• Bielenda  • Maseczka dla niej i dla niego

• Bielenda • Maseczka dla niej i dla niego

Zmuszenie do siedzenia w domu sprzyja wzmożonej pielęgnacji, na przykład robieniu maseczek. Poprzedni wpis o masce Tołpy wzbudził Wasze zainteresowanie, tak więc pozostaję w temacie. Normalną sprawą jest, że produkt, który sprawdził się u mnie nie koniecznie musi podobnie wypaść u Was. Dzisiaj będzie o moim kosmetycznym rozczarowaniu, choć nie spodziewałabym się tego.


Markę Bielenda znam od dawna i lubię ich produkty. Miałam do czynienia z różnymi maseczkami, serią węglową czy zieloną herbatą. Bez wahania sięgnęłam zatem po maseczkę dla dwojga - byłą to dla mnie szansa na namówienie mojego faceta na zastosowanie tego typu środku do pielęgnacji cery. Niestety sam zapach już mocno zniechęcał - dla mnie czuć było w nim woń super glue. Idąc za zasadą, że czasem dla urody trzeba się nacierpieć np depilacja (auć!) nie zraziłam się, jednak maseczka nie przyniosła oczekiwanych efektów wyzerowania sebum, zwężenia i oczyszczenia porów. Faktycznie po zdjęciu maseczki cera była wygładzona, jednak chciałabym zauważyć, że po zdjęciu każdej maski typu peel off taki efekt jest odczuwalny. Możliwe, że faktycznie chwilowo sebum zostało opanowane, ale mimo wszystko jestem, a w zasadzie mogę powiedzieć, że jesteśmy rozczarowani.

A czy Wy znacie tą maseczkę i macie wyrobione o niej własne zdanie?


• Tołpa • Maska czarny detox

• Tołpa • Maska czarny detox

Ostatnio trwająca sytuacja w kraju jest mocno napięta (i jest to jeden z powodów ciszy na blogu - jestem zdrowa, ale dużo więcej pracy miałam w ostatnim czasie). Jestem ogromnie wdzięczna ludziom, którzy traktują tą sytuację poważnie i starają się, aby nie zaistniała możliwość, która mogłaby grozić czyjemuś zdrowiu czy życiu. Spędzając czas w domu w ramach wolnego czy home office możecie skorzystać z okazji i nałożyć na twarz maseczkę, więc dzisiaj przychodzę do Was z jedną z nich. Wybrałam maskę czarny detox w tubce marki Tołpa - może akurat macie ją w zanadrzu, albo po przeczytaniu mojej opinii ją kupicie. Koniecznie dajcie znać! ;) 


Pierwszą kontrowersją co do tej maseczki jest jej kolor - szary - wszak jest znana jako czarna maska, więc gdzie logika? Pomimo tego, jest to dla mnie dobry produkt, który rzeczywiście oczyszcza cerę, po jej użyciu znikają drobne zanieczyszczenia porów, choć niestety zaskórników nie rusza. Przy regularnym stosowaniu zauważyłam również zwężenie porów oraz mniejsze błyszczenie cery co jest efektem minimalizacji wydzielania sebum. Dzięki temu każdy makijaż w strefie T dłużej wytrzymuje w nienagannym stanie. Kolejną zachęcającą do przetestowania cechą jest niewyczuwalny zapach i kremowa konsystencja pozwalająca łatwo rozprowadzić produkt. Należy jednak pamiętać, że maska zawiera białą glinkę, więc nie powinniśmy pozwolić zaschnąć jej na twarzy. W tym celu świetnie sprawdzają się hydrolaty - czy jesteście ciekawi jakich używam? Na koniec - zmywać maskę polecam bawełnianym ręczniczkiem - robi się to szybciej i przyjemniej niż samą wodą i dłońmi, choć nie wykluczam tej opcji.
Regularne używanie maski jest możliwe dzięki większej pojemności maski 40 ml (za około 30 zł) i aluminiowej tubce, która nie zasysa powietrza, więc pozostawia kosmetyk dłużej świeży, jednak pamiętajmy, że jak każdy produkt kosmetyczny ma określoną datę ważności. Zastanawia mnie jeszcze tylko informacja na opakowaniu o tym, że jest to produkt limitowany. Dotychczas bez problemu widziałam go w drogeriach - czy ktoś coś wie na ten temat?


• Hagi • Puder do kąpieli z kozim mlekiem

• Hagi • Puder do kąpieli z kozim mlekiem

Od kiedy zaczęłam interesować się naturalnymi kosmetykami i ujrzałam stoisko marki Hagi na targach Ekocuda gdzieś w głowie siedziało mi takie ziarenko z chęcią wypróbowania ich. Trochę jednak czasu upłynęło, ale to był mój cel podczas ostatniej jesiennej edycji tego wydarzenia. Wróciłam z dwoma kosmetykami na próbę i tak je polubiłam, że nie mogłam nie kupić czegoś podczas promocji w Rossmannie, gdzie w ubiegłym miesiącu trafiły same bestsellery marki, o czym wspominałam Wam w stories na instagramie.

Postanowiłam odczekać chwilę, aby utwierdzić się w przekonaniu, że nie jest to efekt placebo i kosmetyki dobrze mi służą, ale już jestem z pozytywnymi informacjami. Na pierwszy ogień idzie coś dla fanów kąpieli w stylu Kleopatry, czyli puder do kąpieli z kozim mlekiem


Jestem jedną z nich - fanką długich, gorących kąpieli z bajerami w postaci soli, kul do kąpieli czy takiego właśnie pudru. Doceniam jak kosmetyki do kąpieli sprawiają, że woda z twardej staje się otulająca i działa pielęgnująco na skórę. Po wsypaniu odpowiedniej dawki pudru do wanny z wodą ta delikatnie się bieli i zaczyna przyjemnie (mlecznie) pachnieć. Po wejściu do takiej kąpieli czuję się jakbym dodatkowo nawilżała ciało - a to wszystko dzięki prostemu, ale bogatemu składowi.

Główny składnik, czyli kozie mleko to produkt wykorzystywany z medycynie i kosmetologii od starożytności. Na pewno każdy słyszał o słynnych kąpielach Kleopatry, która zażywała pielęgnujących kąpieli z jego dodatkiem. To istna odżywka dla ciała, podobnie z resztą jak krem z natury, którego mianem określa się masło shea. Doceniany składnik znajduje się nie tylko w kosmetykach naturalnych - większość producentów wykorzystuje jego właściwości ochronne nie tylko latem, ale i zimą. Idealnym dopełnieniem staje się olej ze słodkich migdałów dający skórze ukojenie. Podobnie jak poprzednie składniki świetnie sprawdza się w pielęgnacji wrażliwej skóry, również dziecięcej. 

Skład: Sodium Bicarbonate, Goat Milk Powder, Citric Acid, Potato Starch, Tapioca Starch, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Tocopherol (Vitamin E), Parfum

A nawiązując do wrażliwej skóry powołam się na chyba najlepszy przykład. Każda metoda usuwania owłosienia (depilacja/golenie) jest jest przyjemniejsza, kiedy skóra nie jest przesuszona. Podczas golenia nóg w czasie kąpieli dla komfortu używamy pianki do golenia lub produktów pokrewnych, bo bez tego.. z pewnością znacie to uczucie kiedy maszynka tępo przejeżdża po ciele? A no właśnie! Dzięki zastosowaniu tego pudru do kąpieli takie zajście u mnie się nie zdarza! Ponadto po takim zabiegu wychodzę z wanny z mniejszą ilością podrażnień niż zazwyczaj. Dla mnie ten produkt staje się hitem i już się nie mogę doczekać okazji, aby zakupić kolejne opakowanie, a może nawet innej wersji.


Cena: 44 zł / 400 g
Wydajność: zalecane 100 g / kąpiel - na opakowaniu jest nawet podziałka ułatwiająca dozowanie, choć ja dodaję ją wedle uznania i potrzeby, dzięki czemu wystarczył mi na więcej niż 4 kąpiele.

Znacie markę Hagi?
Jakie produkty znacie i polecacie?
• Duetus • Maseczka i peeling do twarzy

• Duetus • Maseczka i peeling do twarzy

W ostatnim czasie biorę udział w wyzwaniu instagramowym #codziennemaseczkowanie. Dzięki niemu zużywam kosmetyczne zapasy, wciąż testuję i dbam o cerę, ale również poznaję maseczkowe perełki. Jedną z nich jest maseczka do twarzy Duetus, którą otrzymałam od Emilki Uroda wg blondynki. Dotychczas niewiele słyszałam o tym dziecku Sylveco, ale po zużyciu maseczki czym prędzej popędziłam do Rossmanna, gdzie jeszcze do końca miesiąca na dodatkowym standzie dostępne są produkty tej marki i zakupiłam peeling do twarzy w tubce.

Duetus 

To jedna z linii kosmetyków stworzona przez Sylveco. Określana jest mianem minimalizmu dla dwojga - kosmetyki unisex. Działanie anty-smogowe i anty-trądzikowe wpisuje się w obecne potrzeby. Ponadto wyróżnia je ciekawy design opakowań, które skrywają w 100% wegański, naturalny i biodegradowalny skład kosmetyków bez sztucznych barwników i aromatów, za to bazujący na olejkach eterycznych i składnikach o działaniu regulująco-detoksykującym (np. węgiel aktywny, olej z konopii).


Maseczka do twarzy

Idealny kosmetyk dla cer borykających się z nadmiernym wydzielaniem sebum! Po użyciu tego produktu. Maseczka jest kosmetykiem jednorazowym, jednak jak już ją pokochacie na pewno znajdzie się w Waszej kosmetyczce wielokrotnie. Ma kremową konsystencję, dla mnie niewyczuwalny zapach i czarny kolor (dla porównania czarna maska z Tołpy wcale nie jest czarna!).
Doskonale reguluje sebum, ładnie matowi cerę, ale nie ściąga jej co często dzieje się w przypadku oczyszczających masek. Moja skóra po jej zmyciu była przyjemna w dotyku i ukojona, a pory zwężone.

Cena: ok 6 zł / 10 ml

Składniki/INCI: Aqua, Vitis Vinifera Seed Oil, Kaolin, Sorbitol, Cannabis Sativa (Hemp) Seed Oil, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Glyceryl Stearate, Activated Charcoal, Squalane, Tocopheryl Acetate, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) Root Extract, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Salicylic Acid, Xanthan Gum, Thymus Vulgaris (Thyme) Oil, Citrus Grandis Oil, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Limonene, Linalool.


Peeling do twarzy

Peeling bazuje na korundzie (i zmielonych nasionach czarnuszki), czyli jednym z najskuteczniejszych składników złuszczających, jednak nie podrażnia przy tym cery, gdyż jest delikatny i drobnoziarnisty. Po jego użyciu znikają wszystkie suche skórki, a pory zostają oczyszczone.
Największy minus? Intensywny zapach tymianku, który źle mi się kojarzy od momentu, gdy podczas przyrządzania potrawy sypnęło mi się go stanowczo za dużo..

Cena: ok 26 zł / 75 ml

Składniki/INCI: Aqua, Alumina, Vitis Vinifera Seed Oil, Glyceryl Stearate, Caprylic/Capric Triglycerides, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Nigella Sativa (Black Seed) Seed Oil, Stearic Acid, Nigella Sativa (Black Seed) Seeds Powder, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) Root Extract, Activated Charcoal, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Cetyl Alcohol, Sodium Benzoate, Xanthan Gum, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Thymus Vulgaris (Thyme) Oil, Citrus Aurantium Bergamia Fruit Oil, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Limonene, Linalool.
• Bosphaera • Krem do rąk i stóp

• Bosphaera • Krem do rąk i stóp

Dobry krem do rąk czy stóp wydaje się łatwy do znalezienia. Jedyne czego wymagam to sensowne opakowanie, ładny zapach, szybkie wchłanianie się i skuteczne działanie. I tutaj tak łatwo nie jest. Zaczęłam odrzucać kremy z zakrętką, ale już w dzisiejszym wpisie zauważycie, że zrobiłam wyjątek dla regenerująco - zmiękczającego kremu do rąk i stóp Bosphaera. Czym tak mnie zachwycił?


Inspirowane naturą ręcznie wyrabiane naturalne kosmetyki Bospharea już gościły w mojej łazience. Dotychczas używałam babeczek do kąpieli - przerobiłam świeże i owocowe zapachy i wciąż chcę testować ich więcej. Tym razem na jesiennych targach Ekocuda wzięłam ponownie babeczki i właśnie ten krem. Kolejne w kolejce jest nowy w ofercie koktajl kawowy pod oczy, treściwe masła do ciała i peelingi cukrowe - zapachy są obłędne, to Wam gwarantuję! Wierzę też w działanie każdego z tych produktów, gdyż ludzie, którzy je tworzą wkładają w nie całe serce. Wszak ich historia zaczęła się od tworzenia kosmetyków dla najbliższych, którym chcieli dać to co najlepsze. Rozwój marki, którą określają jako pasję, a nie pracę idzie wciąż w dobrym kierunku - wypuszczają małe serie kosmetyków, korzystają z tradycyjnych sposób wyrobu i ani myślą o taśmie produkcyjnej. W taki sposób powstał jeden z ich hitów, czyli krem do rąk i stóp. 


Pierwsze co urzekło mnie w tym kremie to przeznaczenie i zapach. Choć dłoniom czy stopom nie zaszkodzi posmarowanie ich balsamem do ciała to podchodząc do pielęgnacji kompleksowo i znając ich nieco większe potrzeby staram się stosować kosmetyki przeznaczone do danych partii ciała. Sami przyznacie, że stopy, które niosą nas przez życie i dłonie, którymi choćby sprzątamy dom potrzebują większej regeneracji niż np łydka. Przez długi, długi czas mocno irytował mnie jednak zawsze zapach kremu do stóp. Nijak potrafiłam położyć się do łóżka, kiedy dłonie mi nim pachniały, więc zawsze szybko chciałam iść je umyć, ale przecież krem na stopach musi się wchłonąć.. wrr! Tutaj krem jest wzbogacony o cały szereg nawilżających i regenerujących składników, które poradzą sobie ze stopami, a w dodatku pachnie bardzo przyjemnie. Słodki zapach świeżych muffinków z dodatkiem wanilii. Słodki, ale nie mdlący. Mogę śmiało Wam zdradzić, że czasem po prostu odkręcam słoiczek, aby tylko go powąchać, a to motywuje do użycia i zadbania o dłonie.

Krem ma treściwą, ale jednocześnie lekką konsystencję. Dość szybko się wchłania pozostawiając na skórze warstwę okluzyjną, jednak skóra po nim nie lepi się. Używany regularnie jest w stanie przywrócić dłonie czy stopy oraz inne suche miejsca, do których jest polecany (np łokcie, kolana) do dobrego stanu. Jedne z przykładów - miałam na tyle przesuszone dłonie, że skóra przy palcach była aż spękana. Po używaniu przez ok 3 dni powróciłam do suchej skóry, a kolejne dni wyrównały ich nawilżenie. W tym czasie wykonywałam te same czynności co wcześniej. Żeby nie pisać jedynie o dłoniach - stopy również jest w stanie szybko zregenerować. Wystarczy tarka na stopy i  regularne nakładanie tego specyfiku, a stópki będą jak u niemowlaka. 


Cena: 29,90 / 100 ml
Skład: Salvia Sclarea Flower Extract (ekstrakt z szałwii muszkatałowej), Aqua (woda), Urea (mocznik), Butyrospermum Parkii Butter (masło shea), Cocos Nucifera Oil (olej kokosowy), Lanolin (lanolina), Lactic Acid (kwas mlekowy), Glycerin (gliceryna), Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Methosulfate, Stearyl Alcohol, Parfum, Cetyl Alcohol, 2-Phenoxyethanol, Allantoin, Benzyl Alcohol, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Limonene, Linalool


Jak Wy dbacie o dłonie i stopy, zwłaszcza o tej porze roku?

• Senkara • Kokosowe mydło do pędzli

• Senkara • Kokosowe mydło do pędzli

Pewne czynności są obowiązkowe, jednak nie zawsze chce się nam je wykonać. Jedną z nich było dotychczas dla mnie mycie pędzli do makijażu. Szlag mnie trafiał jak trzeba było zmoczyć pędzel, namyślić go, pocierać i silikonowe akcesoria (które jeszcze trzeba było odnaleźć), płukać, przy czym kilkukrotnie zmieniać wodę lub końcowo i tak pracować pod bieżącą wodą. Na Instagramie trafiłam na polecenie produktu do czyszczenia pędzli i wiedziałam, że muszę go wypróbować. Zatem przy najbliższej okazji na Ekocudach odszukałam stoisko marki Senkara i kupiłam kokosowe mydło do pędzli.


Naturalny, prosty skład, słuszna idea i coś więcej niż akcesorium do mycia i pielęgnacji pędzli - to musiało skończyć się sukcesem. Mycie pędzli nigdy nie było tak proste i przyjemne. Wystarczy tylko zwilżyć pędzel pod bieżącą wodą i kolistymi ruchami zacząć czyścić pędzel o powierzchnię mydła. W czasie tego zabiegu wytwarza się piana, którą następnie należy wypłukać z pędzla pod bieżąca wodą i odłożyć go do wyschnięcia. Po umyciu wszystkich pędzli należy opłukać mydełko i pozostawić je do wyschnięcia lub osuszyć ręcznikiem - najważniejsze to nie zostawiać stojącej wody w pojemniku. Pędzle po umyciu mydłem kokosowym są delikatnie pachnące, a także miękkie i przyjemne w dotyku, dzięki czemu nie trzeba stosować odżywek.

Oprócz skutecznego działania jestem również zadowolona z formy opakowania. Otwierając plastikowe pudełeczko (szkoda, że nie szklane jak w pozostałych kosmetykach, ale rozumiem to pod kątem użytkowania) widzimy, że wypełnione jest do połowy. Nie bez powodu - dzięki temu właśnie nie musimy angażować więcej do mycia pędzli niż tylko tego pudełeczka. Powstała piana zostaje w środku, więc wystarczy ją wypłukać jak wspomniałam wcześniej, natomiast ranty pilnują, aby pędzel nam się nie omsknął i nie wypadł 'poza burtę'. 


Naturalny, wegański, polski kosmetyk, z autorskiej receptury, który przed wejściem na rynek przechodzi szereg testów i badań. W dodatku właścicielka marki prowadzi współpracę z katedrą biotechnologii środków leczniczych i kosmetyków jednej z najlepszych uczelni w kraju Politechniki Warszawskiej, co gwarantuje unikatowe i wysokiej jakości składy, takie jak tego mydełka:

Skład: Sodium cocoate (zmydlony olej kokosowy), Aqua (woda), Aroma (kompozycja zapachowa), Coumarin (kumaryna)* /*składnik kompozycji zapachowej


A Wy jak i jak często myjecie pędzle?
Jesteście zainteresowani tym produktem?
Podsumowanie roku 2019

Podsumowanie roku 2019

Uwierzycie, że to już koniec roku 2019? Nie wiem kiedy minął, zdecydowanie za szybko zleciał.  Wczoraj świętowaliśmy - jedni huczniej z fajerwerkami, inni w zgodzie z naturą, w gronie najbliższych czy na wystawnych balach. A jak Wy rozpoczęliście nowy rok? Macie już jakieś postanowienia? U mnie jeszcze ich brak, ale jestem dobrej myśli, że 2020 przyniesie wiele dobrego. Cofnijmy się jeszcze na chwilę do 2019.. jak minął mi rok 2019?

Styczeń

Wraz z pierwszym roboczym dniem stycznia awansowałam i choć spędziłam ponad rok w firmie byłoby to niemałe wyzwanie. Prowadziłam drogerię sama bez kierownika w dodatku z niepełnym zespołem. Łatwo nie było, ale mimo wszystko dobrze wspominam ten czas. Sama poznałam się z innej strony, a w dodatku dowiedziałam się jak bardzo mogę liczyć na mój nowy zespół.
Nawet w wirze pracy udało mi się wyrwać z chłopakiem na weekend nad morzem. Styczniowy pobyt w Gdyni kojarzy się z wyjazdami na wybrzeże do Jastarni, festiwalem pizzy w Pizza Hut oraz 'nawiedzonym' domem.

Luty

W lutym było nieco spokoju - głównie spotkania ze znajomymi, wspólne wypady na festiwal pizzy, do escape roomów, impreza urodzinowa..

Marzec

W marcu jak w garncu - i taka pogoda zastała nas we Wrocławiu gdy pojechaliśmy na wrolovescape. Było to darmowe wydarzenie promujące escape roomy, a my odwiedziliśmy pokój Peron 9 i 3/4 w Trap Jungle, który szczerze polecamy zwłaszcza fanom Harrego Pottera. Przed wydarzeniem udało nam się zwiedzić nieco starówki Wrocławia, czyli Ostrowa Tumskiego. Po wyjściu z pokoju niestety  zastała nas ulewa, więc plany o ZOO czy Sky Tower poszły.. Wybraliśmy się do Hydrapolis, w którym dowiecie się niemal wszystkiego o wodzie. Aleee.. zarezerwujcie całą masę czasu. Po wyjściu spróbowaliśmy całkiem dobrego burgera za rogiem sprzedawanego z food trucka, czyli Grill Brothers.
W marcu spędziliśmy również weekend w Jastrzębiej Górze na warsztatach tanecznych z Kamilą Płóciennik i Jędrkiem Kaucem. Pod okiem tancerzy ćwiczyliśmy disco sambę, bachatę oraz tango. Wbrew pozorom tango wychodziło najlepiej, choć z góry było powiedziane, że niby będzie najtrudniejsze. W drodze powrotnej oczywiście odwiedziliśmy Trójmiasto.


Kwiecień

Na samym początku kwietnia korzystając z pięknej pogody wybraliśmy się na jeden dzień do ukochanej Gdyni. Hasłem wyjazdu były pierogi. Pora obiadowa i tłumy w restauracji nieco nas zniechęciły, więc wybraliśmy się na spacer bulwarem nadmorskim od skweru Kościuszki aż do mola w Orłowie. Oczywiście zanim wróciliśmy zamknęli nam pierogarnię...
W tym miesiącu miałam również okazję wzięcia udziału w warsztatach fotograficznych w profesjonalnym studiu. Całe wydarzenie zorganizowała Marta z bloga Bafavenue.pl.

Maj

Długi majowy weekend pracowałam w dni robocze, ale udało się zorganizować grilla ze znajomymi na powitanie sezonu. Trochę ciepła i zaczęły się również pojawiać się zloty foodtrucków - oprócz warszawskich wyrwaliśmy się również kawałek dalej - do Serocka. Przy okazji zwiedziliśmy trochę miasto i pospacerowaliśmy nad zalewem Zegrzyńskim.
Maj dał też nowy rozdział jeśli chodzi o sprawy motoryzacyjne. Druga kolizja naszego pewnego autka zmusiła nas do zmiany samochodu. Zostaliśmy we włoskiej rodzinie w dodatku z identycznym modelem, jednak w sportowej odmianie, która daje więcej frajdy z jazdy.
Kosmetycznie poszerzyłam swoje horyzonty o kilka szkoleń organizowanych przez marki takie jak Eveline czy Tołpa. Zobaczyłam także jak wyglądały kosmetyki i akcesoria np. suszarka do włosów w okresie PRL-u dzięki Nocy Muzeów.
Przed jednym ze spotów motoryzacyjnych wybraliśmy się też z chłopakiem na spontaniczny wypad do Lublina, gdyż tylko tam są salon jednej z jubilerskich marek, której pierścionki mi się podobały. Tam chyba zrodził się komuś w głowie idealny plan..  


Czerwiec

Miesiąc rozpoczęliśmy wypadem na pierogi do Gdyni, trasę skończyliśmy we Władysławowie, a już następnego dnia wylądowałam na kilkudniowym szkoleniu Łodzi. Pożegnanie z chłopakiem wyglądało jakbyśmy mieli rozstać się na kilka tygodni. Nie było łatwo, jak się tak przyzwyczai do codziennej obecności, ale minęło szybko, a gdy mnie odbierał to wybraliśmy się do łódzkiego zoo.
W jeden z mega słonecznych weekendów zrealizowałam swój świąteczny prezent i skoczyłam ze spadochronem - mega przeżycie! Piękna pogoda, przejrzyste niebo i chwila w powietrzu - ciężko to opisać, polecam każdemu spróbować.
Później pozostało już tylko czekanie na urlop. Nad polskim morzem spędziliśmy prawie 20 dni z początkiem lipca włącznie. Spędziliśmy masę czasu na plaży, pozwiedzaliśmy okolicę i sprawdziliśmy wiele pobliskich atrakcji. Największą niespodzianką urlopu.. pff roku były jednak zaręczyny i to na jednej z latarń morskich ❤ Po tym zdarzeniu przyjechali jeszcze do nas znajomi aby uczcić ta chwilę i złapać trochę słońca na plaży.



Lipiec

Po urlopie czas wrócić do pracy, ale już pierwszy weekend po powrocie do rzeczywistości urywamy się - zbiórka we Wrocławiu, zwiedzanie Kłodzka, następnie przejazd do Kudowy Zdrój i ruszamy dalej w świat - odwiedzamy Skalne miasto oraz piwowar w Czechach.
Na koniec miesiąca w urodziny narzeczonego wybraliśmy się wraz z jego siostrą ponownie do Władysławowa i robimy mały rajd po klubach i dyskotekach..

Sierpień

Na początku sierpnia odkryliśmy papugarnię w Warszawie. Spodobało nam się na tyle, że podczas długiego weekendu wybraliśmy się do Łodzi. Tam oczywiście papugarnia i małpiarnia, spacer Piotrkowską, pyszne lody oraz kolejny escape room, z którego się wydostaliśmy.  Wtedy jeszcze mieliśmy konkretną zajawkę na taką rozrywkę, później jednak trochę osłabła.



Wrzesień

Na początku września połączyłam siły z innymi dobrymi ludźmi na rzecz chorej dziewczyny z naczyniakiem mózgu. Aby uzbierać pieniążki na operację zaprzyjaźnione z matką dziewczyny blogerki zorganizowały cała plejadę licytacji, w której udało mi się wylicytować narzeczeńską sesję zdjęciową, która mamy w planie zrealizować na wiosnę. Od połowy września zaczęły się 
Natomiast druga część była aktywna pod kątem podróży. Z narzeczonym zapisaliśmy się na wyjazd z mojej pracy 'Morska przygoda'. Zbiórkę mieliśmy w Szczecinie skąd wyruszyliśmy już autokarem do Miedzyzdrojów, a następnie do Świnoujścia skąd mieliśmy prom do Ystad w Szwecji. Kolejnym punktem wycieczki była Kopenhaga, stolica Danii. Spodobało nam się na tyle, że planujemy powrót - niestety zorganizowana wycieczka nie dała nam tyle czasu by wejść do ogrodów Tivoli, więc w głowie zostaje cel kolejnej podróży.
Po powrocie zostaliśmy jeszcze kilka dni w Międzyzdrojach, które było bazą wypadową do pobliskich miejscowości, w których mieliśmy do odwiedzenia latarnie morskie zachodniego wybrzeża. Zaliczyliśmy wszystkie ze Świnoujściem na czele, skąd wyrwaliśmy się również na chwilę do leżącego tuż za niemiecką granicą Ahlebeck. Powrót do domu obejmował przejazd przez całe wybrzeże aż do Gdyni, która Grzesiek chciał odwiedzić ostatni raz w tym roku.


Październik

Ten miesiąc był skupiony na rodzinnych imprezach. Rozpoczął go huczny ślub mojego kuzyna. Jego wybranka pochodzi z Zamościa, więc cała impreza odbyła się tam. My przy okazji zwiedziliśmy to miasto, a w drodze powrotnej odwiedziliśmy również Lublin. Kolejny weekend skupiony był na mojej mamie i jej imienionym przyjęciu, a sam koniec na chrzcie mojego chrześniaka Tymcia. Jego matka, a moja siostra cioteczna powoli stwierdza, że chyba się zakochałam..

Listopad

W tym miesiącu zainteresowaliśmy się zakupem wspólnego gniazdka. Wciąż czekamy na informację co w tym temacie..

Grudzień

Święta spędziłam z rodziną. Cieszę się, że moi bliscy są zdrowi i mogłam z nimi spędzić ten czas i sprawić odrobinę radości prezentami świątecznymi.

Oczywiście nie obyło się bez przykrych sytuacji - nieporozumień w pracy, kłótni w związku, zderzenia się ze śmiercią najbliższych.. Mam jednak nadzieję, że nowy rok będzie ponownie obfitował w pozytywne doświadczenia i spotka mnie ponownie tyle dobrego.

A Wam jak minął zeszły rok?
Z czego jesteście najbardziej zadowoleni, czym możecie się pochwalić?
❆Blogmas ❆ Świąteczne filmy, które obejrzysz na Netflixie - hity!

❆Blogmas ❆ Świąteczne filmy, które obejrzysz na Netflixie - hity!

Co roku staram się stworzyć wpis dotyczący filmów, które polecam do obejrzenia w świąteczny wieczór. Jest cała masa filmów, które lubię, a one w większości są emitowane w telewizji, jednak trzeba przyznać przed sobą, że godziny emisji nie zawsze nam odpowiadają. Często są to chwile, gdy akurat spędzamy czas przy stole z rodziną lub zbieramy się do powrotu do domu, a film właśnie się rozkręca. Dzisiaj przychodzę do Was zatem z legalnym, płatnym źródłem jakim jest Netflix. Nie jest to wpis sponsorowany, ale wiem, że to wygodne źródło, z którego sama korzystam. Dzisiaj przedstawię Wam świąteczne hity, które za pewne większość z Was zna i chętnie odświeży w świątecznym czasie. Wszystkie znajdziecie na stronie Netflix.

screen pulpitu netflix po zalogowaniu się na własne konto

Jack Frost to film stary jak świat, ale wciąż wzbudza uczucia. Charyzmatyczna historia o powrocie ojca do syna pod postacią bałwana jest chyba znana każdemu, a przynajmniej w mojej opinii. Zostańmy przyjaciółmi to historia miłosna o ponownej walce o ukochaną po latach. Zakochany, otyły licealista przechodzi metamorfozę i wraca do rodzinnego miasta jeszcze raz spróbować swoich szans. Czy magia świąt mu w tym pomoże? Cztery gwiazdki i Święta last minute to dwie różne opowieści o tym jak można było mieć inne plany na święta - obie łączy planowana wycieczka w tropiki zamiast rodzinnych spotkań. Bohaterowie gwiazdek odwiedzają cztery domy swoich rodziców, a fakt, że wszyscy wiedzą o planowanym przez nich wymiganiu się od świąt tylko dokłada problemów i niekomfortowych sytuacji. Z kolei w drugim filmie wieloletnie małżeństwo zmaga się z brakiem akceptacji ich decyzji o egzotycznych wakacji zamiast hojnych świąt, natomiast rozwój akcji wskazuje, że ich plany wywrócą się do góry nogami. Do góry nogami może wywrócić się również całe życie poprzez zmianę otoczenia - taki efekt przyniosła zamiana domów, której dokonały nieszczęśliwie zakochane bohaterki filmu Holiday. Czy w innym miejscu znajdą ukojenie i spokój, a może coś więcej? Na koniec moja wisienka na torcie, czyli pełny angielskiego humoru film To właśnie miłość. Przeplatanka losów różnych ludzi w okolicy świąt Bożego Narodzenia. Samotni, zdradzeni, zakochani, w żałobie - jak potoczy się ich życie? 



Dla młodszych widzów, ale nie tylko bo również jako kino familijne świetnie sprawdzą się mini bajki z bohaterami Shreka czy Kung Fu Pandy odpowiednio pod tytułami Pada Shrek oraz Święta święta i Po. Obydwa należą do lekkich i przyjemnych, które w zabawny sposób przedstawiają świąteczne perypetie w animowanym świecie. Ekspres polarny  to jedna z najdroższych produkcji animowanych na świecie, a zarazem piękna opowieść z morałem, aby nie przestawać wierzyć w magię świąt. Sądzę, że sprawdzi się idealnie, jeśli macie dzieci, które powątpiewają w Mikołaja sugerując, że prezenty kupujecie Wy - rodzice.


Bez jakich świątecznych filmów nie możecie obejść się w święta?
❄ Świąteczna wishlista ❄

❄ Świąteczna wishlista ❄

Co roku tworzę wishlistę - listę produktów, które ucieszyłyby mnie, gdybym znalazła je pod choinką, a te najbardziej mnie interesujące zdarza mi się samej sobie sprawić. Gdybym zaczęła pisać list do św.Mikołaja wcześniej z pewnością znalazłaby się na nich jakaś płyta - może Krzysztofa Zalewskiego lub Darii Zawiałow. Na jej brak wpłynął brak zmieniarki w samochodzie gdzie zwykle korzystam z płyt, a także możliwość łączenia się bluetooth telefonu z radiem - dzięki temu mogę przeglądać setki wykonawców na Spotify i wybierać muzykę jakiej chcę w danym momencie słuchać. Jeśli więc nie płyty, to co znajduje się na mojej wishliście?



  • zestawy kosmetyków - wraz z trendem eko i rozwojem manufaktur kosmetycznych w końcu można kupić jakiś ciekawy zestaw kosmetyków nie wywodzący się spod brandu Nivea, Dove czy Gliss Kur - oczywiście nie żebym coś miała do tych marek, ale odnoszę wrażenie, że zestawy te co roku zmieniają jedynie opakowanie. W pierwszej chwili pomyślałam o markach, które ostatnio mocno mnie kuszą - ucieszyłyby mnie kosmetyki do kąpieli (puder, sól, peeling) Hagi, serum lub mus bananowy Senkara lub zestaw regenerujący z obłędnie pachnącym balsamem orzechowym Fresh&Natural
  • paletka do makijażu - nie jestem jakimś makijażowym freakiem, ale gdy mam więcej czasu chętnie blenduję cienie na powiekach i dodaję więcej koloru niż brąz. Ostatnio zamarzyła mi się jakaś droższa, porządniejsza paletka - chętnie widziałabym w swojej kolekcji jedną z tych marek - Nabla, Affect, Huda lub Too faced. A jak już przy paletkach jesteśmy to równie chętnie co paletę cieni otrzymałabym paletę do konturowania twarzy z bronzerami i rozświetlaczami.
  • świeca zapachowa - sezon jesień/zima to ewidentnie mój czas na palenie wosków i świec. Nie obraziłabym się zatem na jakiś zapach w wersji XL. Szczerze mówiąc najbardziej w tej chwili kusi mnie Kringle Candle - przerobiłam kilka dayligtów 'na wypróbowanie' i ucieszyłoby mnie kilka zapachów, np Storm front, Gold & cashmere czy Fresh lilac
  • biżuteria - nowe kolczyki czy bransoletka to zawsze idealny prezent od mężczyzny dla kobiety. Kiedy dwa lata temu dostałam zegarek Hewitta wiedziałam, że to jeszcze nie koniec. Marzyła mi się do niego bransoleta, jednak ostatnie promocje na tą markę u jednego dystrybutora pokazuje, że korzystniej kupić cały zegarek z bransoletą niż ją samą. Oprócz tego chętnie widziałabym jeszcze bransoletkę z perełkami tej marki, choć nie jest to must have.
  • ciepły koc - długo nie ulegałam trendowi, ale w końcu i ja poczułam zauroczenie w stosunku do kocy z wełny czesankowej. Najchętniej przygarnęłabym taki w neutralnym kolorze np szary. Z tego co widzę to nie tylko ciekawy element dekoracji mieszkania, ale również świetny element do zdjęć na bloga czy instagram.
  • voucher - prezenty przeżycia to także sprawdzony pomysł. Kilka takich już zrealizowałam - jazda sportowym samochodem, nauka jazdy na longboardzie, dream jump, skok na bungee czy ze spadochronem, laserowy paintball, escape room.. a wciąż jest wiele nowych do odkrycia. Chętnie wybrałabym się na spacer z alpakami, weekend za miastem albo może coś z kategorii beauty? 

Od kiedy pamiętam też nieodłącznym elementem prezentów jest zawsze coś słodkiego. Wór złota dla tej osoby, która uszczęśliwi mnie czekoladą lub galaretkami w cukrze, które w dzieciństwie rodzice kupowali mi na wagę - takie wiecie trzy kolory np zielony, biały, czerwony ;)
• Yankee Candle • After sleeding

• Yankee Candle • After sleeding

Czwarty kwartał roku przynosi kolekcję Yankee Candle Q4, w której zapachy nawiązują do okoliczności świąt i zimy. Aromatyczne zapachy zawarte w małych tartach (woskach), samplerach i trzech rozmiarach świec mają w sobie nutę słodyczy i świątecznych wypieków, zapach świerku tak charakterystycznego dla tradycji Bożego Narodzenia.. a czym tym razem zaskoczy nas Yankee w wosku After sleeding?


After sleeding, czyli w tłumaczeniu 'po sankach' kojarzy mi się z czasami dzieciństwa. Kiedy byłam kilkuletnią dziewczynką nie było podobno już zim takich jak za czasów szkolnych moich rodziców, jednak świat w grudniu znajdował się pod śnieżnym puchem. Sanki były moją ulubioną rozrywką. Chadzał ze mną tata, chadzała ze mną i mama, czasem towarzyszył nam nasz pies. Rodzice jednak zawsze mają na głowie dużo więcej spraw - choćby przygotować dom na święta. Gdy ja beztrosko bawiłam się na dworze, w domu przechodziły się zapachy, które po powrocie wyczuwałam dużo intensywniej. Zmarznięty na dworze nos, który dotychczas czuł jedynie zimową świeżość po wejściu czuł zapach palonego w piecu drewna, wanilii w świątecznych wypiekach oraz przypraw korzennych w rozgrzewającej herbacie. Tak właśnie pachnie After sleeding - przyjemnym wnętrzem, ciepłem rodzinnym. Jest wyrazisty, moc dobra by pachniało w całym mieszkaniu.

Dostępność: Goodies, cena 9 zł / 22 g
Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger