• Miya • kokosowe kosmetyki - myBEAUTYessence oraz myWONDERbalm

• Miya • kokosowe kosmetyki - myBEAUTYessence oraz myWONDERbalm

Na wszystko przyjdzie czas - w kontekście tego wpisu mogę powiedzieć, że w końcu nadszedł czas, żebym i ja wypróbowała kosmetyki Miya. Długo z tym zwlekałam ze względu na moje kosmetyczne zapasy kremów, ale gdy przyszedł czas zdecydowałam się na kokosowy duet - taki jaki rok wcześniej podarowałam w akcji mikołajkowej. Postawiłam na kokosa i aktywną esencję w mgiełce Coco BeautyJuice oraz my wonder balm I'm coco nuts. Już na samym początku zdradzę Wam, że kokosowy zapach to nie jedyna zaleta tych kosmetyków.. ;)


Kosmetyki MIYA to produkty dzięki którym zawsze możesz być gotowa. Użycie ich nawet w biegu sprawi, że będziesz zadbana i wypielęgnowana, a ich działanie i zapach sprawi, że pokochasz je. Wegańskie, nie testowane na zwierzętach, szczycące się 0% zbędnych dodatków (silikonów, parafiny, PEG-ów, olejów mineralnych, parabenów). Mające głęboką filozofię, które stworzyły kobiety dla kobiet w ten sposób, aby były bezpieczne, w atrakcyjnej cenie. Czy należy przekonywać do nich bardziej?


myBEAUTYessence Coco BeautyJuice

Moja przyjaciółka nieustannie chwali mi mgiełkę Flower BeautyPower, jednak nie koniecznie odpowiada mi jej kwiatowy zapach. Skusiłam się zatem na esencję Coco BeautyJuice o delikatnym zapachu kokosa. Bez wahania mogę przyznać, że to uniwersalny i wszechstronny kosmetyk. Świetnie sprawdzi się jako kosmetyk do twarzy (również pod oczy), szyi i dekoltu. Można pozostawić go swobodnie - szybko się wchłania lub delikatnie wklepać opuszkami palców, a także stosować wraz z innymi kosmetykami. Chcecie dowiedzieć się jak ja ją stosuję?

Najczęściej stosuję go w ciągu dnia do odświeżenia cery - bardzo chwalę go sobie zwłaszcza w klimatyzowanych pomieszczeniach lub podczas wysokich temperatur na dworze - zdecydowanie zapobiega wysuszeniu skóry. Skoro już jesteśmy przy wysokich temperaturach, które jeszcze do nie dawna były z nami obecne to esencja świetnie zastępowała kremy do twarzy, które po krótkim spacerze z psem spływały z twarzy. Mgiełka sprawdza się również jako baza pod serum olejowe, którego używam - dzięki temu łatwo rozprowadzić kosmetyk, a w dodatku czuję, że jego działanie jest wzmocnione. Na sam koniec warto wspomnieć również, że przydaje się podczas wykonywania makijażu, a mianowicie do zniwelowania pudrowości makijażu, kiedy niejako zastępuje odrębny kosmetyk - fixer. Choć używam go na wiele sposobów to wciąż czuję, że może mnie czymś zaskoczyć. Piękny zapach, skuteczne działanie i wspaniały skład - 98,1% pochodzenia naturalnego, a w nim m.in. ekstrakt z kokosa, woda termalna, sok z aloesu.

Buteleczka z atomizerem 100 ml / ok 30 zł

INCI: Aqua (Water)*, Cocos Nucifera Fruit Extract*, Aloe Barbadensis Leaf Juice*, Aqua (Hot Spring Water)*, Niacinamide, Sodium Hyaluronate*, Hyaluronic Acid*, Panthenol, Polyglyceryl-4 Laurate/Sebacate*, Polyglyceryl-6 Caprylate/Caprate*, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Sodium Phytate*, Alcohol*, Sodium Hydroxide, Citric Acid, Parfum (Fragrance), Benzyl Benzoate, Coumarin. / *składnik pochodzenia naturalnego


myWONDERbalm I'm coco nuts

Krem do twarzy I'm coco nuts wzięłam z półki bez zastanowienia - nawet etykiety nie przeczytałam, ot dobrałam go zapachem do esencji. Dopiero w domu okazało się, że jest wskazany do skóry normalnej, mieszanej oraz ze skłonnościami do tłustej i tłustej, jednak mogę się założyć, że sprawdzi się równie dobrze także u suchej. Krem podobnie jak esencja ma delikatny kokosowy zapach, który nie podrażnia wrażliwych oczu. Nie zdarzyło mi się również, aby mnie zapchał, a za to mogę pochwalić go, że podobnie jak esencja pozytywnie mnie zaskoczył

Treściwa konsystencja wydobywanego z z tubki kremu w momencie nałożenia na twarz staje się łatwa do rozprowadzenia i wklepania. Moja buzia dosłownie po chwili staje się miękka jak dłonie mojego zaledwie 3-miesięcznego chrześniaka. Cera jest odżywiona, nawilżona i ukojona. Krem stosuję o każdej porze dnia/nocy i jestem zadowolona. Świetnie sprawdza się jako baza pod makijaż, również ten naturalny stworzony przy pomocy minerałów (u mnie Annabelle Minerals), ponieważ nie zostawia tłustego filmu oraz szybko się wchłania. Podobnie zadowolona jestem w przypadku stosowania go na noc. Moja ciekawość i zadowolenie z kremu było niewyobrażalne, więc sprawdziłam coś, co u mnie mogło skończyć się jedną wielką masakrą twarzową - użyłam esencji MIYA, serum olejowego O'Figa! i tego kremu JEDNOCZEŚNIE na noc. Efekt przerósł moje oczekiwania - tak pięknej, promiennej cery nie miałam dawno, a spodziewałam się wysypu krostek. Powtórzyłam eksperyment kilkukrotnie i wciąż jest w porządku. Nie dziwię się, że jedna z blogerek, które czytam stwierdziła, że gdyby miała używać już tylko jednego kremu postawiła by na I'm coco nuts. Myślę, że to zdanie mogłoby paść również z moich ust. I w tym momencie mogę pochwalić sama siebie - cieszę się, że podarowałam komuś dobre kosmetyki!

Krem w tubce 75 ml / ok 30 zł

INCI: Aqua (Water)*, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Oil*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Glycerin*, Caprylic/Capric Triglyceride*, Cetearyl Olivate*, Sorbitan Olivate*, Glyceryl Stearate SE*, Cetearyl Alcohol*, Phenoxyethanol, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Sodium Polyacrylate, Xanthan Gum*, Ethylhexylglycerin, Sodium Phytate*, Alkohol*, Parfum (Fragrance), Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Coumarin, Alpha-Isomethyl Ionone, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamalaldehyde. / *składnik pochodzenia naturalnego


Znacie kosmetyki MIYA?
U mnie już czeka lekki olejek do demakijażu i oczyszczania - myślę nawet, żeby porównać go z innym, na pierwszy rzut oka podobnym kosmetykiem - jesteście ciekawi?
• Tołpa • Spa detox: krem-mus pod prysznic

• Tołpa • Spa detox: krem-mus pod prysznic

Chyba dopadło mnie jesienne przygnębienie.. Wstać rano to dla mnie masakra i gdyby nie to, że czasem fajnie jest mieć nieco życia prywatnego to zdecydowanie poprosiłabym o same zmiany popołudniowe. Ciężkie poranki wymagają intensywnego pobudzenia i tutaj mam dla Was świetny kosmetyk do tego celu. Gdyby nie to, że wolę wieczorne kąpiele i mycie włosów pewnie byłby to mój ulubiony produkt w kategorii poranny prysznic!


Krem-mus pod prysznic Tołpa z serii Spa detox otrzymałam w czasie warsztatów fotograficznych - produkt służył nam tam za modela. W czasie omawiania fotografii z punktu kompozycji Marta z bloga BaFavenue pokazała jedno ze swoich zdjęć inspirowane pobudzeniem. Żel zestawiła z kubkiem gorącej kawy, a ponadto kolor produktu kawa z mlekiem wywarł chyba mocny wpływ na moje wyobrażenie o nim. Zdarza mi się, że produkty, które już mam w domu (np kupione jakiś czas temu) np taki żel pod prysznic zaczynam używać bez czytania opisu producenta, ot zainteresuję się co najwyżej sposobem użycia w mniej intuicyjnych przypadkach. Stosuję taką metodę, aby wyrobić sobie zdanie na temat kosmetyku, a dopiero po kilku użyciach zerkam czy moje odczucia są zgodne z tym co obiecuje producent. W ten sposób mam szybko gotową opinię. Patrząc na mój zamysł testowania kosmetyków, nie przeczytanie informacji z opakowania i wizualizację myślową wyobraźcie sobie moją minę gdy wzięłam ten żel do kąpieli z nastawieniem porównam go z kawowym z Yves Rocher. Zapach jest zupełnie inny! I choć jestem zaskoczona to cieszy mnie jego pobudzający, dodający energii zapach cytrusów i werbeny. Takie połączenie jest świeże i intrygujące, a wchodząc do łazienki chociażby ukradkiem staram się otworzyć tą plastikową buteleczkę, żeby tylko poczuć ten zapach.
Właściwości pielęgnacyjne żelu są zadowalające. Kosmetyk nie wysusza skóry, a więc nie powoduje jej swędzenia co ostatnio coraz częściej mnie dotyka. Delikatnie się pieni, dobrze myje i odświeża, a choć sam żel jest dość rzadki to wciąż wydajny. Największym minusem jest dla mnie jednak cena - ok 25 zł/300 ml., choć czasem warto pozwolić sobie na odrobinę przyjemności. Nie spotkałam go jednak póki co nigdzie stacjonarnie - może Wam się to udało?


• Lirene • Żel pod prysznic z olejkiem - mango&jaśmin oraz argan&marula

• Lirene • Żel pod prysznic z olejkiem - mango&jaśmin oraz argan&marula

Pierwszy dzień jesieni wychwalałam na instagramie za piękną pogodę, natomiast dzisiaj już widzę za oknem aurę typowo jesienną. Od rana wilgoć, ciemność i mgła. Można by rzec, że rozpoczynamy sezon na pielęgnację jesienną, gdyż zaraz atakować będą nas wiatry i ogrzewanie, jednak osobiście wolę od razu stawiać na nawilżanie, a nie czekać na taką potrzebę. W przypadku żeli pod prysznic zawsze pisałam Wam, że nie oczekuję od nich nawilżania, jednak nie mogę zaakceptować przesuszania skóry. O ile zdarza mi się wciąż kupować losowo wybrane kosmetyki do kąpieli, to coraz chętniej sięgam po żele z zawartością olejków. Jednym z takich wyborów były żele pod prysznic z olejkiem Lirene. Jak się sprawdziły? 


W drogeriach dostępne są trzy wersje zapachowe produktów z serii shower oil - mango&jaśmin, argan&marula oraz makadamia&monoi. Dwie pierwsze widzicie na zdjęciach, tak więc możecie być pewni, że ich używałam. Mają konkretne zapachy wyróżniające się olejami, na których bazują. W moim odczuciu podczas używania kosmetyku czuć o wiele przyjemniejszy zapach niż po otwarciu plastikowej buteleczki. Butelka jest wygodna w użyciu, dozuje odpowiednią ilość kosmetyku i pozwala śledzić zużycie dzięki przejrzystym ściankom.
Sam żel jest nieco lejący, choć nie można powiedzieć, że rzadki; jest całkiem wydajny. Nieco ślizga się po ciele i niekontrolowany z niego spływa, ale również nie najgorzej się pieni. Choć bazuje na silnym środku myjącym SLS nie przesusza skóry. W wersji z mango dopatrzyłam się w składzie parafiny, jednakże nie zauważyłam charakterystycznego dla niej działania, czyli zapychania czy tłustej warstwy na ciele. Choć składy kosmetyków nie są idealne chętnie po nie sięgam, przekonały mnie do olejków w kosmetykach myjących. Zaznaczę również, że oprócz zapachu nie zauważyłam większych różnic pomiędzy żelami. Skóra jest po nich domyta i nie swędzi. Na wizażu spotkałam się również z opinią, że jest to dobry kosmetyk do demakijażu - sama jednak uważam, że są w tym celu stworzone odrębne kosmetyki i nie zalecam takiego ich spożytkowania.

A Ty jakiego kosmetyku do mycia ciała obecnie używasz?
☛ Metamorfoza moich stóp - jak dbać o stopy aby nie wstydzić się ich pokazywać ‽

☛ Metamorfoza moich stóp - jak dbać o stopy aby nie wstydzić się ich pokazywać ‽

Za małolata uwielbiałam malować paznokcie u stóp - czy lato czy zima królowała na nich czerwień, która nie umykała oczom domowników. Chętnie nosiłam również odkryte obuwie - całym rokiem mogłam chodzić w japonkach - po dworze jak i po domu. Później coś się zadziało - pojawił się jakiś kompleks, wstydziłam się swoich stóp, a skoro latem i tak wybierałam trampki, czeszki lub adidasy, więc nie musiałam pamiętać o pielęgnacji stóp. I to był błąd. Później nie mogłam poradzić sobie z suchymi, wręcz szorstkimi piętami. Miałam nadzieję, że sprawę rozwiąże okazjonalnie nałożony na noc byle jaki krem, a rano obudzę się ze stópkami jak niemowlak. Myliłam się. Czekała mnie żmudna droga, testowanie kremów, których zapach na ogół mi nie odpowiadał, wydawanie kolejnych pieniędzy na plastikowe tarki.. Aż postanowiłam zebrać się w sobie. Poczytałam o hitach innych koleżanek po fachu, czyli blogerek. Trafiłam na interesujące produkty i korzystając z wakacyjnej promocji Rossmanna zakupiłam je, a teraz? Wystarczy mi je zastosować 1 lub 2 razy na tydzień i cieszyć się nienagannym wyglądem stóp.

O czym warto pamiętać?

Stopy niosą nas przez życie. Testują nowe, często niewygodne buty, które je ocierają lub powodują potliwość. Dla efektu wow znoszą pioruńsko wysokie szpilki, a także zostają same kiedy te okazują się niewygodne i z nóg trafiają do ręki. Chodzą boso po plaży, ale również po mieszkaniu. Czasem uderzą małym palcem w róg szafki. Niektóre mają problem z haluskami, innym wrastają paznokcie. To jest taka sama część ciała, która wymaga pielęgnacji jak włosy czy brzuch. Im fundujemy maski czy masaże wodne, a co ze stopami, które ryzykują grzybicę na basenie? No właśnie.

Poniżej przedstawiam moje niezawodne trio pielęgnacyjne. Wyzwolić się z kiepskiego wyglądu stóp pomogła mi przede wszystkim luksusowa tarka do stóp Ewy Schmitt (ok 30 zł). Jest to zupełnie inna tarka niż te, których używałam wcześniej. Nie chodzi o sam wygląd, że jest bardziej elegancka. Siła tkwi w materiale ściernym. Na ogół można spotkać coś na pierwszy rzut oka przypominający pumeks, jednakże po bliższym kontakcie okazuje się być marnym, wykruszającym się plastikiem lub coś w rodzaju pilnika/papieru ściernego. Takie produkty nie wpływały na estetykę moich stóp. W przypadku tej tarki mamy do czynienia z minerałem - korundem o dwóch gradacjach do stopniowego stosowania. Korund w trakcie używania produktu nie wykrusza się ani nie przyjmuje martwego naskórka, natomiast wyczyszczenie produktu to jedynie opłukanie go pod bieżącą wodą. Tarka jest wodoodporna, można stosować ją na sucho lub mokro, jednak ja preferuję i polecam ten drugi wariant. Po użyciu tarki moje stopy są pozbawione szorstkiej warstwy, są miękkie i gładkie, a efekt potęgują zamiennie używane kremy.


Krem do stóp Kneipp na zrogowaciały naskórek (ok 30 zł) podobnie jak tarkę kupiłam z polecenia Justyny Hushaaabye. W skuteczny kosmetyk również trzeba zainwestować, a Kneipp kusi nie tylko jakością, ale i dobrym składem. W drogeriach można trafić jeszcze masło do stóp z tej samej serii (kilka złotych droższe), jednak konsystencja obecnie używanego przeze mnie kremu jest na tyle zwarta, że i z tego produktu będą zadowoleni fani gęstszych specyfików.
Skład kremu bogaty jest w mocznik (25%), wyciąg z nagietka, pantenol, witaminę E, olej jojoba, mentol, olej z rozmarynu.. oraz pomarańczowy olejek eteryczny, któremu zawdzięczamy przyjemny zapach i działanie dezodorujące. Działanie ma świetne - jak dotąd nawet codziennie używane kremy nie dawały efektu takiego jak ten stosowany max 2 razy w tygodniu. Stopy są gładkie i miękkie, chwilę po aplikacji otulone warstewką ochronną, która w żaden sposób nie jest śliska itp.

Skład: Aqua (Water), Urea, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Sodium Lactate, Glycerin, Polyglyceryl-3 Polyricinoleate, Sorbitan Oleate, Hydrogenated Vegetable Oil, Calendula Officinalis (Marigold) Flower Extract1, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Oil, Litsea Cubeba Fruit Oil, Menthol, Citral, Limonene, Geraniol, Citronellol, Linalool,Eugenol, Parfum (Fragrance), Magnesium Sulfate, Sucrose Polystearate, Lactic Acid, Tocopherol. /1Z kontrolowanej uprawy ekologicznej.


Zamiennie z kremem Kneipp stosuję Sorbet jeżynowy do pielęgnacji pięt z Polskiej Spiżarni Urody (Pollena - m.in. Biały Jeleń). Niestety nie można go kupić solo, a jedynie w drewnianej skrzynce wraz z 15 innymi produktami do różnych stref ciała (twarz, łokcie, pośladki - TUTAJ znajdziecie więcej infotmacji). Otrzymałam go jako upominek podczas jednych z targów kosmetycznych. Jego atutami jest lekka konsystencja, piękny jeżynowy zapach oraz skład, który również jest atrakcyjny. Podobnie do Kneipp znajdziemy w nim mocznik i pantenol, a ponadto ekstrakt z jeżyn czy glicerynę. Sorbet szybko się wchłania, pozostawia gładkie stopy i wrażenie jakbyśmy używali produktu w żelu. Świetnie sprawdzał mi się letnimi wieczorami.

skład:mocznik, gliceryna, pantenol, Questice Liquid, emolient pozyskiwany z masła shea, antocyjaniny, izomerat sacharydowy, ekstrakt z owocu jeżyny.

Znacie już mój sposób na stopy. Dzięki tym 3 produktom mogę spać spokojnie, a w czasie wyjazdu zastosować jedynie ten sam balsam, którego używam do ciała bez uszczerbku na moich stopach. Powiedzcie jak sytuacja wygląda u Was - czy lubicie pielęgnację stóp i jakich produktów używacie.
#Sally Hansen - moi ulubieńcy do paznokci

#Sally Hansen - moi ulubieńcy do paznokci

Ładny wygląd paznokci jest dla mnie bardzo ważny. Choć ostatnio częściej decyduję się na salonowe paznokcie to zawsze w razie czego wracam do swoich sprawdzonych kosmetyków. Dzisiaj pokażę Wam trzy ulubione kosmetyki jednej marki - Sally Hansen. W ich przypadku śmiało mogę podpisać się stwierdzeniem internet made me buy. Dwa z nich zakupiłam właśnie z blogowych poleceń po przeczytaniu wielu pochwał na ich temat.


Instant cuticle romover to świetny produkt, który w dosłownie 15 sekund zmiękcza i pozwala usunąć skórki. Produkt posiada wygodny aplikator, którym precyzyjnie nałożymy go w okolice skórek. Ma formułę płynnego żelu, który nie spływa z paznokci. Zdecydowanie ułatwia pracę przy skórkach - łatwiej je odsunąć, a następnie wyciąć pozostałości. Opakowanie 29,5 ml to koszt 12-25 zł w zależności od tego, gdzie go kupujecie. W kategorii usuwania skórek mam jeszcze jednego ulubieńca, ale o tym innym razem.


Insta-dri to obowiązkowy punkt każdego klasycznego manicure. Ten top coat nie tylko zabezpiecza nasze malunki, nadaje im piękny połysk niczym hybryda, ale również przyśpiesza wysychanie lakieru na paznokciach. Dzięki niemu powiedzenie, że kobieta jest bezbronna kiedy schną jej paznokcie odchodzi do lamusa. Pod koniec buteleczki lub też daty ważności - zależy co pierwsze następuje niestety nieco gęstnieje i traci swoje właściwości, jednakże zawsze chętnie do niego wracam. To bodajże moja 3 buteleczka, a uwierzcie mi, że tego typu produktów przerobiłam już wiele. Kupicie go w pojemności 13,3 ml do 20 zł. 


Cuticle rehab to w porównaniu do poprzedników najświeższy produkt w mojej kosmetyczce, ale już go doceniam. Miałam już kilka innych kosmetyków do nawilżania skórek i paznokci z różnymi formami aplikacji - słoiczek, pipeta, pędzelek z płynem, natomiast ten olejek w żelowej formule zdecydowanie mnie zadowolił najbardziej. Dzięki żelowej formule aplikując go nie ścieka, dzięki czemu nie mam uczucia tłustych, lepkich dłoni, które po chwili chcę umyć. Aplikator w pędzelku jest wygodny do użycia w każdym miejscu - czy to w domu przed telewizorem czy czekając na przystanku. Regularnie używany skutkuje zadbanymi i dobrze wyglądającymi skórkami. Dodatkowo przyjemnie pachnie. 8,8 ml to wydatek ok 12-20 zł. 


Jakość kosmetyków Sally Hansen już nie raz mnie zaskoczyła. Nic dziwnego, że są to produkty wykorzystywane w salonach kosmetycznych. Teraz pytanie do Was co powiecie o rajstopach w spray'u oraz odżywkach do paznokci? Swoją drogą zastanawia mnie również fakt, czy nie są to dla Was zaskakujące pojemności kosmetyków? Cena oczywiście jest zależna od tego, gdzie kupujecie dany produkt. Online znajdziecie je w atrakcyjniejszych cenach, jednak zawsze warto korzystać również z promocji - np ze zbliżającej się na kolorówkę w Rossmannie.
• EFEKTIMA • hydrożelowe płatki pod oczy (NEW!)

• EFEKTIMA • hydrożelowe płatki pod oczy (NEW!)

Hydrożelowe płatki pod oczy to był pierwszy kosmetyk marki Efektima jaki kiedykolwiek używałam. Bardzo miło jest obserwować rynek kosmetyczny i widzieć, że asortyment marek jest wciąż powiększany, a tak było w przypadku tego produktu. Pojawiły się nowości - aż 5 nowych wersji tego jednego z najbardziej rozpoznawanych produktów tej firmy. W ofercie pojawiły się płatki Snail & Vitamin C, Hialu-Rose, Gold & Collagen, Black-Detox oraz Shiny Look. Trzy ostatnie wersje miałam okazję w ostatnich dniach przetestować i zakładam, że jesteście ciekawi efektów.


Płatki pod oczy są przeznaczone do walki z różnymi problemami - i tak Shiny Look mają za zadanie wygładzać i rozświetlacz okolice skóry pod oczami, Black - Detox ma walczyć z workami i cieniami, natomiast Gold & Collagen powinny wygładzać zmarszczki i pozytywnie wpływać na zmęczoną skórę. Rzeczywistość jest jednak nieco inna - w moim odczuciu wszystkie płatki wykazują podobnie działanie.

Skóra pod oczami jest wygładzona, napięta i nieco rozjaśniona. Stosując się do porady z opakowania, aby uprzednio schłodzić płatki nieco wzmacniamy ich działanie i dodatkowo zyskujemy zmniejszenie opuchlizny pod oczami jeśli taka występuje. Ciężko zaobserwować konkretny efekt po jednorazowym zastosowaniu tego kosmetycznego gadżetu, jednakże trzeba przyznać, że jest to świetne rozwiązanie przed wielkim wyjściem lub do szybkiej regeneracji - u mnie był to moment powrotu z urlopu na którym dzień w dzień byłam wystawiona na działanie słońca i morskiej wody.

Mam jeszcze jedną małą uwagę - wersja Shiny look, którą widzicie na zdjęciu poniżej od razu skojarzyła mi się z kosmetykami glow, które szturmem podbijają rynek (m.in. Eveline czy Selfie Project i ich glitter maski). W tych płatkach zanurzony jest brokat oraz gwiazdki, które można znaleźć w konfetti. Wprawdzie zatopione są bardziej po przeciwnej stronie płatków, niż ta, którą naklejamy na skórę, jednak uważajcie aby nie zarysować sobie nimi skóry jeśli w jakimś egzemplarzu ułożą się one inaczej.


A Wy jakie macie patenty na pielęgnację przed wielkim wyjściem?
Jak dbacie o skórę wokół oczu?

• Full Mellow • jelly soap Watermelon love

• Full Mellow • jelly soap Watermelon love

Wybaczcie mi ciszę na blogu, która trwa od ponad miesiąca.. Po nawale pracy potrzebowałam totalnego resetu na urlopie, który również przyniósł nowe - od końcówki czerwca jestem szczęśliwą narzeczoną! Teraz jednak wracam - zacznę od wypowiedzenia się na temat kosmetyków, które towarzyszyły mi na wyjeździe - a mam kilka ciekawych propozycji. Na start wrzucam wygodne w podróży mydełko - jest inne niż wszystkie, daję słowo. Przedstawiam zatem żelowe mydło Full Mellow o zapachu Watermelon love.


Mydełko kupiłam podczas targów Ekocuda. Skusił mnie zapach - arbuza, który mocno kojarzy mi się z latem, a jest tak rzadko wykorzystywany w kosmetykach. Na stoisku był dostępny tester, więc miałam szansę od razu zauroczyć się zapachem oraz nietypową konsystencją produktu. Koszt przedsięwzięcia na targach mieścił się bodajże w 20 zł za 80 g (+/-5g).

Mydełko mieści się w plastikowym pojemniczku, nazwijmy je roboczo mydelniczką (zaraz wyjaśnię dlaczego;)) z blokadą niczym przy napojach izotonicznych czy innych Kubusiach Play mającą świadczyć o nienaruszonym stanie produktu. Opakowanie w czasie denkowania produktu robi za swoistą mydelniczkę - po każdym użyciu względnie osuszony produkt należy odkładać w suche miejsce, aby wydłużyć możliwy czas eksploatacji. W upalne dni zaleca się również chować mydełko do lodówki - oprócz trwałości zapewnia również przyjemne doznania podczas brania prysznica.  Swoją drogą zdarzyło mi się kilka razy znieważyć podane zasady - nie było tragedii jak w przypadku gremlinów, jednakże kostka zaczęła się szybciej strzępić na kawałki, które odrywając się ginęły w odpływie..

Samo mydełko ma przyjemny zapach z wyczuwalną nutką arbuza (jedna z trzech dostępnych opcji), jednak jest to zapach nieco podrasowany, bardziej wyrazisty niż świeży arbuz. Mydełko pachnie nim cały czas, wzmaga się podczas używania, choć nie pieni się przy tym zbytnio, natomiast wyczuwam go jeszcze chwilę po umyciu. Używałam go zarówno do mycia rąk jak i ciała - w żadnym przypadku nie narzekałam na przesuszenie. I dochodzimy do kulminacyjnego momentu. Otóż cały fun polega jednak na jego konsystencji. Używając tego produktu istnieje poczucie korzystania z galaretki. Ciekawe rozwiązanie, niemały bajer żeby kogoś zaskoczyć - mój facet miał fascynację przez kilka dni, jednakże składa się na to wyższa cena w połączeniu z dużo mniejszą wydajnością. Plus jeszcze pilnowanie go, aby miało odpowiednią temperaturę i wilgotność nie była ponad normę..


Co sądzicie o takim produkcie? Znacie markę Full Mellow i ich produkty?
• L'Biotica • Wygładzająca maska do włosów w formie czepka

• L'Biotica • Wygładzająca maska do włosów w formie czepka

Ostatnio często zaczepiałam mojego chłopaka pytaniami jaka byłaby jego reakcja na diametralne cięcie włosów. Męczyłam czy sądzi, że by mu się spodobało, jaką zasugerowałby mi ich długość.. Prawda jest taka, że ciężko mi zrezygnować z moich długich włosów, choć jestem świadoma, że nawet przy ich zapuszczaniu przydałoby się pozbyć zniszczonych końców. Dzisiaj jednakże skupię  się na pielęgnacji. Na pielęgnację włosów stawiam całym rokiem - nie ważne czy zimą czy latem - każda z tych pór roku wywiera wpływ na nie. Wciąż pod tym kątem szukam nowych, ciekawych produktów, ale mam też swoich ulubieńców do których wracam. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić moje ostatnie odkrycie - maskę w czepku. Takie wygodne combo - myślę, że świetnie sprawdzi się na wyjazdach.


W paczce od sponsorów i partnerów warsztatów fotograficznych znalazłam wygładzającą maskę do włosów L'biotica - maskę w formie czepka, stąd płaskie opakowanie jak maseczka w płachcie do twarzy, a nie słoiczek. Jest to produkt na jedno użycie, więc ma tylko jedną szansę stać się produktem do którego wrócę lub nie. I w tym przypadku z pewnością kupię ją ponownie.

Maska jak wspomniałam świetnie sprawdzi się na wyjeździe ze względu na opakowanie - pojedzie z nami tylko w jedną stronę. Również forma aplikacji wydaje się wygodna - po umyciu włosów zakładamy czepek, który wygląda jak taki typowy do kąpieli, który można kupić w drogerii i voila, możemy zająć się czymś innym. Jedynym minusem, którego się dopatrzyłam jest fakt, że przynajmniej w moim egzemplarzu nie sprawdził się pasek do zaklejenia czepka - niestety nie kleił się. Gdybym pozostała w bezruchu nie stanowiłoby to żadnego problemu, ale że jestem raczej mało statyczna nieco mi to wadziło. Znalazłam jednak rozwiązanie - założyłam na włosy opaskę-gumkę i problem został zażegnany.

Czepek bez problemu utrzymywał temperaturę, która pozwala na otwarcie łusk na włosach, dzięki czemu włos może zostać intensywnie nawilżony i odżywiony. I z tym się zgadzam - po spłukaniu maski i wysuszeniu włosów były miękkie i lśniące. Nie miałam problemu z rozczesaniem ich, ani nie plątały mi się na wietrze jak głupie - choć to jedna z ich rozpoznawalnych cech. Efekt utrzymywał się na włosach przez ok 4 dni, choć w tym miejscu warto zaznaczyć, że włosy myję codziennie. Jestem zadowolona z efektu jaki daje maska i odrobinkę żałuję, że nie ma takiej maski dostępnej w słoiczku, aby starczyła na dłużej. PS. Miała też ładny zapach, który niestety nie utrzymywał się długo na włosach.

Skład nie jest idealny. Znajdziemy w nim keratynę, olej makadamia, olej z oliwek, ekstrakt z sezamu, ale również parafinę czy alkohol. Natomiast olej monoi, którym wręcz nazwana jest maska znajduje się pod koniec składu.. Moje włosy są jednak zadowolone z maski, więc zrobię dla niej wyjątek.


SKŁAD; Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Steartrimonium Chloride, Cetrimonium Chloride, Amodimethicone, Behentrimonium Chloride, PEG-20 Stearate, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Trideceth-12, Cyclohexasiloxane, Paraffinum Liquidum, Butyrospermum Parkii (Shea) Oil, Hydroxyethylcellulose, Panthenol, Keratin, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Extract, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Gardenia Taitensis (Tiare) Flower Extract, Phytosterols, Vanillyl Butyl Ether, Chlorphenesin, Parfum
• Efektima • Peeling do ciała w saszetce

• Efektima • Peeling do ciała w saszetce

Zbliża się sezon na wyjazdy wakacyjne. Nie ważne czy jedziesz nad polskie morze czy do zagranicznego kurortu - zawsze zależy Ci na tym samym. Na lekkim bagażu. W takiej sytuacji warto zrezygnować z pełnowymiarowych kosmetyków, których i tak tam w całości nie zużyjemy.. no chyba, że jest to rozwiązanie takie jakie funduje nam Efektima, czyli peeling w saszetkach. Można by rzec peeling na raz!


Zdecydowałam się na dwa warianty peelingów - z cukrem i olejem kokosowym, jak z solą i olejem awokado. Na ogól omijam sól w peelingach ze względu na podrażnienia jakie u mnie powoduje. I tym razem się nie pomyliłam - sól obecna w peelingu niestety powoduje u mnie pieczenie oraz zaczerwienienie - zwłaszcza po goleniu lub depilacji nóg. Nie neguję za to produktu, gdyż byłam świadoma takiej ewentualności. Peeling cukrowy nie zaskoczył mnie przykrymi przeżyciami. Peelingi z tej serii nie należą do mocnych zdzieraków, raczej powiedziałabym, że są delikatne. A jeśli chodzi o efekt to..

Nie przyglądałam się wcześniej składowi - wszak peeling to kosmetyk, który tuż po użyciu zmywam z ciała, jednak zaobserwowałam, że na ciele pojawia się tłusty filtr, taka znana wszystkim warstewka ochronna. W składzie widzimy dwa oleje - ze słonecznika (helianthus annuus) oraz rzepakowy (canola), czyli sprawców całego zamieszania. Obydwa są emolientami tłustymi, tworzącymi warstwę okluzyjną, czyli wspomniany film. Nie wiem jakie jest Wasze zdanie, ale mniej taki przeszkadza mi zimą niż latem. Efekt widoczny na skórze - wygładzona, gładka, niestety jest to efekt krótkotrwały - raptem do zmycia.

Peelingi te występują w czterech wariantach - cukier & olej kokosowy, cukier & olej z czarnuszki, sól & olej awokado oraz sól & olej konopny. Są dostępne w drogeriach m.in. Rossmann i kosztują ok 7 zł / 30 ml.


• O! figa • Serum olejowe Dzika Figa

• O! figa • Serum olejowe Dzika Figa

W związku z obecną promocją kategorialną w jednej z drogerii rozmawiałam ostatnio z koleżanką, która zapytała mnie jakie kosmetyki planuję kupić dając mi do zrozumienia, że ma na myśli konkretniej kremy. Przyznam, że choć praca w drogerii nie pozwala mi na całkowite przejście na naturalną stronę mocy, bo zawsze pojawia się coś nowego co brzmi ciekawie, to w tym przypadku bez zastanowienia się szybko odpowiedziałam 'nic'. Po pierwsze - mam swoje kosmetyczne zapasy, a po drugie (i co ważniejsze!) naturalne kremy czy olejki bardziej mi ostatnio służą. Jednym z takich produktów jest serum olejowe Dzika figa, które otrzymałam od partnera warsztatów fotograficznych.


Serum to kosmetyk 'bazowy', świetnie sprawdza się jako wzmocnienia działania kremu nawilżającego, kiedy nałożymy je jako pierwsze. Muszę przyznać, że stosując je według zaleceń na noc zostawiam je solo i efekt jaki przynosi jest równie fenomenalny, ale o tym za chwilę.
Koszt zakupu serum nie jest mały - obecnie jest to niespełna 90 zł za 20 ml. Kiedyś zapewne zraziłabym się do niego, jednakże skład kosmetyku bazuje na wysokiej jakości najdroższym oleju roślinnym świata, czyli tym z opuncji figowej, a ponadto jest niesamowicie wydajne. Aplikując serum na wilgotną cerę - polecam użyć wcześniej różanego hydrolatu - wystarczy zaledwie kropla, dwie z pipety, aby nanieść serum na całą twarz. Pipeta pojawiła się w buteleczce nie bez powodu - dzięki niej możemy higienicznie korzystać z kosmetyku zapewniając mu dużo dłuższą trwałość, oczywiście pilnując aby w momencie aplikacji nie zetknęła się ze skórą. Ekologiczne freaki docenią również zastosowanie ciemnej, szklanej buteleczki, która chroni kosmetyk przed szkodliwymi dla niego promieniami słonecznymi. Od czasu wypuszczenia kosmetyku na rynek przeszło już małą metamorfozę - zmienił się kształt buteleczki, pojemność oraz etykieta - oczywiście wszystko w dobrym kierunku. Skąd w ogóle marka o!Figa?

Blogowi wyjadacze na pewno będą kojarzyć Patrycję z bloga Smykusmykowisko, która od lat kręci swoje własne kosmetyki. Niesamowicie przyjemnie wspominam jej współpracę z Margaretą, której efektem był wspaniały balsam i peeling kokos i trawa cytrynowa - wciąż mam w pamięci ten zapach i świetne działanie! Moja imienniczka każdy ze swoich kosmetyków traktuje jak własne dziecko, toteż nie znajdziemy w nich słabych zamienników czy produktów niskiej jakości. I to się sprawdza.

Serum olejowe, które dzisiaj Wam przedstawiam to jeden wielki składnik aktywny. Tutaj nie ma gotowej mieszanki olejów i ekstraktów, jaką czasem widać w składach kosmetyków, które finalnie nic nie robią z cerą, albo pogarszają jej skład. Serum nadaje się do każdego rodzaju cery - nieważne czy młodej czy dojrzałej, gdyż każda będzie z niego czerpała. Kosmetyk nie jest komadogenny i całkowicie się wchłania - przeciwnie do moich obaw, że nałożony na noc szybko sprawi, że będę musiała zmienić pościel, a rano obudzę się z tłustą twarzą. Serum wchłania się u mnie do efektu satyny - nie powiem, że matu, ale satyny. Skóra jest ładnie napięta, wygładzona i promienna. Nie pojawiły się na niej żadne zaskórniki czy ropne krostki, które potrafiły mnie zaskoczyć po niektórych produktach. Jestem zadowolona i mam sprawdzony kosmetyk. Na sam koniec muszę jedynie wspomnieć o zapachu - jest on roślinny, nieco olejowy (ale nie Kujawski żaden czy coś!), nie każdemu może się spodobać, ale nie jest męczący. W moim odczuciu ładniejszy niż np płynu micelarnego Sylveco.

SKŁAD: olej z opuncji figowej, olej z nasion cedru syberyjskiego, olej z owocu dzikiej róży, olej z lnianki siewnej, tetraizopalmitynian askorbylu (olejowa forma witaminy C), nadkrytyczny ekstrakt z dzikiej róży, olej słonecznikowy i olej z rozmarynu

Podsyłam Wam również link do wpisu Justyny, która jak zwykle wyczerpująco omawia skład kosmetyku: analiza składu przez Hushaaabye.


Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger