poznałam tydzień temu na Meet Beauty. Ostatni produkt z kolorówki to pomadka Kobo łącząca zalety szminki i błyszczyka i zarazem chyba jedyny produkt pochodzący z Drogerii Natura, a szkoda, bo takie kolaboracje są zwykle ciekawe..


Na koniec próbka Biały Jeleń, baton Smart food w formie zdrowej przekąski po treningu oraz maseczka w płachcie 7th Heaven. Próbki zawsze są dla mnie mile widziane, baton wygląda smakowicie, natomiast maseczki w płachcie to ostatnio hit, a tej marki maseczki zawsze robiły na mnie dobre wrażenie, więc mam nadzieję, że i tym razem nie będę zawiedziona.


Co sądzicie o kwietniowym pudełeczku?
Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger