Piękna jesienią #3: paznokcie

Piękna jesienią #3: paznokcie

Nie będę oszukiwać - sporo się ostatnio u mnie dzieje, więc bardzo doskwiera mi brak wolnego czasu. Dzisiaj na ostatnią chwilę przychodzę do Was z postem do akcji Piękna jesienią w tematyce paznokci. Wprawdzie ostatnio ich nie maluję - daję im odpocząć i staram się je wzmocnić poprzez wykonywanie manicure shea produktami Indigo oraz nawilżyć skórki serum Evree. Mimo, że póki co stawiam na pielęgnację i noszę 'gołe' paznokcie to jednak mam pewne gusta w stosunku do wyglądu paznokci jesienią.


Jesień oznacza dla mnie podobnie jak w stosunku do ust odstąpienie od pewnych kolorów. Teraz rezygnuję z neonów, pasteli i jasnych barw. Wyjątkiem są stonowane pomarańcze w kolorze jesiennych liści czy dyni takich jak Wibo So matte nr 6.

Drugi kolor, który często spotkasz na mych paznokciach jesienią to fiolet i wszystkie jego odcienie. Najchętniej wybieram te ciemne w ciepłym odcieniu jak Kobo Trendy Colors nr 5 Wien. Przyjemnie mi się go nosi i pasuje do otaczającej nas aury. Zwłaszcza jeśli myślimy o tym, że jest ciemno zarówno gdy wychodzimy, jak i wracamy do domu. 

Kolejny punkt na mojej jesiennej lakierowej liście to niezidentyfikowane ciemne odcienie. Ten przyjemniaczek poniżej, czyli Ladycode by Bell nr 32 to fiolet, jednak przy 2-3 warstwach na paznokciach wpada w ciemny granat lub czerń. Uwielbiam również inne lakiery, które dają taki wymiar koloru - wśród nich jest również lubiany w erze przed hybrydami Rimmel SalonPro nr 711 Punk rock. A jak już jesteśmy przy nim, to uwielbiam również odcienie szarości - pochwalę tutaj te z kolekcji 50 shades of Grey by OPI oraz Rosy brown od NeoNail, który stanowi podstawę manicure z liskiem, który będzie poniżej. 

Jeśli chodzi o zdobienia, to niestety jesienią raczej odchodzą mi wszelkie siły i ochota na grzebanie przy paznokciach, które są osłabione. Wprawdzie od każdej zasady zdarzają się wyjątki, tak więc decyduję się na motywy jesienne - lisek i liście, albo czarne wzorzyste stemple, które 'przyciemniają' lakier bazowy nadając mu nutkę mroczności.

A jak jesień spędzają Twoje paznokcie?
Akcja regeneracja czy może jesienne zdobienia?
Forbidden apple

Forbidden apple

Dzisiaj na blogu recenzja ostatniego z Halloweenowej trójki Yankee Candle. Producent stwierdza, że jego zapach to zaczarowane zielone jabłko. Brzmi raczej bajkowo, a nie halloweenowo, no ale cóż.. Chcecie wiedzieć jak jest naprawdę i co o nim sądzę?

Od razu przyznam, że jest to wosk, który przypadł mi najbardziej do gustu. Pachnie świeżo, właśnie takim zielonym jabłuszkiem dobrej odmiany. Wiecie, takim kruchym, ale nieco soczystym. Zapachów jabłka Yankee ma troszkę w swojej ofercie. Co więc w nim rzuca na kolana? Jest zapachem kwaśnym, aż wykręca. To nadaje mu takiego nieco przeraźliwego wyrazu w sam raz na zbliżające się amerykańskie święto. Nie ma nic wspólnego z uroczym Sweet apple. Ma w sobie coś z tego zatrutego jabłka w Królewnej Śnieżce. Forbidden apple to zdecydowanie mój faworyt. Koniecznie zamówcie go na Goodies i dajcie znać co o nim sądzicie ;)

Który Halloweenowy zapach jest Waszym ulubieńcem?
Co ostatnio palicie w kominku?
Witches brew

Witches brew

Święto duchów coraz bliżej. Wciąż odpalam halloweenowe woski z Yankee i szukam wśród nich czegoś wyróżniającego. Opinia na temat pierwszego wosku, czyli Candy corn już wisi na blogu >KLIK<. Niestety nie przypadł mi do gustu. Pokierowałam się Waszymi opiniami: sięgnęłam po wosk Witches brew. Czy jest tak mroczny i intrygujący jak wszyscy mówią?

Kolor wosku jest czarny, a w dodatku ta grafika z pająkami tworzą iście mroczną aurę wokół tego zapachu. Szczerze mówiąc nigdy nie zastanawiałam się jak pachną owoce paczuli. Nazwę rośliny kojarzyłam z wielu kompozycji perfum, zarówno damskich jak i męskich, które bardzo mi się podobały. Wosk ponadto miał pozytywne opiniee na Goodies, więc postanowiłam go zakupić - wszak 9 zł to jeszcze nie majątek.
Wosk zarówno na sucho jak i po rozpaleniu ma bardzo wyrazisty i mocny zapach. Dla mnie jednak stanowczo za mocny, więc palę go zdecydowanie krócej niż inne woski. W zależności od humoru i samopoczucia czuję kadzidlany zapach albo napar przygotowany przez wiedźmę. Wiecie, taki napar z odchodów nietoperza, żabich udek i innych rzczy, które mogą narobić niezłego smrodku. Bez dwóch zdań woń idealna na Halloween, ale czy dla każdego? 
Zbliża się Halloween, więc chciałabym spytać:
Czy chcielibyście abym napisała dla Was post o dekoracjach, filmach czy DIY z okazji tego święta? Czy raczej Was taka tematyka nie interesuje? 
Piękna jesienią #2: usta

Piękna jesienią #2: usta

Wybaczcie, że ostatnio moja regularność bywania w blogosferze woła o pomstę do nieba. Zmieniłam pracę, mam sporo obowiązków, a niestety nie wiąże się to z satysfakcją jaka wcześniej płynęła z tego co robiłam. Jestem wiecznie zmęczona, nie mam siły ani ochoty wystawiać nosa spod kołdry, a pogoda tylko pogarsza obecną sytuację. Mimo wszystko trzeba wziąć się w garść, zatem dzisiaj pierwszy post w ramach akcji Piękna jesienią organizowanej przez Karolinę. Zaczniemy wprawdzie od drugiego etapu, czyli produktów do ust używanych jesienią, co by się wyrobić na czas. Wcześniejszy post oczywiście też nadrobię ;)

Jesień nie sprzyja mojemu humorowi jesienią, zwłaszcza jeśli wita nas z rana deszczem. Mam ochotę wtedy zostać cały dzień w łóżku. Skoro już muszę z niego wyjść, to najchętniej przeszłabym przez miasto niezauważona, więc nie szaleję z makijażem. W przypadku ust raczej rezygnuję z krzykliwych kolorów szminek - moje rażące po oczach róże czekają na lepsze czasy. Wybieram stonowane odcienie albo zamieniam je na pomadki ochronne. Mam nawyk gryzienia i oblizywania ust, co przekłada się na popękane i spierzchnięte usta, które trzeba ratować peelingiem oraz nawilżaniem. 

W tym roku wraz z początkiem deszczowej jesieni przeprosiłam się z błyszczykami, których od dawna nie używałam. Wyciągnęłam z kolekcji te, które sprawiają wrażenie wilgotnych ust - idealnie współgrają z deszczową pogodą! Jeśli tak by je dobrze dobrać, to w dodatku pielęgnują usta. Takim błyszczykiem jest Eveline Lovers ultra shine z dodatkiem olejku arganowego. Na zmianę, w innej torebce noszę błyszczyk Kobo Long lasting glass shine, który również w składzie ma olejki i woski. Co prawda można się przyzwyczaić, ale uprzedzam: minusem jest fakt, że strasznie się klei.  

Wracając do pomadek ochronnych to staram się mieć je zawsze pod ręką, choć wciąż walczę by je jeszcze regularnie używać. Szczerze przyznam, że nie chciało mi się wygrzebywać wszystkich. Są poukrywane w kieszeniach płaszczy i torebek, więc pokazuję tego, który jest zawsze pod ręką na toaletce: Balmi. Używam go teraz jedynie w domu ze względu na popsute zamknięcie - potrafi skubaniec się sam otworzyć w torebce i wszystko umazać.. W torebce mam jeszcze masełko malinowe do ust z Bielendy, w kiszeni pomadkę Laury Conti itd 

Na ładniejsze dni - wiecie taką polską złotą jesień zostawiam stonowane kolory takie jak Bell Classic nr 5. Oczywiście w składzie znajdują się substancje nawilżające jak aloes czy olejek rycynowy. Stawiam na ładny wygląd wraz z pielęgnacją na czele. Wyjątek stanowi Paese Silky matt nr 708 - używam jej o każdej porze roku. Świetnie sprawdza się ze względu na wspaniały mat oraz piękny kolor. 

Wiem, że u wielu z Was królują burgundy, brązy i inne bardziej jesienne kolory. Ale może znajdzie się wśród Was ktoś, kto nie wprowadza aż tak radykalnych zmian w kolorach ust? :)
Szampon skrojony na miarę, czyli dobierz odpowiedni szampon do problemu z włosami

Szampon skrojony na miarę, czyli dobierz odpowiedni szampon do problemu z włosami

Dobieranie szamponu do włosów wydaje się proste. Jeśli się przetłuszczają, wybieramy ten do włosów tłustych, jeśli są suche to do włosów suchych. Jednak zdarzają się nieco trudniejsze sytuacje jak popalone prostownicą włosy, choroba skóry głowy łupież oraz wypadanie włosów i utrata ich gęstości. Warto zatem zainteresować się problemem swoich włosów i postarać się dobrać odpowiednią dla nich pielęgnację. Postawmy zatem kilka diagnoz ;)

Włosy są zniszczone


Wszyscy wiemy jak wyglądają: są przesuszone, połamane, przez co i przerzedzone na długości, porozdwajane końcówki.. Przyczyn zniszczonych włosów jest cała masa. Można wymieniać: trwałą, rozjaśnianie, farbowanie włosów czy stylizacja kosmetykami z alkoholem oraz działanie na nie wysoką temperaturą - prostownica/lokówka/suszenie ciepłym nawiewem. Niszczą się również poprzez niedelikatne rozczesywanie, tarcie włosów ręcznikiem, noszenie gumek z metalowymi elementami, które szarpią włosy czy nawet spanie z rozpuszczonymi włosami. Nie unikniemy wszystkiego, ale warto na start coś zminimalizować. O ile latem niejedna zrezygnuje z suszarki na rzecz naturalnego schnięcia włosów, to zimą od razu sięgnie po suszarkę, żeby najzwyczajniej nie zamarznąć od pukli, które wysychają na naszym ramieniu. W walce o piękne włosy warto również podciąć najbardziej zniszczone końce - nie ma co się oszukiwać, ich już nie uratujemy.
Najczęściej zniszczone są włosy suche, które należy mocno nawilżyć, odżywić i zregenerować. Postawmy na pielęgnację. Obowiązkowo musimy wybrać delikatny szampon do włosów suchych i zniszczonych (np. Vichy Dercos szampon w kremie). Przy myciu włosów nie możemy pomijać produktu takiego jak odżywka do włosów (np. Vichy Dercos odżywka w kremie). Ponadto należy podjąć się olejowania włosów oraz nakładania masek (np. Vichy Dercos maska szybki ratunek). Przy regularnej, intensywnej pielęgnacji włosy powinny stać się mocne, elastyczne oraz wygładzone.

Łupież


Przykra sprawa przy zadbanych włosach. Statystycznie większość ją przechodziła chociaż raz, choć ta choroba (tak, choroba, a nie zaniedbanie higieny!) lubi nawracać. Rozróżniamy dwa rodzaje łupieżu: suchy oraz tłusty. Pierwszy z nich, częściej spotykany, jest zarazem łagodniejszy. Objawia się drobnymi, białymi, suchymi łuskami, które odrywają się od skóry głowy - jak to wygląda na żywo myślę, że wszyscy wiedzą. Łupież tłusty to już sprawa dla dermatologa - są to ogniska stanów zapalnych z przylegającymi do skóry głowy żółtymi łuskami. Towarzyszy im dodatkowo świąd oraz łojotok.
Największe efekty w walce z łupieżem suchym przynosi używanie używanie szamponów przeciwłupieżowych (np. Vichy Dercos dla wrażliwej skóry głowy), choć są na to jeszcze inne patenty typu leczenie olejkami eterycznymi lub wyciągami z roślin. Warto jednak pamiętać, żeby w czasie używania specjalistycznego produktu dbać o odpowiednią pielęgnację włosów, ponieważ szampony lecznicze często przesuszają nasze włosy. Wychodząc z łupieżu nie chcemy od razu zmagać się z suchymi i zniszczonymi włosami. Swoją drogą polecę również specjalistyczne szampony apteczne oraz renomowanych marek. W przypadku marketowych marek własnych spotkałam się kiedyś z problemem domycia go ze skóry głowy, przez co wyglądało to tak, jakbym miała ten nieszczęsny łupież.

Wypadanie włosów


Niektórzy zbyt wcześnie przeżywają ten problem - wszak wypadanie włosów to naturalny proces, o ile mieści się w pewnych normach. Dziennie wypada nam ok 100 włosów, a jeśli cały dzień nosimy je upięte może być to nawet nieco większa liczba. Sygnałem do zwrócenia uwagi na ten problem jest fakt, że włosy są wyraźnie przerzedzone, wypada nam ich sporo w trakcie przeczesywania ręką, a jeszcze większa ilość podczas czesania szczotką lub podczas mycia.
Czynników, które na to wpływają jest sporo: szkodliwe produkty powodujące reakcje alergiczne, choroby skóry (np łupież, łojotokowe zapalenie skóry), hormony (często spotykane u kobiet po porodzie) i uwarunkowania genetyczne, zbyt mocne upięcia włosów, które aż ciągną za skórę głowy, stres, wpływ innych leków, a nawet pory roku. Może ktoś zaobserwował ten problem ostatnio u siebie?
Na wypadanie włosów możemy zastosować różne triki: wcierki, masaże skóry głowy, szampony przywracające gęstość (np Vichy Dercos Neogenic) albo kuracje przeciw wypadaniu włosów (np Vichy Dercos Aminexil Pro). Można również wspominać się witaminami w pigułkach, urozmaicić swoją dietę, a nawet poradzić się lekarza co jeszcze można zdziałać. Nie ma co panikować, warto poczytać na ten temat i wziąć się w garść.

Oczywiście problemów ze skórą głowy oraz włosami jest o wiele więcej: m.in. łojotokowe zapalenie skóry, jednakże opisałam tutaj problemy, których sama doświadczyłam, lub zrobiły to osoby w moim najbliższym otoczeniu. Może Ty też z czymś się zmagałaś/eś i opowiesz jak sobie poradziłaś/eś? :)
Candy corn

Candy corn

Jesienna aura z wyczuwalnym nieprzyjemnym chłodem oraz ogrom pracy jaki ostatnio na mnie spadł niestety nie pobudza do działania około blogowego. Nie mam siły, czasu ani chęci robić po pracy czegoś innego niż zasypianie na filmie przytulona do czegoś ciepłego - termofor jest okej, ale zdecydowanie wolę moje męskie 36,6*C :) 
Na pobudzenie do działania sprawiłam sobie ostatnio serię halloweenowych wosków Yankee Candle. Na pierwszy ogień poszedł Candy Corn. Pomyślałam, że szukanie wosku na zbliżające się popkulturowe święto sprawi mi frajdę - wiecie, ciepełko od kominka, ładny zapach.. Tere-fere, niestety wosk okazał się rozczarowaniem. Chcecie wiedzieć czemu?

Wosk ma charakterystyczny, dyniowy kolor. Halloweenowemu charakterowi nie odstaje również grafika na etykiecie - czarny kruk na tle mrocznego drzewa. Trzeba przyznać, że ktoś miał mroczną wizję, choć nie ukrywam, że bardziej podoba mi się etykieta z wróżką, księżycem i nietoperzem. Kwestia gustu, tak samo jeśli chodzi o zapach. Jednym się podoba, innym tak jak mi czegoś w nim brakuje. 
Amerykańskie święto owszem kojarzy się z 'Cukierek albo psikus', jednak sądziłam, że oprócz zaskakująco niemdlącej słodyczy znajdę w tym wosku coś jeszcze. Coś, co pozwoli bardziej dopasować ten wosk do Halloween oprócz obiecanych przez producenta cukierków oraz słodkiej kukurydzy. Mnie ten zapach nie kupuje, brakuje w nim historii - wiecie, takiego skojarzenia z czymś, a tutaj pustka. Gdy wosk palił się w kominku nie czułam żadnych emocji, nie intrygował mnie. Mam nadzieję, że kolejne woski z serii to zrobią.

Jeśli ktoś by chciał go wypróbować, to dostaniecie go na Goodies w cenie 9 zł za 22 g.

 Świętujecie Halloween?
Jakie macie pomysły na spędzenie tego dnia?
Płyn micelarny Tołpa

Płyn micelarny Tołpa

Miałam taki okres, że najchętniej uczepiłabym się jednego płynu micelarnego i koniec. Niby minimalizm, niby fajnie, ale myśląc jako blogerka zdaję sobie sprawę, że liczycie na to, że wciąż będę polecała Wam świetne produkty. Marki kosmetyczne również co jakiś czas proponują przetestowanie nowych kosmetyków - jeśli propozycja wydaje mi się ciekawa i naprawdę chcę go wypróbować - czemu nie? Dzisiaj zatem będzie o płynie micelarnym Tołpa Dermo face Physio, który otrzymałam podczas ostatniego Meet Beauty. Kto jest ciekaw?

Kosmetyk nie wyróżnia się na sklepowej półce, jednak zachowuje spójność z innymi kosmetykami spod logo Tołpy. Gdy już go dojrzymy, na pochwałę zasługuje przejrzyste plastikowe opakowanie, które pozwala śledzić zużycie płynu, a forma otwarcia opakowania nie zniszczy nam doszczętnie paznokci. Już w sklepie można dostrzec to niestety wysoka cena - ok 28 zł za 200 ml kosmetyku. Jeśli jednak udałoby Wam się dorwać go w promocji, albo zwyczajnie nie szkoda Wam kaski na wypróbowanie czegoś innego to naprawdę warto. Dlaczego? 

Ten płyn jest przystosowany dla cer wrażliwych oraz podatnych na podrażnienia - nie wywołuje ich, a ponadto koi je. Jest delikatny, nie wysusza okolic oczu. Szybko i bez problemu rozprawia się ze zmyciem makijażu - jeden wacik na jedno oko, to przyzwoity wynik, który ma wpływ na niezłą wydajność. Swojej buteleczki używam już prawie dwa miesiące, a raptem połowa ubyła. Nie zostawia lepkiej warstwy charakterystycznej dla dwufazówek, dzięki czemu czasem po jego użyciu na czystą cerę daruję sobie użycie toniku. Na pochwałę zasługuje również delikatny, nie męczący zapach, który według mnie uprzyjemnia demakijaż.

Według mnie jest to dobry produkt, warty swojej ceny, jednak nie oszukujmy się - robi to samo, co inne, tańsze kosmetyki. Czy warto inwestować więcej w rodzimą markę? Zawsze możecie wypróbować ten kosmetyk na miniaturze 75 ml za którą zapłacicie około 10 zł. Jeśli znacie już ten kosmetyk, koniecznie dajcie znać co o nim myślicie ;)
CD żel pod prysznic lilia wodna - czy kosmetyki bez parabenów to moda?

CD żel pod prysznic lilia wodna - czy kosmetyki bez parabenów to moda?

Blogosfera kosmetyczna ma to do siebie, że w danym czasie potrafi huczeć na temat konkretnego produktu lub marki. Jakiś czas temu pojawiło się sporo testerek produktów marki CD i choć pojawiały się głównie pozytywne opinie to produkty mnie nie kupiły. Pierwszy kosmetyk tej marki trafił do mnie poprzez Joyboxa (koniecznie zobaczcie jego zawartość >TUTAJ<!) - poużywałam, dobiłam denka i mogę się wypowiedzieć na jego temat. Czy ten kosmetyk warty jest naszych pieniędzy?

I tak i nie. Na plus jest zdecydowanie dewiza producenta 'mniej znaczy więcej', dzięki której w składzie nie znajdziemy silikonów, parabenów i całego tego szajsu, którego o dziwo wszyscy nagle zaczęli unikać. Swoją drogą czasem zastanawiam się czy robią to tak na serio czy po prostu stało się to w pewien sposób modne niczym bycie fit i trenowanie z Chodakowską. Co by nie było, że nie widzę nic złego w sztucznych barwnikach i innych takich. Jak ich nie ma to super, ale obecność nie zawsze wykluczy u mnie dany produkt. Wiecie, od żelu pod prysznic wymagam, aby: mył, nie wysuszał skóry i nie kosztował majątku (a ten to wydatek rzędu 10 zł/250ml), a taką rolę spełniają również inne kosmetyki niż owy rzekomo nawilżający żel pod prysznic Lilia wodna.


Jak zatem sprawdził się sam żel?

Nawilżenie to według mnie niestety tylko wabik na leniwe kobietki, które nie chcą smarować się balsamami. Przykro mi, ale nie unikniecie tego zabiegu. Żel według mnie nie ma wpływu na nawilżenie skóry, ale na szczęście jej też nie wysusza. Spełnia jednak swoją kluczową rolę, czyli dobrze oczyszcza skórę ciała, ale po cóż tu zachwyty - robi to samo co dziesiątki żeli. Zapach ma kwiatowy - delikatny, ale przyjemny. Nie jest to moja ulubiona kategoria zapachów, ale coś w lilii wodnej jest co delikatnie mnie do niej ciągnie - może dawne zachwyty babci?
Na duży plus zasługuje opakowanie. Otwarcie na klik nie psuje się, ani nie powoduje połamania wszystkich paznokci. Przejrzyste opakowanie pozwala śledzić zużycie produktu. Otwór dozuje odpowiednią ilość średnio gęstego żelu, a buteleczkę łatwo nacisnąć by wydobyć resztki produktu. Minimalistyczna etykieta nie powoduje oczopląsu i pozwala na pełen relaks w wannie.

Miałam, spróbowałam - nie było źle, ale produkt nie trafi do grona moich ulubieńców ani umilaczy kąpieli (brak specjalnych bajerów - typu świetny zapach czy mocne pienienie się). Rozmyślania na temat stosunku ceny do jakości czy zalet pozostawię bez komentarza, ponieważ to kwestia zasobności portfela. Powiem po prostu, że żel nie zadowolił mnie na tyle bym do niego powróciła w podskokach - jak się gdzieś jeszcze trafi to zużyję, ale sama nie planuję zakupu. A jaka jest Wasza opinia? Testowaliście kosmetyki CD? I najważniejsze - odpowiedzcie na pytanie z tytułu posta - chcę poznać Wasze zdanie ;)
Sunset breeze

Sunset breeze

Październik przywitał nas całkiem ładnym i ciepłym weekendem. Założę się, że przeciętny Polak już napalał się na piękną złotą jesień. A tu bum - niespodzianka! Początek tygodnia i już wiemy co złego szykuje dla nas ten miesiąc - deszcz, przeszywający wiatr.. Brr aż mi zimno jak o tym wspomnę, więc coraz chętniej wracam myślami do lata i przebywania na nadmorskiej plaży o każdej porze dnia. Odwiedziłam polskie morze już wiosną, latem a także zimą (została tylko ta nieszczęsna jesień...) i choć o każdej porze roku jest tam pięknie, to jednak całą magię ma w sobie lato. Wschód, opalanie się do południa, a potem aktywny wypoczynek, spacer i zachód słońca - kwintesencja lata nad morzem, którą miło wspominam dzięki woskowi Yankee Candle Sunset Breeze. A więc jak on pachnie?

Nazwa może być nieco myląca - świeżości wiejącej od morza niestety tu nie czuć. Wosk uwalnia jednak zapach rozgrzanej słońcem plaży za dnia oraz słodkich gofrów z bitą śmietaną i owocami. Jest otulający jak ramiona partnera w czasie obserwacji słońca chylącego się ku zachodowi, ale nie aż tak, aby utulić nas do snu. Nadmorski kurort cieszy się popularnością również w nocy, gdy na tapetę wchodzą drinki, których smak podkreślają egzotyczne owoce. Wosk na pewno docenią fanki mango - tutaj jest ono zdecydowanie dobrze wyczuwalne. 

Poznaj inne nadmorskie zapachy:

Shinybox Like a dream

Shinybox Like a dream

Może nie jest to post rychło w czas, ale chcę się podzielić z Wami moją opinią na temat tego shinyboxa. Trafiło do mnie poprzez 'randkę w ciemno', czyli losowo wysyłany box w nieco niższej cenie, niż był oferowany pierwotnie. Zapłaciłam za niego 39 zł już z wysyłką, a w puli boxów znalazło się 7 różnych pudełeczek. Które trafiło się mi?

Los chciał, że do mnie kurier zawitał z sierpniowym shiny o niewątpliwie urokliwej nazwie Like a dream. Przyznaję, że miałam ochotę zamówić to pudełeczko, ale bałam się rozczarowania. Po ujawnieniu dalej miałam na nie chrapkę, ale wiecie - brak tego efektu wow przy rozpakowywaniu nieznanej zawartości. Jednak gdy z folii wyjmowałam kartonik z boxem całość poszła w zapomnienie, ponieważ tutaj samą niespodzianką był fakt, że nie wiedziałam na co trafię w środku.

Pudełeczko było wypełnione po brzegi - 5 pełnowartościowych produktów (w tym witaminy), dodatkowo miniatura i próbka. Największą buteleczkę stanowił kremowy żel pod prysznic Biały Jeleń. O ile sama marka w pudełeczku w moim mniemaniu nie jest luksusowa, to żeli pod prysznic nigdy za wiele - prędzej czy później się zużyje. Dla mnie to nowość, na pewno dam Wam znać jak się sprawdzi.

Kolejny produkt w pudełeczku to kokosowa odżywka do włosów Joanna. Czytając zapowiedzi produktów kokosowych spodziewałam się marki Palmers, ale jak widać zaskoczyła mnie polska marka. Nie byłoby tak źle - wszak ostatnio stawiam na mocniejszą pielęgnację włosów - gdyby nie fakt, że otwierając pudełeczko zostałam powitana przez chemiczny zapach..
[W innych wersjach pudełeczka był również balsam na suche miejsca 3w1 Joanna Oleje świata]

W pudełeczku znalazł się również intensywnie nawilżający krem na dzień Mincer Pharma. Niestety tutaj nie jestem szczęśliwa, ponieważ ostatnio uzbroiłam się w kremy i po prostu wiem, że nie mam szansy go zużyć, więc nawet nie otwierałam go. Jednak aby nie było tak negatywnie daję plusa za to, że jest to nieznana mi marka - sama pewnie bym po nią nie sięgnęła.

Kolejny produkt to tabletki Vitotal - zestaw minerałów i witamin dla kobiet wraz z kodem na darmowego audiobooka. Jesień to dobry okres, aby wziąć coś na wzmocnienie i poprawę kondycji choćby skóry czy włosów, które w tym czasie nie są u mnie w idealnym stanie. Chętnie również skorzystam z możliwości pobrania audiobooka.

Niekwestionowaną gwiazdą pudełeczka jest dla mnie borówkowy krem do rąk Stenders. Jestem zachwycona, że ostatnio w boxach często pojawia się ta marka, a w dodatku, że trafiłam właśnie na wersję borówkową a nie żurawinową. Krem zaraz trafi do mojej torebki, jak tylko wykończę obecne opakowanie podobnego produktu.

Miniatura szamponu Elpha Pharm O'Herbal na pewno się przyda. Chętnie często wyjeżdżam na weekendy, a pojemność jest idealna w taką podróż. Jeśli produkt skradnie me serce to z pewnością zakupię pełnowymiarowe opakowanie - ostatnio bardzo o nich głośno - może słusznie?

Nie każdy produkt z pudełeczka to dla mnie must have, jednak z tego boxa jestem zadowolona. Cieszy mnie zwłaszcza zróżnicowanie produktów, jak również pojawianie się nowych marek, czego ostatnio Shiny brakowało. Regularnie śledzę poczyaniania Shinyboxa i widzę, że właśnie przeżywa istne odrodzenie - spójrzmy choćby na wrześniowe pudełeczko: wspaniałe! Chyba pora powrócić do regularnego zamawiania ;)

Co sądzicie o zawartości pudełeczka?
Jakie jest Wasze stanowisko wobec Shinyboxa?
Copyright © 2014 Maleńka bloguje , Blogger